Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

25.12.2018
wtorek

Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia

25 grudnia 2018, wtorek,

Czy wszystko gotowe? Czy brak tylko pierwszej gwiazdki na zachmurzonym niebie? Obrus, sianko, makowe specjały też? Ryba, nie koniecznie karp, może, jak to drzewiej bywało, szczupak, sandacz lub karasie w śmietanie? No to pora zasiadać.
Smaczne jedzenie, starannie nakryty stół, choinka i nadzieja, że ukochany pies przemówi sprawia, że jesteśmy w wyjątkowym nastroju. I niechaj ten nastrój nas nie opuszcza do końca wieczerzy. Niechaj rozmowy nie przeradzają sie w polityczne dysputy, swary i kłótnie. Tego wszystkiego mieliśmy ostatnio dość. Tematy, które powinny nas zajmować, to smak tradycyjnej makowej potrawy, rumiany makowiec, wyjątkowy smak kapusty z grzybami. Nawet na najbardziej nieudane prezenty radzę reagować podziękowaniem. Przecież ofiarodawca postarał się. I tego się trzymajmy: wszyscy postarali się, aby ten dzień był wyjątkowy. A może by tak spróbować przedłużyć wigilijny nastrój na kilka jeszcze dni?
Kochani czytelnicy, uczestnicy i ci, którzy czasem zaglądają do nas: trzymajmy się, okazujmy sobie sympatię (tak jak dotąd), a Święta niechaj będą czasem błogiego spokoju i ciepła.
Życzymy Wam tego.

Barbara i Agata

17.12.2018
poniedziałek

Książka ze smakiem

17 grudnia 2018, poniedziałek,

Rola książki kucharskiej jako źródła wiedzy o tym, jak gotować, znacznie zmalała ostatnimi czasy. Szybko szukamy w internecie i po odsianiu bzdur, którymi jest on wypełniony, mamy szybko poradę. Książki o kulinariach musiały się zmienić, aby utrzymać się na półkach. A więc piszące gwiazdy i gwiazdki ekranu opowiadają o gotowaniu podczas romansowania, porzucania partnera lub nabywania tegoż, dietetycy rysują katastroficzny obraz przyszłości, o ile nie będziemy jedli mniej lub bardziej modnych paskudztw (choć nieraz zdarzą się wśród nich smakołyki). Słowem musi być coś więcej niż porada kulinarna, aby nas skusić do przeczytania lub choćby nabycia kolejnego wydawnictwa z tej grupy.
Ja całym sercem popieram książki takie, jak ta, leżąca przede mną: piękna, wysmakowana w każdym względzie „Italia do jedzenia” Bartka Kieżuna. Każdy z nas wie, że smaki łączą się nierozerwalnie z widokami, wrażeniami, z podróżowaniem. Takie połączenie dań z cudownymi wrażeniami włoskimi powoduje tęsknotę: za tymi wrażeniami i krajobrazami, a zaraz potem za spędzeniem czasu we włoskiej knajpce i zjedzeniem czegoś, co tylko tu smakuje bosko. Czy zgodzicie się, że koło Duomo we Florencji sałatka z fenkułu, gruszki i gorgonzoli smakuje jak ambrozja a w Taorminie krewetki najlepiej w świecie?
Książka Bartka Kieżuna, wydana przez wydawnictwo Buchmann dla wszystkich, którzy podróżowali przez Włochy, to przypomnienie najmilszych chwil, a dla tych, którzy mają to jeszcze przed sobą, może stanowić niezwykłą zachętę. A nie mówiłam, że gotowanie to ważna sztuka, że doznania smakowe są nieodłączną częścią kultury i warte tyleż, co doznania z dziedziny innych sztuk? Ta książka tego właśnie dowodzi. Obok zdjęć pięknych potraw podziwiamy fotografie cudów architektury, krajobrazu czy malarstwa. Ach, jak się rozmarzyłam Dziękuję Panu, Szanowny Autorze.

3.12.2018
poniedziałek

Na dobry(?) dzień

3 grudnia 2018, poniedziałek,

W mojej kamienicy jest dobrze zaopatrzony sklep spożywczy. Przechodzą obok niego pracownicy kilku firm mieszczących się w pobliskim wieżowcu. Dlatego codziennie rano można spotkać młodych ludzi, którzy spiesząc się do pracy, wstępują tam na pyszne śniadanie. Jakie to jest śniadanie? Jest w nim wszystko, co znamy z telewizyjnych reklam. Przeważnie butelka bardzo kolorowego napoju energetyzującego i modny czekoladowy baton. Owszem, można kupić w tym samym sklepie kanapki, z mięsem lub bez, ale w sposób widoczny przegrywają one z efektownymi butelkami i budzącymi lwią siłę batonami.
To dobra ilustracja problemu złych nawyków jedzeniowych. Ale przecież nawyki to coś, co wynosi się najczęściej z domu. Czy młodzi ludzie, którzy tak właśnie celebrują śniadanie, nabyli ich w domu, czy nabyli je już w swoim samodzielnym życiu, tego nie wiem na pewno. Zaryzykuję podejrzenie, że w wielu domach nie jada się z pospiechu porządnych śniadań. Jadanie „szybkich” płatków śniadaniowych to wyjście połowicznie lepsze, bo duża ilość cukru i innych dodatków też nie jest wskazana.
Oczywiście nie sądzę, aby najsurowsze napomnienia zmieniły coś w obyczaju. Ale zawsze warto próbować.

29.11.2018
czwartek

Muszę odszczekać

29 listopada 2018, czwartek,

Narzekałyśmy już kilka razy na rozmaite diety i na to jak utrudniają życie, na przykład, gdy zamierzamy zaprosić gości. A tymczasem to właśnie diecie zawdzięczam jedno z milszych doświadczeń kulinarnych ostatniego czasu.
Byłam na lunchu u koleżanki, która nie jada wielu różnych rzeczy. Trzeba przyznać, że podjęcie jej posiłkiem kilka tygodni temu wymagało ode mnie sporo gimnastyki, a efekt był średni. Ale za to rewizyta dostarczyła bardzo miłych wrażeń. Najbardziej zachwycił mnie dżem marchewkowy, którym nadziane były małe kruche babeczki. Najpierw zwrócił moją uwagę pięknym kolorem, a potem również smakiem.
Zasmakował mi do tego stopnia, że marchewki perkoczą sobie właśnie w garnuszku i czekają, aż nadam im zupełnie nową postać. Cieszę się, bo wszystkie moje ulubione dżemy są bardzo sezonowe, i jak się ich zrobi za mało, to zapasy pewnego niemiłego zimowego dnia po prostu się skończą. A do sezonu na wiśnie czy morele trzeba jeszcze długo czekać. Tymczasem dżem marchewkowy można zrobić w dowolnej chwili z surowca, który jest łatwo dostępny i tani.
Oto przepis na 1 słoiczek dżemu marchewkowego
Ugotować w niewielkiej ilości wody 3 duże marchewki. Kiedy będą miękkie odlać wodę, a marchewki zmiksować. Dodać sok z 1 cytryny, 3 łyżeczki cukru i trochę cukru waniliowego. Najlepiej dodawać cukier i sok z cytryny stopniowo, próbując. Ja użyłam soku z prawie całej cytryny, ale co kto lubi.

20.11.2018
wtorek

Poczucie humoru

20 listopada 2018, wtorek,

Byłam wraz ze znajomymi na całodziennych warsztatach w Milanówku pod Warszawą. Koleżanka szukała knajpki, w której można zjeść coś w miarę szybko i niedaleko miejsca, gdzie odbywały się zajęcia. Wybrała barek z hamburgerami.
Miejsce nosi nazwę Chamiarnia. Rozumiem, że to dowcip, gra słów (nie czepiajmy się, co się pisze przez samo h a co przez ch), choć osobiście nie czuję się ubawiona. W dodatku na samej nazwie dowcip się nie kończy, bo potrawy są nazywane w tym samym żartobliwym stylu. Można zatem wybrać: ostrego chama, pierś z chama czy chama z jajem. Wybrałam tortillę, żeby uniknąć kontaktu z chamstwem. Była jadalna.
Obsługa, a przynajmniej pani z obsługi, chyba już nie w ramach żartu, w pełni dostosowała się do nazwy. Trudno nazwać ja miłą. Ale jak ustaliliśmy ze współbiesiadnikami, czego się spodziewać…
Okazuje się, że to sieć kilku takich barów w kilku podwarszawskich miejscowościach. Czyli żart rozlewa się po naszym kraju szeroką strugą.

9.11.2018
piątek

Co nas czeka (w kuchni)

9 listopada 2018, piątek,

Już wiemy, że czekają nas zmiany klimatu, a co za tym idzie wielu dziedzin naszego życia. Bardzo ciekawe mogą być zmiany dotyczące obyczajów kuchennych. Te, które najłatwiej zauważyć, dotyczą restauracyjnych czy kawiarnianych ogródków, w których można na chwilę przysiąść, choć to już prawie połowa listopada. A jaką przyjemnością jest już w tym, niezwykłym klimatycznie roku buszowanie po lesie, bo nadal tam są grzyby. I to jakie! Jeszcze w tym tygodniu zerwałam też minipomidorki z krzaka samosiejki, który usadowił się w skrzynce z ziołami i wyrósł nad podziw. Obsypany był późnymi czerwonymi kuleczkami.
Najistotniejsze jednak może się okazać w przyszłości, przy długotrwałym cieple, zbieranie witaminowych plonów dwukrotnie w jednym sezonie, podobnie jak to się dzieje na południu Europy. Jeszcze nie tak dawno pociągaliśmy się za ucho przy pierwszych rzodkiewkach (gruntowych) teraz już zniknęło słowo „nowalijki”, bo przywiezione owoce i warzywa możemy jadać przez cały rok.
Ocieplanie się klimatu idzie także w parze z modą na jadanie tego, co wyrosło niedaleko naszego domu (co w czasie przedłużonego ciepłego sezonu będzie łatwiejsze). Jest to już wyraźna tendencja, na razie jako nieco hipsterska moda, ale coraz częściej uświadamiamy sobie zalety takiego postepowania (produkty są świeże, nie muszą być konserwowane, a ich transport generuje mniej zanieczyszczeń). Coś w tym jest. Pamiętajmy zresztą, że wspaniała kuchnia włoska, początkowo uboga, wyrosła na właśnie na lokalnych produktach, roślinach, owocach, ziołach. I jest doskonała. Jeśli będziemy mogli jeszcze w listopadzie wyrywać z grządki młodą marchew, czy botwinkę, czerwone truskawki i chrupiącą sałatę, tym lepiej dla naszej kuchni.
Już w tym roku mamy wspaniały dowód na to, że dobra pogoda wpływa nie tylko na humor, zdrowie, ze względu na dużo słońca, wreszcie plony, ale także na smak. Czy zwróciliście uwagę na tegoroczne jabłka. Nie dość, że piękne, dorodne, to jeszcze pyszne, słodkie. Do szarlotki nie potrzeba ani grama cukru. Dolce Vita! W tej sprawie jedyne, co gorzkie i niesmaczne, to sytuacja sadowników, na którą konsumenci mają niestety niewielki wpływ.

5.11.2018
poniedziałek

Kuchnia fińska

5 listopada 2018, poniedziałek,

Ostatnimi laty zwraca się uwagę na to, aby jedzenie było zdrowe, czerpiące z natury, nie przetwarzane chemicznie. Jeśli szukacie kraju, gdzie można spełnić dążenie do szeroko rozumianej naturalności i szlachetnej prostoty, w różnych zresztą dziedzinach, warto zainteresować się Finlandią. Wiemy wiele o wspaniałym wzornictwie, o udanej polityce społecznej, a co za tym idzie o plusach życia fińskich obywateli. Niewiele jednak wiadomo o kuchni tego kraju.
Jeszcze kilka lat temu w sklepach można było kupić tak zwany fiński chlebek: razowy, pieczony w kształcie okrągłego placka z dziurką-obecnie już chyba nigdzie go się nie dostanie. A placek z dziurką był wspaniałym fińskim sposobem na przechowywanie chlebowych placków nadzianych na drążek i umieszczonych w chatach u belki pod sufitem.
Niedawno ukazała się książka pod tytułem „Tradycje kulinarne Finlandii” Magdaleny Tomaszewskiej–Bolałek, która dotąd interesowała się znacznie odleglejszymi kuchniami ( m.in. japońską i koreańską). Z wykształcenia japonistka, zainteresowała się mocno tą częścią kultury fińskiej, którą są kulinaria. Znakomicie, ciekawie napisana książka.
Zarówno trudne położenie geograficzne, surowy klimat, jak i polityczne zawirowania wokół tego kraju, spowodowały, że ludzie tu żyjący musieli się wykazywać sporą zapobiegliwością, pomysłowością i zwyczajnie wytrzymałością, aby przeżyć. Odbiło się to i w kuchni, która nie dysponowała południowymi przysmakami, wieloma znanymi w innych częściach Europy składnikami, a jednak wytworzyła sporo smakowitych przepisów. Ich prostota i robiące wrażenie wykorzystywanie dobrych, uczciwych, zdrowych składników sprawia, że pewnie zainteresują się nią kulinarni trendsetterzy, próbujący już zejść z wyżyn kuchni molekularnej. Świetnie i prosto brzmią przepisy na zupy: z kapusty czy grochu, a wyjątkowo smakowicie na szybkie danie rybne. Oto ono:
„Lohikeitto” czyli zupa z łososia
Składniki: 2 litry wody lub bulionu rybnego, 50 dag fileta z łososia, 40 dag ziemniaków, cebula, marchew, szklanka śmietany, 5 dag masła, 2 liście laurowe, 5 ziaren ziela angielskiego, sól, pieprz, koper i szczypiorek
Najpierw do wrzącej wody lub wywaru wrzucamy posiekaną cebulę, liście laurowe i ziele angielskie. Obieramy ziemniaki i marchew, po czym pokrojone w kostkę dodajemy do ganka i gotujemy 20 minut. Teraz dodajemy łososia pokrojonego na kawałki wielkości połowy pudełka zapałek, a po 5 minutach wlewamy śmietanę, dodajemy masło i doprawiamy zupę pieprzem i solą. Posypujemy koperkiem i szczypiorkiem. Podajemy z chlebem żytnim.
Według mnie brzmi prosto i smakowicie.

26.10.2018
piątek

Koleżanka lodówka

26 października 2018, piątek,

Blog 18października 18
Koleżanka lodówka

Już dawno temu przyznałam się do tego, że uwielbiam gadżety. Łatwo zaspokoić swoje amatorstwo, jeśli idzie o drobne przedmiot, ale to, co ostatnio zrobiło na mnie ostatnio wrażenie, nie może być kupione ot tak, przy okazji. To naprawdę duży zakup. Mogę go tylko obserwować z podziwem.
Chodzi mi o piekarnik z dwoma poziomami pieczenia, w którym możemy piec jednocześnie pieczeń i ciasto. Pomysł był dość prosty, pewnie wykonanie nie tak bardzo, ale takie piekarniki można już kupić. Drzwiczki na tyle dokładnie oddzielają obie połowy piekarnika, że zapachy się nie mieszają. Brzmi zrozumiale i sprawdza się w użyciu.
Drugim gadżetem, który przenosi kuchnię w przyszłość jest mądra lodówka. Pokazuje ona, że brakuje któregoś niezbędnego produktu i ma tyle pomagających gospodarzom funkcji, że właściwie staje się partnerem w prowadzeniu gospodarstwa. Można do niej zadzwonić z miasta i na ekranie smartfona obejrzeć czego w niej brak, można też oglądać telewizję, mieszając w garnkach (amatorzy meczów będą wniebowzięci). Lodówka może również łączyć się ze sklepami i zamawiać niezbędne produkty. Nie warto nawet wspominać o takim drobiazgu, jak notowanie ważnych treści, czy dobrze zaprojektowane chłodzenie. Czy zatem dziwi nazwa „Samsung Family Hub”? To istotnie centrum domowego dowodzenia. I tylko może cena nie jest zachęcająca, ale jak każda nowość i ta kiedyś stanieje. Coraz więcej będziemy mieli podobnie fachowych, mechanicznych partnerów w gospodarowaniu także wśród innych sprzętów
Czy można się dziwić, że tak niezwykłe sprzęty wygrały, przynajmniej w moim przypadku, z wykwintną kuchnią w wykonaniu sławnego francuskiego kucharza, prezentowaną na tym samym spotkaniu. Zadaniem Michela Troisgros było pokazanie procesu tworzenia a potem smaku wykwintnych dań francuskiej kuchni. Nie będę opisywać pracochłonnych dań, choć były pyszne (każdy uczestnik spotkania dostawał odrobinkę tych specjałów). Mnie najbardziej smakowały i postanowiłam wypróbować to nieskomplikowane danko we własnej kuchni, „poduszeczki” z francuskiego ciasta upieczone na złocisto, po czym nadziane przy pomocy szprycy ostro przyprawionym kremowym serkiem. To świetny pomysł na mini-przekąski. I tylko, aby nie drgnęła nam przy nadziewaniu ręka, bo kruchutkie ciasto się pokruszy. To je dobre, to je výborně, jak mówią sąsiedzi.

10.10.2018
środa

Świat pachnie

10 października 2018, środa,

Z moją młodą sąsiadką łączą nas smakoszowskie więzi i pogaduchy. Ostatnio nasza znajomość wkroczyła na wyższy poziom. Dostałam pachnący „gościniec” z jej służbowej podróży. Tak pomiędzy łasuchami bywa, że lubimy dzielić się smakami. W próżniowej torebce zamknięty był najwyraźniejszy zapach bliskiego wschodu, czyli przyprawa zathar.
Jak wszyscy wiedzą, polska kuchnia zawsze była wonna, w niektórych okresach do zupełnej przesady. Od Renesansu zaczęło się łagodzenie smaków, ale jeszcze w XVII wieku, przybywająca na własny ślub z polskim królem księżniczka francuska, nie dała rady niemal żadnej potrawie, która znalazła się na wykwintnym powitalnym stole, bo we Francji już w tym czasie przyprawiano znacznie, znacznie mniej.
Jeszcze całe lata musiały minąć, aby na polskich ziemiach zaczęto rozsądniej doprawiać, bo używanie przypraw było czytelnym znakiem bogactwa rodziny. Właściwie dopiero XVIII wiek, wpływy francuskiej kuchni i kucharzy sprawił, że zupełnie zaniechano używania nadmiaru wonnych przypraw. Kuchnia kolejnego wieku była wykwintna, ale pachnąca nie tyle przyprawami, lecz wyszukanymi produktami i ich wyszukanymi zestawieniami.
W poprzednim, czyli XX wieku znów odkryliśmy zapomniane aromaty. Zwłaszcza odkąd rozpoczęliśmy peregrynacje po bliższych i dalszych krajach. Bliski Wschód i ościenne kraje oferują szczególne zapachy.
Zathar to wspaniała przyprawa, pochodzi z kręgu kuchni arabskiej, izraelskiej i tureckiej. Jej głównymi składnikami są ziarna białego sezamu wymieszane z rozdrobnionymi dzikiem tymiankiem, owocami sumaku oraz soli. Bywają też liczne odmiany zatharu, z dodatkiem innych ziół i aromatów. Ponieważ zathar stosuje się „do wszystkiego” postanowiłam doprawić nim marchew, którą bardzo lubię. Po upieczeniu w piekarniku polanej oliwą (uprzednio obranej i pokrojonej w grubsze paski) marchwi, posypałam ja zatharem. Powstało naprawdę pyszne danie, smakujące w dodatku nostalgicznie, daleką podróżą. Sąsiedzkie więzi to jest to!

8.10.2018
poniedziałek

Dobre, bo nieurodziwe

8 października 2018, poniedziałek,

Sezon ogrodniczy nieodwołalnie się kończy. Ale nabyte w czasie jego trwania doświadczenia dają mi do myślenia. Na przykład patrzę na cudnie jednakowe pomidory w sklepie i przypominam sobie nasze, wiejskie, z krzaków, które w sporej części zmarnowała zaraza. Trzeba było się ścigać z jej objawami. Ale po wyścigu, kiedy zdążyło się zdjąć z krzaka nietknięty nią pomidor, nie tak piękny jak te sklepowe, nagrodą był znakomity, zupełnie inny smak. Te kształtne i nieskazitelne pomidory ze sklepu zawdzięczają pewnie swoją urodę starannemu dozowaniu różnych chemicznych substancji, na każdą dolegliwość inną, aby plon był duży i piękny. Nasze, rosnące na uczciwym nawozie z pobliskiej obory, dobrze sezonowanym w mazowieckim piaseczku, nie miały tej szansy. Musiały walczyć same. Ale te, które nie dały się zarazie były za to zdrowe, bez chemii. I tak było ich tyle, że czasem opadały ręce przy robieniu przetworów.
Kilka lat temu mówiło się żartem, że w przyszłości piękne owoce będą tańsze a te niezgrabne, mniejsze – droższe, bo zdrowe. Oczywiście obecnie w uprawie bio, zwłaszcza przy dużych powierzchniach, używa się także środków ochrony roślin, jednak są one zupełnie czymś innym niż chemiczne, niezawodnie działające specyfiki. Roślinne napary, odpowiednie sąsiedztwo roślin odstraszających owady i wiele innych tricków, także takich ze starych książek, które zawierają staruteńkie porady. Środki te nie działają zazwyczaj błyskawicznie, ani tak spektakularnie jak chemiczne.
Koślawe marchewki, nieduże choć wspaniale purpurowe buraczki, ogórki nieco mniej foremne niż te ze sklepowych skrzynek, to była cena za „czystość” naszego ogródka i zdrowotne walory warzyw, które radziły sobie same.
Na pewno zwyciężyły nas szkodniki drzew owocowych. Wszystkie te młodziutkie sadzonki oglądaliśmy co kilka dni usuwając szkodniki, ale nie mieliśmy szans z przebiegłym wrogiem. Pytanie, czy damy się nowoczesności, gdy drzewa podrosną i zaczną owocować na potęgę, czy będziemy metodą rękodzielniczą usuwać szkodniki. Stawiam dolary przeciw orzechom, że trochę chemii, w najbardziej racjonalny sposób użyjemy.
Ten rok obrodził niezwykle. Ciepłe całe tygodnie, nawet przy braku deszczu, bezchmurne niebo – i oto mamy kolejny kłopot. Najbardziej mnie zdumiewa projekt produkcji biopaliwa z nadmiaru jabłek. Ludzie, co za bzdura. Ile smaku pójdzie do rur wydechowych (oczywiście nie bezpośrednio!). Zachowujemy się jak ci nowobogaccy przypalający cygaro studolarówką.
A wracając do bioupraw, to jakże żal, że te nasze plony, skończą się już niedługo, trzeba będzie wszystko kupować w sklepie. Piękne, aż nudne.