Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

25.04.2019
czwartek

Święta w słońcu

25 kwietnia 2019, czwartek,

Od dość dawna mamy piękną pogodę, zwłaszcza jeśli patrzymy przez okno, bo chłodne wiaterki dają nam się we znaki. Czy dziwicie się, że mnie pociągnęło nad morze, do Gdańska-Oliwy wabiącego słońcem i błękitnym niebem. No i okazało się, że kompletnie niepotrzebnie wyjeżdża się nad włoskie morze: wspaniała plaża, urocze, dobrze utrzymane bulwary nad morzem ciągnące się przez Gdańsk, co najmniej do Sopotu. Letnia pogoda też od kilku sezonów nie zawodzi. A na bulwarach dziesiątki knajp i knajpeczek w różnym stylu, cenie i smaku. Ale raczej dobre. Niektóre zaś, jak „Na przystani” doskonałe i oblegane w porze lunchu i kolacji jak w czasach słusznie minionych. I nie bez powodu. W ogóle wydaje mi się, że te wybrzeżowe restauracje nie mają żadnego zadęcia i w tym podobne są do włoskich, a jedzenie w nich nie jest uderzająco drogie. Takie sobie, średnie ceny, akceptowalne, zważywszy jakość, miejsce i położenie geograficzne. Wprawdzie psy nie mają wstępu do restauracji, a byłam z psią koleżanką, ale nie mam pretensji: na słonecznym „zewnętrzu” knajpek było nam doskonale, a dla Kulki może nawet bardziej interesująco.
Świąteczne zakupy obserwowane w marketach w tym roku wydały mi się jeszcze bardziej obfite niż w poprzednich latach, nic więc dziwnego, że pokazywane w TV lodówki w jadłodzielniach pękają w szwach. Tuż po świętach w pomieszczeniu śmietnikowym warszawskiej kamienicy dostrzegłam wory(!) suchego chleba. A co jeszcze trafiło do pojemników, wolę nie myśleć. Mam niezbyt skrzętnych i oszczędnych sąsiadów….
Świąteczne dni spędzone w naszym wiejskim domu pozwoliły cieszyć się zarówno tym, co wyrasta z zeszłorocznych korzeni (szczypiorek, czosnek, szałwia, specyficzne sałatkowe listki, rozmaryn) jak nowo sadzonymi. W tym roku znów będziemy mieli wiele warzyw wyrastających na nieskażonych chemią grządkach. Znów będziemy niezbyt energicznie przeganiali ptaki i wiewiórki z truskawkowego poletka lub z krzewów borówki amerykańskiej. Wydają one szczodrze owoce, ale zjadają je ze smakiem raczej nieproszeni goście niż my. Miejmy nadzieję, że deszcze będą padały w środku tygodnia (wiadomo, nie w weekend) i to na tyle obfite, że nie trzeba będzie wiele podlewać.
W każdym razie miło, że wiosna!

26.03.2019
wtorek

Wiosna, ach to ty…

26 marca 2019, wtorek,

Doszło do tego, że już nie pierwsze kwiatki i nie przylatujące ptaki sygnalizują wiosnę, a raczej sklepowe dekoracje, promocje wiosenne i podobne działania, nie mające się nijak do wiosny. No bo co ma do jakiejkolwiek pory roku promocja na telewizory? Na rowery czy sportowe stroje albo turystyczne samochody, to co innego, choć nie sądzę, aby nawet najbardziej wspaniałe auto było typowym wiosennym zakupem. Nie cieszą oczu pierwsze nowalijki, bo przez cały rok mamy wszystko, co jest zdobyczą nie do przecenienia.
A więc co nadzwyczajnego w związku z początkiem wiosny? Chyba poprawa nastroju i potem szybkie jego obniżenie, kiedy zdajemy sobie sprawę, że czekają nas wiosenne zakupy ubrań, konieczne porządki i myślenie o świętach. Na nic przestrogi, że powinno się kupować nie za wiele, nie na duży zapas, taki, który zjada się tydzień po świętach, a którego sporą część z poczuciem winy się wyrzuca. Ale „nil desperandum”: nie ma takiego domu, w którym nie zmarnowałoby się choć drobnej cząstki świątecznych zapasów. Oczywiście coraz sprawniej minimalizujemy zakupy i uczymy się zagospodarowywać resztki.
A co może nam niechybnie poprawić nastrój w pierwszych dniach wiosny? Chyba coś smakowitego. I to coś warzywnego. Niechaj to będzie risotto z zielonym groszkiem. Wiosenne? No pewnie, głównie z racji koloru, bo przecież użyjemy mrożonego, ubiegłorocznego groszku. Mam proporcje na 6 osób w starej książce z recepturami. Wiecie ile musiałam się naliczyć, aby sporządzić przepis jednoosobowy? Ale tak właśnie witam wiosnę, jednoosobowym risottem.
Risotto groszkowe
2-2,5 łyżki ryżu arborio, kopiasta łyżka masła, pół łodygi selera, szalotka, kieliszek wytrawnego białego wina, 1/2 szklanki bulionu warzywnego z kostki,10 dag mrożonego groszku (mniej więcej), sól, pieprz.
Na maśle podsmażamy (nie rumieniąc) posiekaną drobno szalotkę i łodygę selera, po kilku minutach dodajemy ryż i smażymy dalej, aż się zeszkli. Teraz dodajemy wino i mieszając smażymy, aż odparuje i pod koniec tego zaczynamy wlewać bulion, powoli, w dwóch- trzech porcjach. Po 5 minutach gotowania dodajemy wraz z bulionem groszek i wszystko razem gotujemy, aż uznamy, że ryż jest dostatecznie miękki, lecz nie rozgotowany, jędrny. Oczywiście doprawiamy pod koniec solą i pieprzem. A tuż przez jedzeniem posypujemy 1-2 łyżkami startego sera.
Vivat wiosna!

13.03.2019
środa

Jak to robią w Szwecji

13 marca 2019, środa,

Najprościej. A mowa o zakupach. Powiedzmy, że nie masz na nie czasu, ale uwielbiasz gotowanie (odstresowuje!) i domowe smaki. Albo uwielbiasz skupiać rodzinę wokół obiadowego stołu. Masz swoje szybkie metody przyrządzania potraw, ale już zakupy Cię przerastają i to pod każdym względem: zabierają czas, zawsze w zaaferowaniu zapomnisz jednego składnika, trzeba to wszystko przydźwigać do domu.
Tymczasem w Szwecji można zamówić sobie niezbędny do wykonania domowego obiadu komplet składników. Pracownicy serwisu wszystkie składniki przyniosą do domu i na pewno nie zapomną o najmniejszym drobiazgu. Jedyne, co trzeba zrobić, to złożyć zamówienie, określić liczbę osób i ogólnie używaną nazwę dania. Dobre duszki sformułują listę i przyniosą wszystko pod drzwi.
W książkach i artykułach na temat organizowania sobie pracy w domu wiele mówi się o umiejętności delegowania czynności, o podziale zadań. To klasyczny przykład wyższego stopnia delegowania. Oddajemy zakupy w obce ręce, w dodatku obdarzając go zaufaniem co do wyboru i doboru składników. Ale to co ugotujesz jest już autorskie, domowe, swojskie, własne.
Wiem, wiem, także i u nas można zamówić sobie pod drzwi obiadowy czy całodzienny zestaw. Pudełeczkowy wikt można znaleźć pod drzwiami wielu osób dbających o tuszę. Bo dania te mają możliwie ściśle ograniczoną liczbę kalorii. I podobno bywają smaczne. Ale moja potrzeba wolności nie zgodziłaby się z takim ograniczeniem. Zawsze uważam, że jedyną rozsądną metodą na utrzymanie jakiej takiej figury jest jeść mniej, niż chce się zjeść. Po pewnym trudnym, nie ukrywam, okresie przyzwyczajamy się do mniejszych porcji, ale nadal jadamy różnorodnie, nie musimy się uciekać się do ograniczeń diety pudełkowej.

Zarówno jedno jak drugie zjawisko to przejawy dostatku. Ciekawe, co jeszcze da się tu wymyślić. Czekamy.

5.03.2019
wtorek

Zakupy, zakupy

5 marca 2019, wtorek,

Kiedy ustanawiano niehandlowe niedziele nie w pełni zdawaliśmy sobie sprawę, że wniesie to tak wiele zmian w nasze życie. Wydawało się wprawdzie nielogiczne, że nagle odpoczynku w niedziele wymagają jedynie handlowcy, tak, jakby osoby innych zwodów niegodne były tego dobra.
Nie wzięto pod uwagę, że sklepy czynne w niedziele były wygodą dla wielu rodzin, nie mających czasu w tygodniu robić ważnych zakupów, że kupowanie na zapas w tłoku, w soboty łączy się z marnotrawstwem, że kokosy będą robić stacje benzynowe, a małe sklepiki, dla których miało to być okazją do rozwinięcia skrzydeł – zwiną je szybciutko.
I wreszcie sami pracownicy handlu okazali się niewdzięcznikami, bo zabrakło im dawnych niedzielnych zarobków. Wszystko jednak wskazuje, że zarówno informacja, iż 15 tysięcy małych sklepów zwinęło się w ostatnim czasie, jak i opinia 70 proc. odpowiadających w ankiecie na ten temat jest na razie badana. Jak wielu i ja uważam, że zakaz handlu w niedziele nie dotrwa nawet do wakacji, w czasie których dorabiają chętnie studenci, a i sami pracownicy sklepów pewnie uznają, że zapewnienie 2 wolnych niedziel każdemu z nich przy lepszych zarobkach w pozostałe nie jest wielką krzywdą.
Prawdę mówiąc bardzo niemiłe wrażenie zrobiła na mnie wizyta w okolicy nieczynnej w niedzielę Arkadii. Miejsce zawsze tętniące życiem było puste i smutne. Myślę, że moje złe wrażenie to nic, w porównaniu ze smutkiem kupców, którym w te zbyt spokojne dni ucieka sporo pieniędzy.
Przyznam się, że nie robię zazwyczaj zakupów spożywczych w niedziele. Ale odkąd mamy te wolne, niehandlowe, zawsze złośliwie mi czegoś niezbędnego zabraknie i szukam czynnego sklepu po całej okolicy. Starając się temu zapobiec zaczynam kupować na zapas… i okazuje się, że nabyłam za dużo. Nie jestem mistrzynią w produkowaniu zupy na gwoździu, ale życie nakazuje mi często zagospodarowywać pozostające po takich obfitszych zakupach resztki, z którymi nie wiadomo, co zrobić, jeśli to nie jest pół gęsi lub pokaźny kawał pieczeni.
Najprościej wykorzystać ugotowane ziemniaki: gnocchi lub swojskie kopytka dają bazę na następny obiad. Ale jeśli nam zostaje trochę kalafiora, trochę brokuła (a może innych warzyw) i sporo ugotowanego kurczaka, na wywarze z którego powstała zupa na niedzielę? Wystarczy dogotować ryż, zrobić sos beszamel z 2 szklanek mleka, 2 łyżek masła i dwóch kopiastych łyżek mąki, dodać trochę startego sera żółtego, soli i pieprzu; następnie ułożyć warstwami w naczyniu do zapiekania: ryż, na to kilka łyżek beszamelu, na to kalafior i brokuł (ew. inne warzywa), znów kilka łyżek beszamelu, pokrojone w plasterki lub kostkę mięso z kurczaka, jeszcze warstwa beszamelu, a na końcu resztę ryżu i polać obficie pozostałym beszamelem, posypać jeszcze odrobiną sera i zapiekać, aż ser się rozpuści i lekko zacznie rumienić. Jest to naprawdę smaczna oszczędność. Zapiekanka prawie na gwoździu.

16.02.2019
sobota

O ziemniaku, ciag dalszy

16 lutego 2019, sobota,

Ciekawe, że w okresie, kiedy nie mieliśmy wyboru pomiędzy wieloma pysznymi potrawami, bo rynek był na poziomie zerowym, o ziemniaku wyrażaliśmy się pogardliwie. Nie ceniliśmy tego warzywa, choć był jednym z niewielu dostępnych. Teraz, kiedy odbiliśmy się od dna, zaczynamy dostrzegać walory kartofelków dla naszej kuchni i podniebienia. Jak miło widzieć w jednym z dużych supermarketów całe stoisko zapełnione woreczkami z rożnymi gatunkami kartofli, opatrzonych dokładnymi opisami, jakie są ich cechy i przeznaczenie. To jeden z tych produktów, który przeżywa radykalne wzloty i upadki. Zaczęliśmy więc znów odkrywać prawdę dawno objawioną, że pospolity ziemniak ma witaminy i szereg innych wartościowych składników, że można zrobić z niego wiele potraw i że ma doskonały smak.
Czy próbowaliście kiedyś pyrek z gzikiem? Ja raczyłam się nimi dawno temu u jednej z poznańskich ciotek. Pyrki były pieczone w ogrodowym ognisku, parujące, posypane leciutko solą, podane z doskonałym twarogiem. To było jedzenie!
A robione od czasu do czasu przez Mamę pyzy, arcykartoflane danie? To było święto łasuchów. Podawane z pieczonym schabem, którego kruchość i soczystość zarazem gwarantowało inne niż obecnie, przycinanie mięsa, na którym pozostawiano bardzo niezdrową a pyszną warstwę tłuszczyku. Przecież wiedziała to sama Ćwierczakiewiczowa, że zarówno zbyt mały, jak pozbawiony owej tłuszczowej otoczki kawałek schabu „jest niesmacznym”. Przygotowywanie pyzowej uczty to było pół dnia pracy: tarcie (na tarce!) i pracowite wyciskanie masy ziemniaczanej, mieszanie jej z ziemniaczanym puree i kształtowanie okrągłych klusek. Gotowane dość długo, miały szary kolor i wyborny smak.
Zapraszali się, lub byli zapraszani na pyzy do mojego rodzinnego domu, liczni znajomi Piotra i moi. A przypomniała mi to nasza spotkana po latach koleżanka ze studiów, dla której, podobnie jak dla mnie było to miłe, ciepłe wspomnienie gościnności, serdeczności i… młodości. No i oczywiście, niezrównanego smaku.
Dziś częściej niż domowe pyzy jadamy kopytka, albo włoskie gnocchi (kupowane gotowe). Przygotowuje się je bardzo podobnie, a różnią się głównie kształtem no i oczywiście dodatkami.
Niech żyją ziemniaki!

4.02.2019
poniedziałek

Śnieg

4 lutego 2019, poniedziałek,

Moja fascynacja restauracją Antica Osteria w małym miasteczku Ossana w Val di Sole trwa już kilka lat. Zaczęło się od tego, że pojechaliśmy z mężem obejrzeć zamek i wystawę szopek. Snuliśmy się wieczorem po uroczym miasteczku i w pewnej chwili zobaczyliśmy okienka, za którymi w pięknym wnętrzu siedzieli ludzie i smakowicie coś jedli. Na zewnątrz ciemno i zimno, a tam miło, jasno… Niestety byliśmy już po kolacji, ale obiecaliśmy sobie, że tu jeszcze wrócimy.
No i wracamy co roku, bo w zimie oboje tu pracujemy (jedno na śniegu, drugie przy komputerze). W tym roku w okresie między świętami a Nowym Rokiem nie dało się zarezerwować stolika. Teraz jednak Włochów na nartach prawie nie ma, a przeważający tu Polacy nie mają tego zacięcia, żeby jechać kilkanaście kilometrów na kolację. Więc się udało.
Dzięki znajomym dokonaliśmy także kolejnego kulinarnego odkrycia i to zaledwie 2 km od domu. Trzeba jednak przyznać, że restauracja Maso Burba jest położona całkowicie na uboczu, co tłumaczy, dlaczego dotąd nie wiedzieliśmy o jej istnieniu. Po świętach było tam pełno, teraz zajęte jedynie 4 stoliki.


Przystawka – karczochy z amarantusem na puree z topinamburu – w Maso Burba

Ponieważ w ostatnim tygodniu sporo napadało, mogliśmy udać się do tej restauracji na biegówkach. Kiedy po kolacji wkłada się narty i tym środkiem lokomocji udaje się z powrotem do domu, zmniejsza to znacznie wyrzuty sumienia, nawet jeśli posiłek był obfity. Wczoraj dodatkową przyjemność sprawił nam widok trzech jeleni, które najwyraźniej wracały znad rzeki w góry. Spotkaliśmy je tuż pod stacją gondoli, gdzie w ciągu dnia ruch i gwar, ale wieczorem nie miały się już czego bać.
Obie restauracje mają bardzo krótkie karty, w których nie znajdziemy pizzy. Właściwie źle mówię, bo w Ossanie nie ma karty. Właściciel, Mariano, podaje dania z pamięci, wymieniając wszystkie składniki i trzeba się szybko orientować. W Maso Burbo karta jest i podczas 3 wizyt spróbowaliśmy już prawie wszystkiego, ale pani kelnerka zapewniła, że za 2 tygodnie zmieniają menu.
Trzecia lubiana przez nas restauracja, Vecchia Canonica w Male nie wytrzymuje niestety konkurencji. Jest duża. Podają tam pizzę. A daniom, choć pyszne, brak tej finezji. A co do dwóch pierwszych to dyskutujemy z mężem, która lepsza. Wydaje się, że konieczne są dalsze badania terenowe.
A wracając do śniegu, to utrudnił on większości wracających po feriach i jadących na ferie na narty do Włoch przejazd przez przełęcz Brenner. Ja zrozumiałam zaś frustrację pana, którego wspomnienia z chatki w Karkonoszach robiły swego czasu furorę w Internecie. Bardzo się cieszyłam, gdy śnieg zaczął padać nie tylko na szczytach, ale również w dolinie. Zrobiło się pięknie i biało. Ale gdy padał już trzeci dzień i każde wyjście z domu oznaczało wpadnięcie w zaspę powyżej kolan, wyjazd samochodem wymagał kilku godzin walki, a w godzinę po odśnieżeniu przejścia od domu do drogi znów nie było widać, zaczął budzić moją wściekłość. Na pociechę myślałam sobie, że przecież (o ile lawina nie zablokuje przełęczy) można wrócić do Warszawy. Choć okazuje się, że i tu sypie… Byle się tylko w porę opamiętało!

Śnieg za oknem, kiedy jeszcze cieszył

29.01.2019
wtorek

Ziemniaczane delicje

29 stycznia 2019, wtorek,

Powiem szczerze – nie spodziewałam się, że największe wrażenie zrobi na mnie ziemniak. Że jego smak będzie najmilszym kulinarnym wspomnieniem. Może dlatego, że nigdzie (no, może oprócz niemieckich restauracji) nie podaje się kartofli z pietyzmem, jako osobnego i do tego pysznego dania. A więc przyjmijmy, że element zaskoczenia odegrał tu pewną rolę.
Ale małe ziemniaczki w skórce pokrytej mgiełką soli morskiej, podane z dwoma sosami, to niezbędny i pyszny element kanaryjskich stołów. Dla dopełnienia bajkowych krajobrazów koniecznie trzeba zamówić je w restauracji. Papas arrugadas to ugotowane „w mundurkach”, w bardzo słonej wodzie nieduże ziemniaki, oczywiście specjalnego kanaryjskiego gatunku, choć kilka rodzajów obecnie sprzedawanych u nas młodych ziemniaków z Francji, Włoch lub Cypru sprawdziłyby się doskonale.
Naprawdę warto poznać ten niezwykły smak, zwłaszcza, że nie jest wielką sztuką ugotować umyte ziemniaczki (1 kg, najlepiej, aby były mniej więcej jednakowej wielkości) z 25 dag grubej morskiej soli, która ma unikalny smak, i wodą dolaną w takiej ilości, aby ledwie je przykryła. Gotuje się je pod przykryciem około 20-25 minut, a kiedy są miękkie odlewa się wodę, zakrywa garnek pokrywką i otula ściereczką, aby ziemniaki „doszły”. Ten specjał podaje się z jednym z dwóch sosów „mojo Rojo” i „mojo verde”. Radzę, jeśli można, kupić je w sklepie z hiszpańską żywnością, ale jeśli już chcemy być bardzo samowystarczalni, przygotujmy na przykład „mojo verde” sami.
Oto składniki: ¾ ściętej z doniczki kolendry, pół doniczki lub, lepiej, pół pęczka zielonej pietruszki, nieduży strączek zielonej ostrej papryczki, 2 ząbki czosnku, płaska łyżeczka zmielonego kminu rzymskiego, 2 łyżki białego octu winnego, 1/4 szklanki oliwy z oliwek. No i oczywiście do smaku sól.
Pokrojoną byle jak kolendrę, pietruszkę oraz pokrojoną w kawałki zieloną papryczkę bez pestek, mielony kmin rzymski, ocet i oliwę miksujemy na gładki sos, na koniec dopiero lekko soląc, ale nie nadmiernie, bo ziemniaczki są przecież słone. I zasiadamy przy kieliszku białego wina z przyjaciółmi. Tylko szkoda, że za oknem nie chwieją się palmy i słońce nie zachodzi za wydmami. Ale i tak pyszne danie to już coś.

24.01.2019
czwartek

Pamiątki z podróży

24 stycznia 2019, czwartek,

Zawsze z podróży przywozi się pamiątki: jedni tylko w sercu i umyśle, inni lubią podeprzeć je bardziej materialnymi. Wazoniki, obrazy, figurki, popielniczki i inne cudeńka, po jakimś czasie tracą swój wdzięk i stanowią tylko domowe rupiecie, z ulgą przy okazji porządków wyrzucane. Od dawna wiadomo, że i tak obecnie najczęściej pamiątki produkowane są w Chinach niezależnie od tego, gdzie będą sprzedawane.
Prawdziwi smakosze będąc na obczyźnie, chętnie zaglądają do sklepów spożywczych, tu właśnie szukając zagranicznych podarków i oryginalnych ( i smakowitych) pamiątek z podróży.
Ale od dłuższego już czasu i tu czeka nas sroga niespodzianka. W sklepach półki uginają się od typowych produktów, jakie bez kłopotu dostaniemy i u nas. Oryginalne jedzenie można znaleźć tylko w specjalistycznych (drogich!) sklepikach.
Właśnie wróciłam z podróży do cieplejszego kraju i wierzcie mi, napracowałam się tam, na miejscu, aby kupić coś oryginalnego. Przedmioty ciężkie nie chodziły w grę: bagaż musiał być lekki. Lekki zaś portfel nakazywał dodatkowo rozsądne wybory. No i masz babo placek! Niemal wszystko, co można było dostać w miejscowości, w której byłam, jest do kupienia w naszych sklepach. Turron – proszę bardzo, w ramach dni hiszpańskich można dostać ten przysmak w różnych marketach. Szynka hiszpańska – codzienny gość na sklepowych półkach. Za winami hiszpańskimi też nie tęsknimy, bo jest ich wielki wybór. Sery – jak wyżej. Może warto byłoby przywieźć doskonałe, a nawet przepyszne gazpacho opakowane jak sok – ale czy to byłby godny prezent?
Kupiłam w końcu niewielkie pudełeczka, szczelnie zamknięte, a zawierające doskonałe guacamole. Miały wszelkie zalety ”drobiazgu” i pasta została szybko zjedzona. Nie były to wprawdzie prezenty, lecz zaledwie prezenciki, ale przynajmniej nie leżą w kącie przeszkadzając przy wycieraniu kurzu.
A jaki z tego wniosek? Otóż taki, że globalizacja przeszkadza w turystycznym życiu, a już co najmniej trochę je zmienia.

13.01.2019
niedziela

Dla wzmocnienia sił

13 stycznia 2019, niedziela,

Czy wiecie, skąd wzięła się nazwa restauracja? Po prostu w XVIII –wiecznych lokalach, podających strawę ktoś wpadł na pomysł przygotowywania pożywnych wołowych rosołów odnawiających chorym siły. Odnawiające, czyli restaurants. I tak to się zaczęło. Dziś raczej nie chodzimy na zupy odnawiające siły do restauracji. Przeciwnie zupy to wybitnie domowa specjalność. Znamy apetyty i gust domowników i gotujemy im i sobie takie, rozgrzewające, jak twierdzą niektórzy, a dla wielu po prostu arcydobre, pełne smaku i warzyw dania.
Ostatnio na każde spotkanie z przyjaciółmi próbuję ugotować coś, co wszystkim sprawi niespodziankę, najbardziej lubię wszystkich mocno zdziwić, każę nawet zgadywać, z czego zupa-krem, w których się specjalizuję, została stworzona. A w solidnie zhomogenizowanych zupach-kremach to niekiedy wcale nie jest łatwe, ponieważ uzyskuje się całkiem osobliwy smak. Była już oczywiście zupa dyniowa z curry i imbirem (proste!), cukiniowe na różne sposoby, pietruszkowa z gruszką, selerowa z jabłkiem, porowa, pomarańczowa, paprykowa, batatowa .Uff i tu skończyły mi się pomysły, czasem zapożyczone. Aha, jeszcze czeka nie budząca na pierwszy rzut oka mojego entuzjazmu krem z ogórków.
Bardzo proszę, jeśli macie jakieś dobre pomysły na kremowe zupy, napiszcie. Wszyscy pewnie będą Wam wdzięczni. A ja z góry dziękuję.

12.01.2019
sobota

Pożegnanie

12 stycznia 2019, sobota,

Jak żyłoby się bez znajomych, przyjaciół… Jak my, blogowicze, żylibyśmy bez naszej społeczności, która od lat wypisuje swoje refleksje, kłóci się i dyskutuje, a choćby tylko zawiadamia wszystkich o ważnych sprawach, dzieli się nabytą wiedzą. Jesteśmy dla siebie mili, życzliwi. Wszyscy. To wielka wartość tego blogu, którą zawdzięczamy my wszyscy sobie nawzajem. Dlatego tak żal… Żegnaj Esko!