Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

28.05.2019
wtorek

Nowoczesność w domu i zagrodzie

28 maja 2019, wtorek,

Gdyby w naszych kuchniach musiały odnaleźć się nasze babki lub prababki byłaby niezła heca. Nie tylko thermomixy i kuchenki indukcyjne stałyby się fortecami nie do zdobycia od samego początku. Nie mniej tajemnicze, zadziwiające i pewnie zupełnie niepotrzebne wydałyby się im liczne produkty spożywcze, z którymi my obcujemy na co dzień.
Ale i w międzywojennej kuchni wprowadzono do użytku wiele urządzeń i produktów, które, w unowocześnionej nieco formie używane są do dziś. Ostatnimi czasy dostałam w prezencie trzy międzywojenne broszury, których autorzy starali się zaprezentować na rynku, do codziennego domowego użycia margarynę, proszki budyniowe, owocowe galaretki do przygotowywania na deser oraz aromaty i proszki do pieczenia ciast. Wymienione jest też urządzenie o nazwie „Czarodziej ”, służące między innymi do gotowania knedli. Ciekawe jak wyglądało i jaką czynność ułatwiało to urządzenie…
Każda z broszur kosztowała niebagatelną sumę (20 groszy) ale przynosiła też sporą porcję wiedzy kuchennej. Ciekawe, czy kogokolwiek zainteresuje taki przepis z jednego z tych opracowań. Cytuję dokładnie.
Kluski kartoflane
Dodatki: 75 deka gotowanych ziemniaków, 25 deka białego chleba,1 paczka Dra Oetkera proszku „Backin”, 6 jaj, trochę soli
Sposób przyrządzenia: skórkę białego chleba pokrajać w drobne kawałki i usmażyć w maśle na ostrym ogniu, utrzeć ośrodek chleba i ugotowane ziemniaki tak, by nie pozostały żadne grupki, które przeszkadzają spoistości. Do utartego chleba i ziemniaków dodać twardo spieczoną skórkę, jaja, trochę soli, proszek „Backin”. Przerobić wszystko starannie, a jeśli ciasto za miękkie jeszcze, dodać trochę mąki. Z gotowego ciasta zrobić 6 klusek, które gotuje się w gorącej wodzie około 20 minut. Zaleca się przekrajać 1 kluskę i spróbować, czy jest ugotowana. Kluski te są szczególnie odpowiednie do zająca lub pieczeni z octu, można również jeść je z kompotem. Najlepsza pora na nie jest wiosna, gdy ziemniaki są mniej smaczne.
Jeśli mam być szczera, spróbowałabym takiej kluchy chętnie. Choć może niekoniecznie do kompotu… Smacznego.

20.05.2019
poniedziałek

Oto jest pytanie

20 maja 2019, poniedziałek,

Jakie? Najprostsze: jeść czy nie jeść. A chodzi o nowalijki. Przelewające się z warzywnych straganów truskawki, rzodkiewki, pomidory (rzadko smakowite), ogórki, sałaty i co tam jeszcze sobie wymarzymy to krzepiący sygnał dostatku. A wszystko to wyrasta jeszcze o tej porze roku pod dachem, na specjalnym podłożu, zasilane i chronione chemicznie. Oczywiście, przymiotnik „chemiczny” nie oznacza czegoś niezdrowego, ale nawet smak tych specjałów, rosnących w skąpym sztucznym świetle i pędzone ludzką przemyślnością dowodzi, że jakość jest różna od jakości gruntowych. Czy jednak gorsza?
Na ten temat wypowiedzi są różne i mylące. Niepożądane składniki wedle jednych absolutnie niweczą zdrowotny skutek zjadania świeżych warzyw i owoców. Wedle innych nie jest to niekorzystny dla naszej diety dodatek lecz witaminowa bomba. Dla innych wreszcie zyski przeważają straty: dieta wczesnowiosenna jest tak smakowita, że spychamy na drugi plan świadomość, czy jest dobroczynna dla zdrowia. Każda postawa ma podstawy w opiniach naukowców. A my nadal musimy się kierować zdrowym rozsądkiem, apetytem i czym tam jeszcze chcemy. Istnieją wskazówki płynące od dietetyków, aby nie jadać tych specjałów częściej niż dwa razy w tygodniu, jednak jest to dość mętnie sformułowane, niezbyt przekonująco, bo jaka jest alternatywa? Zeszłoroczna kapusta, marchew czy buraki, doskonale przechowujące się jabłka, które i tak jadamy przez całą zimę? Albo przewiezione z cieplejszych krain warzywa i owoce? Jedyna pociecha to nasze, wyrastające na polach szparagi, na które właśnie teraz mamy sezon. A są w tym roku dorodne, smakowite. Zwłaszcza te zielone, do których przekonałam się tak dalece, że już mi nie smakują białe, które do niedawna jadaliśmy jako jedyne. Uwielbiam zwłaszcza upieczone z kilkoma kroplami oliwy, podane z dipem z jajka na twardo doprawionego solą, pieprzem i pachnącą oliwą. A jaka pyszna jest zupa. Lepsza, moim zdaniem, z tych białych, ale prawdę mówiąc, jedyna różnica w barwie. Można podawać klasycznie ugotowane w posłodzonej i posolonej wodzie (niektórzy dodają do niej troszkę masła), polane tartą bułką z masłem. Ilość pomysłów na zapiekanki czy tarty ze szparagami jest ogromna. Doskonałe jest też risotto ze szparagami, które stało się specjalnością Agaty, a które nie wiem, czy nie zajmie w moim prywatnym rankingu miejsca przed pieczonymi szparagami z jajecznym dipem. No a przy tym jaka prosta to potrawa.
Wystarczy pokroić zielone szparagi na krótkie kawałki, lekko podsmażyć na odrobinie oliwy i odstawić. Podsmażyć posiekaną cebulkę i ząbek czosnku na maśle. Gdy się zeszkli, wsypać włoski ryż i smażyć chwilę. A potem już tylko dolewać po odrobinie wywaru warzywnego, mieszać i czekać aż się wchłonie. Jeśli mam otwartą butelkę białego wina, dolewam również trochę wina. Po kilku minutach dodać szparagi do ryżu i dalej dolewać wywar i lekko mieszać potrawę, aż ryż będzie gotowy. Oczywiście nie całkiem miękki. Posypać tartym parmezanem. Dodać łyżeczkę zimnego, pokrojonego na kawałki masła.
Smacznego!

8.05.2019
środa

Smaki i smaczki

8 maja 2019, środa,

Po co chodzimy do restauracji? Z najróżniejszych przyczyn, z których chęć zaspokojenia głodu wcale nie jest najważniejsza. Wydaje się, że często kierujemy się chęcią doświadczenia „co też oni wymyślą”. Nikogo już nie interesowałoby podanie tradycyjnego dania, najbardziej choćby przyrządzonego. Obecnie powszechna stała się moda na modyfikowanie, „łamanie” smaków, zaskakiwanie, nieoczekiwane i nieoczywiste ich łączenie. No cóż, gotowanie jest jedną ze sztuk, a szukanie nowych sposobów wyrazu, znaczeń i technik jest cechą immanentną innych współczesnych rodzajów sztuk. Nikt już nie może malować, komponować ani pisać tak jak dawniej. Także w kuchni musimy wyrażać smaki po nowemu.
Po co ten wstęp? Otóż poszłam wczoraj do restauracji, gdzie m. in. z okazji moniuszkowskiej rocznicy, znany z twórczego czytania starych przepisów Maciej Nowicki wprowadził do menu transkrypcje dawnych przepisów z okresu, kiedy żył i tworzył kompozytor. Maciej Nowicki oraz Agnieszka Kręglicka, właścicielka restauracji, proponują zarówno chłodnik z ogórków, roladę z głowizny, rosół na rurze wołowej, jesiotra z płatkami słoniny, bliny z wędzoną śmietaną, jak deserowy, piwny kalteszal. Czy było to smaczne? Bardzo. W dodatku pomysłowe, wymagające zarówno wiedzy historycznej, jak fantazji i pewnej śmiałości. Ale skoro muzykę z tamtego czasu gra się na nowo, dlaczego zmiany nie miałyby dotyczyć także potraw. Nie od dziś wiadomo, że muzyka i jedzenie są sobie bliskie.
Po naprawdę smakowitym posiłku pomyślałam, że równie doskonale uczciłoby muzykę i muzyka dosłowne odwzorowanie niektórych potraw. Wiek XIX był okresem, kiedy upowszechniła się na polskich ziemiach najdoskonalsza chyba kuchnia, a niektóre przepisy zasługują na zapamiętanie. Choćby gotowany w wywarze warzywnym sandacz z dodatkiem siekanych jaj na twardo i stopionego masła, zrazy a la Nelson czy bitki cielęce w subtelnym sosie śmietankowym z pieczarkami. A zupy i desery czy ciasta, a doskonałe „jarzynki”? To byłoby również pyszne.

29.04.2019
poniedziałek

Smakołyki, smakołyki

29 kwietnia 2019, poniedziałek,

Przez kilka tysiącleci przyjęliśmy pewne reguły: jedno jadamy, czego innego na pewno nie. Instynktownie ludzie odrzucali coś lub akceptowali, bo niczego nie badano przecież naukowo. Ważne były, między innymi, zasady religijne lub higieniczne. Niejedzenie wołowiny w krajach hinduizmu to po prostu ochrona cennych krów i tego, co dzięki nim zyskiwano (mleka), niejedzenie wieprzowiny to przepis higieniczny, który zyskał sankcję religijną. Dlaczego jadamy krewetki a tłuste pędraki nie zyskują naszej aprobaty? Czemu delektujemy się krwistym befsztykiem, a nie jadamy surowego, jeszcze ciepłego mięsa? Może dlatego, że jako istoty ludzkie, zaczynaliśmy od zjadania robaków i surowego mięsa. Zapomnieliśmy chętnie o prymitywnym żywieniu, stworzyliśmy wielkie kuchnie i w naszym konsumpcyjnym repertuarze pozostało, jak nam się wydawało, jedynie to, co najlepsze.
Żyjemy w przeludnionym świecie, jako realne postrzegamy niebezpieczeństwo, że zabraknie jedzenia. Ale z całą pewnością nie to jest powodem, że rozwija się moda na poszukiwanie nowych albo od pradawnych czasów zapomnianych pokarmów i doszukiwanie się w nich nadzwyczajnych, niedocenionych właściwości.
Jednym z najbardziej znanych polskich poszukiwaczy smaków tam, gdzie ich istnienia nie podejrzewamy, jest dr Łukasz Łuczaj. Z każdej wyprawy do lasu przynosi rośliny, które później skrupulatnie pożytkuje. Sałatki, zupy, polewki, jarzynki – wszystko to ma za podstawę dzikie rośliny. Naturalną koleją zainteresował się też niewykorzystywanymi w naszej kulturze bezkręgowcami, robalami, które jednak jedzone niegdyś na przykład przez Indian, pozwalały im przetrwać w nieprzyjaznych warunkach przyrodniczych.
Nasze kulturowe obrzydzenie nie jest racjonalne wedle autora „Podręcznika robakożercy”, dlatego w imię doświadczeń przyrządził doskonały rosół z potrąconej przez siebie na drodze żaby. Szokujące? A niby czemu, skoro jako delicje traktujemy żabie udka? A zachwalany przez autora dodatek prażonych koników polnych, nadających smak potrawie z leśnych roślin jest już tylko logicznym dalszym ciągiem. Nawiasem mówiąc uczestniczyłam kiedyś w degustacji owadów hodowlanych. Choć nie byłam pełna zachwytu, prażone chrząszcze nie były dla mnie wielkim problemem. W końcu sardynki zjadamy także w całości, z dobrodziejstwem wewnętrznego inwentarza, a ostrygi nawet z wodą morską, ich naturalnym środowiskiem. Nie skusiłam się jednak na duże, tłuste pędraki, choć krewetki, jakże podobne w pokroju, zjadam z wielkim apetytem.
Przyszłość nie jest nigdy taka, jak ją sobie wyobrażamy (vide Jules Verne, czy nawet bliższy nam Stanisław Lem). Nie będę więc gdybać, jak to przyroda nieznana i dzika umożliwi nam przeżycie.
Pozwolicie jednak, że nie podam przepisu na ślimaki po francusku, który może byłby tu na miejscu. Zaproponuję za to jajecznicę z lebiodą, która może stać się śniadaniowym hitem. Na patelni roztapiamy łyżeczkę masła, rozbijamy 2 jajka w kubeczku; garść lebiodowych listków sparzamy gorącą wodą, odciskamy, dodajemy do jajek i wylewamy na patelnię z roztopionym masłem, lekko solimy, mieszamy do uzyskania ulubionej konsystencji i zjadamy ze smakiem. Proste. I bardzo modne! A i na majówkę jak znalazł.

25.04.2019
czwartek

Święta w słońcu

25 kwietnia 2019, czwartek,

Od dość dawna mamy piękną pogodę, zwłaszcza jeśli patrzymy przez okno, bo chłodne wiaterki dają nam się we znaki. Czy dziwicie się, że mnie pociągnęło nad morze, do Gdańska-Oliwy wabiącego słońcem i błękitnym niebem. No i okazało się, że kompletnie niepotrzebnie wyjeżdża się nad włoskie morze: wspaniała plaża, urocze, dobrze utrzymane bulwary nad morzem ciągnące się przez Gdańsk, co najmniej do Sopotu. Letnia pogoda też od kilku sezonów nie zawodzi. A na bulwarach dziesiątki knajp i knajpeczek w różnym stylu, cenie i smaku. Ale raczej dobre. Niektóre zaś, jak „Na przystani” doskonałe i oblegane w porze lunchu i kolacji jak w czasach słusznie minionych. I nie bez powodu. W ogóle wydaje mi się, że te wybrzeżowe restauracje nie mają żadnego zadęcia i w tym podobne są do włoskich, a jedzenie w nich nie jest uderzająco drogie. Takie sobie, średnie ceny, akceptowalne, zważywszy jakość, miejsce i położenie geograficzne. Wprawdzie psy nie mają wstępu do restauracji, a byłam z psią koleżanką, ale nie mam pretensji: na słonecznym „zewnętrzu” knajpek było nam doskonale, a dla Kulki może nawet bardziej interesująco.
Świąteczne zakupy obserwowane w marketach w tym roku wydały mi się jeszcze bardziej obfite niż w poprzednich latach, nic więc dziwnego, że pokazywane w TV lodówki w jadłodzielniach pękają w szwach. Tuż po świętach w pomieszczeniu śmietnikowym warszawskiej kamienicy dostrzegłam wory(!) suchego chleba. A co jeszcze trafiło do pojemników, wolę nie myśleć. Mam niezbyt skrzętnych i oszczędnych sąsiadów….
Świąteczne dni spędzone w naszym wiejskim domu pozwoliły cieszyć się zarówno tym, co wyrasta z zeszłorocznych korzeni (szczypiorek, czosnek, szałwia, specyficzne sałatkowe listki, rozmaryn) jak nowo sadzonymi. W tym roku znów będziemy mieli wiele warzyw wyrastających na nieskażonych chemią grządkach. Znów będziemy niezbyt energicznie przeganiali ptaki i wiewiórki z truskawkowego poletka lub z krzewów borówki amerykańskiej. Wydają one szczodrze owoce, ale zjadają je ze smakiem raczej nieproszeni goście niż my. Miejmy nadzieję, że deszcze będą padały w środku tygodnia (wiadomo, nie w weekend) i to na tyle obfite, że nie trzeba będzie wiele podlewać.
W każdym razie miło, że wiosna!

26.03.2019
wtorek

Wiosna, ach to ty…

26 marca 2019, wtorek,

Doszło do tego, że już nie pierwsze kwiatki i nie przylatujące ptaki sygnalizują wiosnę, a raczej sklepowe dekoracje, promocje wiosenne i podobne działania, nie mające się nijak do wiosny. No bo co ma do jakiejkolwiek pory roku promocja na telewizory? Na rowery czy sportowe stroje albo turystyczne samochody, to co innego, choć nie sądzę, aby nawet najbardziej wspaniałe auto było typowym wiosennym zakupem. Nie cieszą oczu pierwsze nowalijki, bo przez cały rok mamy wszystko, co jest zdobyczą nie do przecenienia.
A więc co nadzwyczajnego w związku z początkiem wiosny? Chyba poprawa nastroju i potem szybkie jego obniżenie, kiedy zdajemy sobie sprawę, że czekają nas wiosenne zakupy ubrań, konieczne porządki i myślenie o świętach. Na nic przestrogi, że powinno się kupować nie za wiele, nie na duży zapas, taki, który zjada się tydzień po świętach, a którego sporą część z poczuciem winy się wyrzuca. Ale „nil desperandum”: nie ma takiego domu, w którym nie zmarnowałoby się choć drobnej cząstki świątecznych zapasów. Oczywiście coraz sprawniej minimalizujemy zakupy i uczymy się zagospodarowywać resztki.
A co może nam niechybnie poprawić nastrój w pierwszych dniach wiosny? Chyba coś smakowitego. I to coś warzywnego. Niechaj to będzie risotto z zielonym groszkiem. Wiosenne? No pewnie, głównie z racji koloru, bo przecież użyjemy mrożonego, ubiegłorocznego groszku. Mam proporcje na 6 osób w starej książce z recepturami. Wiecie ile musiałam się naliczyć, aby sporządzić przepis jednoosobowy? Ale tak właśnie witam wiosnę, jednoosobowym risottem.
Risotto groszkowe
2-2,5 łyżki ryżu arborio, kopiasta łyżka masła, pół łodygi selera, szalotka, kieliszek wytrawnego białego wina, 1/2 szklanki bulionu warzywnego z kostki,10 dag mrożonego groszku (mniej więcej), sól, pieprz.
Na maśle podsmażamy (nie rumieniąc) posiekaną drobno szalotkę i łodygę selera, po kilku minutach dodajemy ryż i smażymy dalej, aż się zeszkli. Teraz dodajemy wino i mieszając smażymy, aż odparuje i pod koniec tego zaczynamy wlewać bulion, powoli, w dwóch- trzech porcjach. Po 5 minutach gotowania dodajemy wraz z bulionem groszek i wszystko razem gotujemy, aż uznamy, że ryż jest dostatecznie miękki, lecz nie rozgotowany, jędrny. Oczywiście doprawiamy pod koniec solą i pieprzem. A tuż przez jedzeniem posypujemy 1-2 łyżkami startego sera.
Vivat wiosna!

13.03.2019
środa

Jak to robią w Szwecji

13 marca 2019, środa,

Najprościej. A mowa o zakupach. Powiedzmy, że nie masz na nie czasu, ale uwielbiasz gotowanie (odstresowuje!) i domowe smaki. Albo uwielbiasz skupiać rodzinę wokół obiadowego stołu. Masz swoje szybkie metody przyrządzania potraw, ale już zakupy Cię przerastają i to pod każdym względem: zabierają czas, zawsze w zaaferowaniu zapomnisz jednego składnika, trzeba to wszystko przydźwigać do domu.
Tymczasem w Szwecji można zamówić sobie niezbędny do wykonania domowego obiadu komplet składników. Pracownicy serwisu wszystkie składniki przyniosą do domu i na pewno nie zapomną o najmniejszym drobiazgu. Jedyne, co trzeba zrobić, to złożyć zamówienie, określić liczbę osób i ogólnie używaną nazwę dania. Dobre duszki sformułują listę i przyniosą wszystko pod drzwi.
W książkach i artykułach na temat organizowania sobie pracy w domu wiele mówi się o umiejętności delegowania czynności, o podziale zadań. To klasyczny przykład wyższego stopnia delegowania. Oddajemy zakupy w obce ręce, w dodatku obdarzając go zaufaniem co do wyboru i doboru składników. Ale to co ugotujesz jest już autorskie, domowe, swojskie, własne.
Wiem, wiem, także i u nas można zamówić sobie pod drzwi obiadowy czy całodzienny zestaw. Pudełeczkowy wikt można znaleźć pod drzwiami wielu osób dbających o tuszę. Bo dania te mają możliwie ściśle ograniczoną liczbę kalorii. I podobno bywają smaczne. Ale moja potrzeba wolności nie zgodziłaby się z takim ograniczeniem. Zawsze uważam, że jedyną rozsądną metodą na utrzymanie jakiej takiej figury jest jeść mniej, niż chce się zjeść. Po pewnym trudnym, nie ukrywam, okresie przyzwyczajamy się do mniejszych porcji, ale nadal jadamy różnorodnie, nie musimy się uciekać się do ograniczeń diety pudełkowej.

Zarówno jedno jak drugie zjawisko to przejawy dostatku. Ciekawe, co jeszcze da się tu wymyślić. Czekamy.

5.03.2019
wtorek

Zakupy, zakupy

5 marca 2019, wtorek,

Kiedy ustanawiano niehandlowe niedziele nie w pełni zdawaliśmy sobie sprawę, że wniesie to tak wiele zmian w nasze życie. Wydawało się wprawdzie nielogiczne, że nagle odpoczynku w niedziele wymagają jedynie handlowcy, tak, jakby osoby innych zwodów niegodne były tego dobra.
Nie wzięto pod uwagę, że sklepy czynne w niedziele były wygodą dla wielu rodzin, nie mających czasu w tygodniu robić ważnych zakupów, że kupowanie na zapas w tłoku, w soboty łączy się z marnotrawstwem, że kokosy będą robić stacje benzynowe, a małe sklepiki, dla których miało to być okazją do rozwinięcia skrzydeł – zwiną je szybciutko.
I wreszcie sami pracownicy handlu okazali się niewdzięcznikami, bo zabrakło im dawnych niedzielnych zarobków. Wszystko jednak wskazuje, że zarówno informacja, iż 15 tysięcy małych sklepów zwinęło się w ostatnim czasie, jak i opinia 70 proc. odpowiadających w ankiecie na ten temat jest na razie badana. Jak wielu i ja uważam, że zakaz handlu w niedziele nie dotrwa nawet do wakacji, w czasie których dorabiają chętnie studenci, a i sami pracownicy sklepów pewnie uznają, że zapewnienie 2 wolnych niedziel każdemu z nich przy lepszych zarobkach w pozostałe nie jest wielką krzywdą.
Prawdę mówiąc bardzo niemiłe wrażenie zrobiła na mnie wizyta w okolicy nieczynnej w niedzielę Arkadii. Miejsce zawsze tętniące życiem było puste i smutne. Myślę, że moje złe wrażenie to nic, w porównaniu ze smutkiem kupców, którym w te zbyt spokojne dni ucieka sporo pieniędzy.
Przyznam się, że nie robię zazwyczaj zakupów spożywczych w niedziele. Ale odkąd mamy te wolne, niehandlowe, zawsze złośliwie mi czegoś niezbędnego zabraknie i szukam czynnego sklepu po całej okolicy. Starając się temu zapobiec zaczynam kupować na zapas… i okazuje się, że nabyłam za dużo. Nie jestem mistrzynią w produkowaniu zupy na gwoździu, ale życie nakazuje mi często zagospodarowywać pozostające po takich obfitszych zakupach resztki, z którymi nie wiadomo, co zrobić, jeśli to nie jest pół gęsi lub pokaźny kawał pieczeni.
Najprościej wykorzystać ugotowane ziemniaki: gnocchi lub swojskie kopytka dają bazę na następny obiad. Ale jeśli nam zostaje trochę kalafiora, trochę brokuła (a może innych warzyw) i sporo ugotowanego kurczaka, na wywarze z którego powstała zupa na niedzielę? Wystarczy dogotować ryż, zrobić sos beszamel z 2 szklanek mleka, 2 łyżek masła i dwóch kopiastych łyżek mąki, dodać trochę startego sera żółtego, soli i pieprzu; następnie ułożyć warstwami w naczyniu do zapiekania: ryż, na to kilka łyżek beszamelu, na to kalafior i brokuł (ew. inne warzywa), znów kilka łyżek beszamelu, pokrojone w plasterki lub kostkę mięso z kurczaka, jeszcze warstwa beszamelu, a na końcu resztę ryżu i polać obficie pozostałym beszamelem, posypać jeszcze odrobiną sera i zapiekać, aż ser się rozpuści i lekko zacznie rumienić. Jest to naprawdę smaczna oszczędność. Zapiekanka prawie na gwoździu.

16.02.2019
sobota

O ziemniaku, ciag dalszy

16 lutego 2019, sobota,

Ciekawe, że w okresie, kiedy nie mieliśmy wyboru pomiędzy wieloma pysznymi potrawami, bo rynek był na poziomie zerowym, o ziemniaku wyrażaliśmy się pogardliwie. Nie ceniliśmy tego warzywa, choć był jednym z niewielu dostępnych. Teraz, kiedy odbiliśmy się od dna, zaczynamy dostrzegać walory kartofelków dla naszej kuchni i podniebienia. Jak miło widzieć w jednym z dużych supermarketów całe stoisko zapełnione woreczkami z rożnymi gatunkami kartofli, opatrzonych dokładnymi opisami, jakie są ich cechy i przeznaczenie. To jeden z tych produktów, który przeżywa radykalne wzloty i upadki. Zaczęliśmy więc znów odkrywać prawdę dawno objawioną, że pospolity ziemniak ma witaminy i szereg innych wartościowych składników, że można zrobić z niego wiele potraw i że ma doskonały smak.
Czy próbowaliście kiedyś pyrek z gzikiem? Ja raczyłam się nimi dawno temu u jednej z poznańskich ciotek. Pyrki były pieczone w ogrodowym ognisku, parujące, posypane leciutko solą, podane z doskonałym twarogiem. To było jedzenie!
A robione od czasu do czasu przez Mamę pyzy, arcykartoflane danie? To było święto łasuchów. Podawane z pieczonym schabem, którego kruchość i soczystość zarazem gwarantowało inne niż obecnie, przycinanie mięsa, na którym pozostawiano bardzo niezdrową a pyszną warstwę tłuszczyku. Przecież wiedziała to sama Ćwierczakiewiczowa, że zarówno zbyt mały, jak pozbawiony owej tłuszczowej otoczki kawałek schabu „jest niesmacznym”. Przygotowywanie pyzowej uczty to było pół dnia pracy: tarcie (na tarce!) i pracowite wyciskanie masy ziemniaczanej, mieszanie jej z ziemniaczanym puree i kształtowanie okrągłych klusek. Gotowane dość długo, miały szary kolor i wyborny smak.
Zapraszali się, lub byli zapraszani na pyzy do mojego rodzinnego domu, liczni znajomi Piotra i moi. A przypomniała mi to nasza spotkana po latach koleżanka ze studiów, dla której, podobnie jak dla mnie było to miłe, ciepłe wspomnienie gościnności, serdeczności i… młodości. No i oczywiście, niezrównanego smaku.
Dziś częściej niż domowe pyzy jadamy kopytka, albo włoskie gnocchi (kupowane gotowe). Przygotowuje się je bardzo podobnie, a różnią się głównie kształtem no i oczywiście dodatkami.
Niech żyją ziemniaki!

4.02.2019
poniedziałek

Śnieg

4 lutego 2019, poniedziałek,

Moja fascynacja restauracją Antica Osteria w małym miasteczku Ossana w Val di Sole trwa już kilka lat. Zaczęło się od tego, że pojechaliśmy z mężem obejrzeć zamek i wystawę szopek. Snuliśmy się wieczorem po uroczym miasteczku i w pewnej chwili zobaczyliśmy okienka, za którymi w pięknym wnętrzu siedzieli ludzie i smakowicie coś jedli. Na zewnątrz ciemno i zimno, a tam miło, jasno… Niestety byliśmy już po kolacji, ale obiecaliśmy sobie, że tu jeszcze wrócimy.
No i wracamy co roku, bo w zimie oboje tu pracujemy (jedno na śniegu, drugie przy komputerze). W tym roku w okresie między świętami a Nowym Rokiem nie dało się zarezerwować stolika. Teraz jednak Włochów na nartach prawie nie ma, a przeważający tu Polacy nie mają tego zacięcia, żeby jechać kilkanaście kilometrów na kolację. Więc się udało.
Dzięki znajomym dokonaliśmy także kolejnego kulinarnego odkrycia i to zaledwie 2 km od domu. Trzeba jednak przyznać, że restauracja Maso Burba jest położona całkowicie na uboczu, co tłumaczy, dlaczego dotąd nie wiedzieliśmy o jej istnieniu. Po świętach było tam pełno, teraz zajęte jedynie 4 stoliki.


Przystawka – karczochy z amarantusem na puree z topinamburu – w Maso Burba

Ponieważ w ostatnim tygodniu sporo napadało, mogliśmy udać się do tej restauracji na biegówkach. Kiedy po kolacji wkłada się narty i tym środkiem lokomocji udaje się z powrotem do domu, zmniejsza to znacznie wyrzuty sumienia, nawet jeśli posiłek był obfity. Wczoraj dodatkową przyjemność sprawił nam widok trzech jeleni, które najwyraźniej wracały znad rzeki w góry. Spotkaliśmy je tuż pod stacją gondoli, gdzie w ciągu dnia ruch i gwar, ale wieczorem nie miały się już czego bać.
Obie restauracje mają bardzo krótkie karty, w których nie znajdziemy pizzy. Właściwie źle mówię, bo w Ossanie nie ma karty. Właściciel, Mariano, podaje dania z pamięci, wymieniając wszystkie składniki i trzeba się szybko orientować. W Maso Burbo karta jest i podczas 3 wizyt spróbowaliśmy już prawie wszystkiego, ale pani kelnerka zapewniła, że za 2 tygodnie zmieniają menu.
Trzecia lubiana przez nas restauracja, Vecchia Canonica w Male nie wytrzymuje niestety konkurencji. Jest duża. Podają tam pizzę. A daniom, choć pyszne, brak tej finezji. A co do dwóch pierwszych to dyskutujemy z mężem, która lepsza. Wydaje się, że konieczne są dalsze badania terenowe.
A wracając do śniegu, to utrudnił on większości wracających po feriach i jadących na ferie na narty do Włoch przejazd przez przełęcz Brenner. Ja zrozumiałam zaś frustrację pana, którego wspomnienia z chatki w Karkonoszach robiły swego czasu furorę w Internecie. Bardzo się cieszyłam, gdy śnieg zaczął padać nie tylko na szczytach, ale również w dolinie. Zrobiło się pięknie i biało. Ale gdy padał już trzeci dzień i każde wyjście z domu oznaczało wpadnięcie w zaspę powyżej kolan, wyjazd samochodem wymagał kilku godzin walki, a w godzinę po odśnieżeniu przejścia od domu do drogi znów nie było widać, zaczął budzić moją wściekłość. Na pociechę myślałam sobie, że przecież (o ile lawina nie zablokuje przełęczy) można wrócić do Warszawy. Choć okazuje się, że i tu sypie… Byle się tylko w porę opamiętało!

Śnieg za oknem, kiedy jeszcze cieszył