Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

24.12.2017
niedziela

Wesołych świąt

24 grudnia 2017, niedziela,

Kutia gotowa, zupy (grzybowa i barszcz, które biesiadnicy zjadają po trochu, sprawiedliwie, obie),karp pokrojony (ale nie posolony, aby nie był suchy), ryba faszerowana i po grecku nabierają smaku w chłodnym miejscu, kompot, pierniki i makowce czekają na chętnych. Kapusta z grzybami pyrkocze na kuchni. My czekamy na nadejście wieczerzy. W tym roku dość długo, bo do wieczora, a nie popołudnia, ale za to z dobrym apetytem przystąpimy do wigilijnych wspaniałości.
Na przykładzie naszej rodziny, myślę, że dlatego, iż żyjemy w czasach pokojowych, można prześledzić jak mijają pokolenia, jak kolejne przejmują tradycję, poszerzając ją wraz z kolejnymi małżeństwami. Już po raz drugi my obie obejmujemy tę zaszczytną rolę dbania o tradycję, którą to rolę przejęłyśmy od całego szeregu tych, których dziś a nami nie ma. Każda potrawa to żywe wspomnienie ich wszystkich. Każda potrawa ma historię związaną z ludźmi, których kochaliśmy i których dotąd kochamy, ale także z dalszymi pokoleniami.
Kochani, wszyscy, którzy przeczytacie dziś czy jutro te słowa, przyjmijcie nasze najserdeczniejsze życzenia. Pamiętajmy przy tym o całych rodzinach, o tych, którzy są i o tych, którzy dziś mają szansę być tylko wspomnieniem. Niechaj nikt nie zostanie zapomniany.
I w tak dużym towarzystwie niechaj będzie nam szczęśliwie, miło i życzliwie. Czego Wszystkim Czytelnikom, Uczestnikom Blogu i ich rodzinom, ale także nami naszej rodzinie życzymy.

19.12.2017
wtorek

Bazar wśród biurowców

19 grudnia 2017, wtorek,

Biobazar z warszawskiej Fabryki Norblina przeniósł się do Mordoru. Dla mniej wtajemniczonych – nie chodzi o tolkienowską siedzibę Saurona, tylko niezliczonej liczby firm na warszawskim Mokotowie. Nowa siedziba nie jest może piękna, ale na pewno wygodna i przestronna. No i z punktu widzenia wystawców miejsce jest prawdopodobnie nieporównywalnie lepsze od poprzedniego. Dokładnie naprzeciwko Galerii Mokotów i w sercu zagłębia biurowego.
Sama często pracuję w Mordorze, mam więc okazję widzieć, że pomysł był dobry. Z mojego biura podczas przerwy obiadowej wędrują tam prawdziwe pielgrzymki. Może dzięki temu pracownicy będą odżywiać się lepiej? W surowej i bezdusznej biurowej rzeczywistości to prawdziwy powiew normalności. Gdyby ktoś chciał się wybrać na zakupy przedświąteczne, to bazar jest otwarty w środy 10-18, w piątki 16-20 oraz w soboty 8-16.

17.12.2017
niedziela

Ser i jego nazwa

17 grudnia 2017, niedziela,

W lodówce u znajomych, u których mieszkałam kilka dni, leżał ser Brillat-Savarin. Nie mogłam go nie spróbować. Brillat-Savarin, autor „Fizjologii smaku” wydaje mi się dobrym znajomym. Jego książeczka była w domu od zawsze. I od zawsze cytował ją mój tata. Uważał, że to jedna z podstawowych książek, które powinien znać każdy szanujący się smakosz.
Żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku francuski prawnik i polityk pisał rozprawy prawnicze. Ale to nie one przyniosły mu sławę i sprawiły, że pamiętamy o nim do dziś. Pod koniec życia stworzył dzieło, które nadal jest wznawiane. Wspaniałe dzieło o sztuce kulinarnej.
Ser okazał się wyśmienity. Po przeczytaniu składu zachwyt mój nieco przygasł, jest bowiem bardzo tłusty, zawiera powyżej 75% tłuszczu. Do masy serowej dodaje się podczas jego produkcji świeżej śmietany. Zabójstwo dla talii, doskonałego smaku nie mogę mu jednak odmówić. Jest miękki, pokryty warstwą białej pleśni, która porasta nie skórkę, bo tej ser nie ma, tylko bezpośrednio masę sera. Nadaje się zarówno do smarowania pieczywa, jak i na deskę serów, jako dodatek do wina.
No cóż, reklama dźwignią handlu. Nie ma to jak chwytliwa nazwa.

13.12.2017
środa

Przed świętami

13 grudnia 2017, środa,

Jak to zwykle przed świętami mnóstwo spotkań, prezentacji, pokazywania nowości w kuchni – zawsze wiadomo, że spore zainteresowanie kuchnią, jakie widzimy wokół siebie, wzrasta w tym okresie. Nawet ci, którzy nie mają zamiłowania do gotowania, nagle interesują się specjalnymi przepisami, oryginalnymi produktami, dobrym, wyjątkowym smakiem. Przed świętami zwykliśmy też więcej myśleć o innych. Dlatego organizuje się wiele akcji, które kończą się jednak wkrótce po świętach.
Inicjatywa, o której tu opowiem trwa już jakiś czas i nie skończy się prędko, przeciwnie nabiera rozpędu. Mowa o znakomitym pomyśle laboratorium kulinarnego „ Little Chef”, prowadzonego przez Katię Roman-Trzaskę. W laboratorium organizuje się lekcje gotowania dla przedszkoli, szkół, ale i dla domów dziecka, opowiada o całej historycznej i obyczajowej otoczce.
Katia i jej współpracownicy doszli w czasie zajęć do wniosku, że dla dzieci i młodzieży, która wychowała się w domach dziecka jednym z dużych problemów jest to, że nie mają elementarnej wiedzy o domowej kuchni. Szczęśliwcami są ci, którzy trafią pod opiekuńcze skrzydła Katii, ale to zaledwie część z 8000 tych z całej Polski, którym aktualnie taka wiedza powinna być przekazywana. Tyle bowiem młodzieży w wieku 14-17 lat przebywa obecnie w domach dziecka.
A kuchnia to nie tylko pełne talerze na stole: to rodzinne gotowanie, znajomość smaku rodzinnych od pokoleń potraw, prostych dań, które gotuje się w domu, aby dogodzić dziecku, rozmowy zarówno przy gotowaniu tradycyjnych domowych potraw, jak i później, przy stole. Ta cząstka zwykłego rodzinnego życia jest dla dzieci z domów dziecka zupełnie niedostępna. Nie mają wstępu do kuchni, jedzenie widzą już w formie przetworzonej, nie wiedzą jak ugotować najprostsze ,powszechnie znane potrawy.
Stąd starania „Little Chefa” i stworzonej niedawno Fundacji „Samodzielność od kuchni”, aby stworzyć w całej Polsce sieć ludzi, przekazujących podstawową wiedzę o domowym gotowaniu młodzieży, którą los pozbawił możliwości otrzymania jej w domu. Bardzo dzielnie zgłosili się na wezwanie szefowie kuchni, oczekuje się na dalsze zgłoszenia. Jest to ta część niezbędnej edukacji życiowej, która daje szybkie i widoczne rezultaty, polepsza więzi, daje pewność siebie. Wspierają „Little Chefa” duże firmy, jak na przykład wytwórca „garnków na całe życie”, firma Staub.
To co napisałam powyżej, było prezentowane podczas s spotkania, którego drugim tematem było gotowanie oryginalnych rozgrzewających zimowych zup, które przygotowały: Katia Roman-Trzaska (zupę turecką), Diep Hoang (zupę wietnamską) i Małgorzata Jankowska Buttitta (włoską zupę z kasztanów).
Małgorzata Jankowska-Buttitta przetłumaczyła wraz z Tessą Capponi-Borawską najważniejszą chyba książkę kucharską – „Włoską sztukę dobrego gotowania” Pellegrino Artusiego, która pojawiła się jak meteor na rynku. Czekamy na dodruki.

9.12.2017
sobota

Na oliwkach

9 grudnia 2017, sobota,

Byłam kilka dni na południu Francji, niedaleko Montpellier. Cel był zbożny. Moja przyjaciółka ma wiekową ciotkę, która ma dom i kawałek sadu oliwnego. Początek grudnia to czas zbiorów, a ciotka nie daje rady zbierać oliwek sama. Od kilku lat wyrusza więc z Polski ekipa pomocniczek. Praca nie jest ciężka, a okolica piękna i ciekawa. Nie muszą chyba dodawać, że jada się tu smacznie.
W tym roku jednak pogoda zaskoczyła zbieraczy oliwek. Ponieważ było niesamowicie sucho i gorąco oliwki dojrzały już w końcu października, nie bacząc na to, że my już kupiłyśmy bilety na grudzień. Miejscowi kuzyni zebrali wszystko sami. W tym roku było zresztą o wiele mniej oliwek, były o wiele mniejsze i kiepskie – litr oliwy udawało się wycisnąć z 8, a nie jak co roku z 5 kg owoców. Oliwa jest też bardziej wytrawna niż zwykle. Ponieważ podobne warunki panowały tez na południu Hiszpanii, obawiam się, że oliwy będzie w tym roku mniej i może być gorsza niż zwykle. To ostrzeżenie dla wszystkich jej miłośników. Bo być może zdrożeje?
Choć nie pracowałyśmy, francuska rodzina nie zrezygnowała z karmienia nas, darmozjadów. Kathy i Jacques świetnie gotują i przyrządzali dla nas wspaniałości. Najbardziej niezwykłe było, ze kalafiory, sałatę czy pomidory przynosili o tej porze roku prosto z ogrodu. Ale to nie znaczy, że było bardzo ciepło. W mocy temperatura spadła tam jednej nocy nawet poniżej zera. Za to w dzień słońce grzało i można było jeść południowy posiłek na tarasie.
Oprócz różnych pysznych dań których mieliśmy okazję spróbować, takich jak własnoręcznie przygotowane przez gospodynię foie gras, poznałam nowy sposób przyrządzania dyni piżmowej, która i u nas w tym roku obrodziła. To ta niezbyt ładna dynia o gruszkowatym kształcie i skórce w kolorze cielistym, która dopiero po przekrojeniu ukazuje piękny pomarańczowy miąższ. Kathy kroi ją na cieniutkie plasterki (i to jest najtrudniejszy moment, bo trzeba mieć ostry nóż), okrawa plasterki ze skórki i smaży kilka minut na oliwie. Odrobina soli oraz pieprzu i danie gotowe. Nie jest to pomysł zbyt odkrywczy, ale ja dotąd tak nie robiłam. A warto.

6.12.2017
środa

Niezwykłe pierogi

6 grudnia 2017, środa,

Ostatnio byłam na pokazie nowego urządzenia kuchennego, które robi wszystko prócz zakupów, a które w internecie reklamuje się tak, że nie muszę podawać jego nazwy. Już o tym pisałam, ale obiecałam jeszcze przepis na pierogi z kaczką. I przyszła właśnie na to pora. Jak zrobić ciasto wiemy wszyscy, choć każdy ma jakieś swoje na ten temat tajemniczki. Podam więc jedynie przepis na farsz, który wydaje mi się boski i wypróbuję go w najbliższą niedzielę. Cytuję przepis Sylwii Chrzanowskiej. Umytą, osuszoną i pokrojoną na mniejsze kawałki kaczkę posypujemy solą i majerankiem oraz smarujemy przeciśniętym przez praskę czosnkiem. Pieczemy 45 minut w temperaturze 180 st. C na złocistobrązowy kolor. Teraz układamy kawałki pieczonej kaczki w garnku, dodajemy włoszczyznę, 5 suszonych śliwek, 4 suszone grzyby, włoszczyznę, opaloną cebulę, liść laurowy, kilka ziaren pieprzu, kawałek laski cynamonu, anyż, kilka goździków. Zalewamy zimną wodą i gotujemy 3 godziny na wolnym ogniu. Uwaga, warto zbierać szumowiny, bo bulion podamy jako dodatek do pierogów! W czasie gotowania doprawiamy odrobiną sosu sojowego. Po ugotowaniu rosół odlewamy, przecedzając przez gęste sitko. Mięso zaś wraz z marchewką, grzybami i śliwkami mielimy. Dodajemy jeszcze ugotowaną w woreczku kaszę gryczaną, miękkie masło oraz sól i pieprz do smaku oraz 4-5 łyżek miodu, dodajemy też trochę jeszcze majeranku i mały kieliszek brandy lub koniaku. Po dokładnym wymieszaniu farszu nadziewamy nim pierogi i podajemy wraz z smakowitym bulionem (rosołem z kaczki). No i co, czy przepis nie działa na wyobraźnię? Wypróbuję i napiszę, czy pierogi zyskały aprobatę.

28.11.2017
wtorek

Potrzeba jest matką wynalazków

28 listopada 2017, wtorek,

Najwięcej kuchennych odkryć robili ludzie ponoć w czasie wojny, zarówno zresztą pierwszej jak drugiej. Wszystkie te kawy z żołędzi, herbaty z jabłkowych skórek, wielkie pasztety z odrobiny mięsa i zupy ze śladami mięsa i warzyw, wspaniałe podobno choć biedne wojenne ciastka – wszystko to jest fajne w opowieściach, ale nie chciałabym nigdy znaleźć się sytuacji, kiedy trzeba kombinować, aby podać cokolwiek na stół. Jednak w jednej ze starych książek kulinarnych znalazłam przepis, który po prostu mnie wzruszył. Był to przepis na czarny kawior z pęczaku i… sadzy. Jak dalece bez dobrych, starych, eleganckich obyczajów żywieniowych nie sposób było żyć, skoro uciekano się do takiego sposobu udawania, że wszystko jest jak było. Mam nadzieję, że do kolacji z tak przyrządzonym kawiorem zasiadali elegancko ubrani w przedwojenne stroje ludzie i zachowywali się jak dawniej – wytwornie.
Wspominam o tym ponieważ w podarowanym mi przez znajomą brulionie z powklejanymi przepisami z powojennych (po II wojnie) pism kobiecych, znalazłam jeden, który wykorzystałam w czasie spotkania z przyjaciółmi. Choć nie nosiliśmy strojów z epoki pierwszych lat powojennych było miło i smacznie. W wyciętym przepisie nosił nazwę „Sałatki krewetkowej z dorsza wędzonego”, ja nazwałam go po prostu sałatką z dorsza. Obiera się wędzonego dorsza ze skóry, skrupulatnie wybiera ości, rozdrabniając mięso, dodaje się sporo dobrego majonezu i 1–2 łyżki startej na drobnej tarce surowej marchewki (och to udawanie!). Po dodaniu odrobiny mielonego pieprzu mieszamy i możemy tę sałatkę nakładać na połówki awokado. To naprawdę smakuje. Może dlatego, że dorsz przestał być rybą, którą się jada, gdy nie ma czegoś lepszego.

24.11.2017
piątek

Marzenia

24 listopada 2017, piątek,

Znam wiele osób, które marzyły i marzą o tym, żeby założyć knajpę. Sama mam nadzieję, że kiedyś będę miała wspaniałą cukiernię. Ale na razie na marzeniach się kończy. Wiem, że to wielki wysiłek organizacyjny i ryzyko, a także że człowiek jest potem do takiego miejsca przywiązany. Dlatego nie starcza mi na taki krok odwagi.
Dwoje spośród moich znajomych podjęło taką decyzję. Ania, matematyczka, która od lat pysznie gotowała dla znajomych założyła barek Dwa dania na Rakowieckiej. To jest miejsce, w którym jem bez obaw, bo wiem, że wszystko jest przyrządzone z równą pieczołowitością, z jaką ja bym to zrobiła. Co jakiś czas, kiedy wszyscy domownicy wyjadą i nie mam dla kogo robić obiadu, wpadam do Dwóch dań.
Ostatnio w sobotni wieczór wybraliśmy się do mojego kolegi, dawniej redaktora i szefa, obecnie posiadacza knajpki i sklepu z grecką żywnością. To przykład tego, jak można pasję zamienić w pracę. Jacek od lat wyjeżdżał na wakacje tylko na Kretę, miał tam mnóstwo znajomych i o tej wyspie i tamtejszym jedzeniu wiedział chyba wszystko. Kiedyś spotkaliśmy się tamże podczas wakacji i przekazał nam bezcenne informacje, co zwiedzić, gdzie co kupić, gdzie zjeść. Zabrał też do pewnej kreteńskiej babci, która robiła najlepsze stifado.
Dziś można u niego zjeść pyszne greckie danie, kupić greckie produkty. A w tutejszej luźnej atmosferze poczuć się nawet w listopadzie trochę jak na greckiej wyspie. Nie bez powodu to miejsce nazywa się Siga, siga, co ja rozumiem jako „spoko, spoko”.
Obydwoje moi znajomi pracują ciężko, ale widać, że karmienie ludzi daje satysfakcję. Może warto się odważyć odmienić swoje życie!

19.11.2017
niedziela

Sprint w kuchni

19 listopada 2017, niedziela,

Są potrawy, które wymagają długich starań, czasu gotowania, mieszania, doprawiania, zagotowywania i studzenia. Pewnie i takie musimy od czasu do czasu ugotować. Jak jednak już wielokrotnie pisałam, bardzo cenię sobie potrawy szybkie a jednocześnie smakowite. Dlatego lubię kuchnię włoską, bo jest w niej szereg dań naprawdę szybkich, których nawet niezwykły pośpiech nie jest w stanie popsuć.
Od bardzo dawna przestałam interesować się rurkami cannelloni, bo uznałam, że zabawa w nadziewanie podgotowanych rurek to strata czasu, niewspółmierna do efektów, zastępowałam je zwijanymi naleśnikami. Przyszedł jednak moment, kiedy przygotowywałam kolację wegetariańską dla przyjaciół. I te rurki wydały mi się tyleż efektowne, co warte trudu. Znalazłam na opakowaniu napis, że nadziewa się je bez gotowania, czyli znacznie łatwiej. Dodatkowo pomogło mi to, że podobnie jak przy robieniu małych bezików przełożyłam nadzienie do rękawa cukierniczego. Dzięki niemu szybko napełniłam czosnkowo-ziołowym twarożkiem rurki. Pozostało jeszcze tylko ugotowanie beszamelu z całego litra mleka, 5 łyżek masła i 5 łyżek mąki, zalanie nim cannelloni w kamionkowej formie, posypanie startą mozzarellą i po wstawieniu na pół godziny do piekarnika czekanie na gości. Dobrze, że przyszli 15 minut później, bo trzeba dać potrawie troszkę czasu, żeby przestała być wrząca.
PS. Dobiegłam i wstawiłam!

15.11.2017
środa

To już rok

15 listopada 2017, środa,

Od roku (z lekką górką) spotykamy się, aby porozmawiać o tematach obracających się wokół stołu. Wydaje mi się, że ten rok minął niepostrzeżenie, a dopiero kiedy zajrzymy do zebranego przez cały rok archiwum wszystkich naszych wypowiedzi, komentarzy i uwag okaże się, że jest to kawał czasu i że zdarzyło się przez ten czas wiele.
Dzielenie się myślami, doświadczeniami i nowinkami na temat jedzenia, tej ważnej części życia, to fajna pasja i trzymajmy się tak dalej. Zachęcamy do pisania nadal o każdej sprawie, która interesuje łasuchów, do przekazywania swoich doświadczeń, zdziwień i ostrzeżeń przed kulinarnymi klęskami, a chwalenia się osiągnięciami. Spotykajmy się jak najczęściej. I wspominajmy Piotra, bo przecież kontynuujemy jego myśl.

Agata i Barbara

Kiedy w czasie zakupów podchodzę do półek z masłem coraz częściej przecieram oczy. Dziś 200 g kosztuje tyle, ile niedawno jeszcze 300 g, te zaś osełki szybują cenowo szaleńczo w górę. I w rozmowach powtarzamy sobie, że jest to wynik spekulacji, unijnych pomyłek i ograniczeń kwot mlecznych, sytuacji w mleczarstwie a nawet, że apetyt na masło wykazali Chińczycy i to w takim stopniu, że światowe mleczarnie nie mogą nadążyć, a krowy są zmęczone presją. Najpewniej będzie jak z innymi produktami, że nie dowiemy się istotnej prawdy i przyzwyczaimy się do ceny. Przestanie nas obchodzić, że państwo Liu zjadają nasze kochane masełko, chociaż w tradycyjnej kuchni chińskiej ono nie istnieje. Nie jestem miłośniczką margaryny, trzeba więc będzie zrezygnować ze wspaniałych maślano-kremowych torcików na każdą okazję, albo wydawać kilka złotych więcej na tę niezdrową a tak słodką przyjemność.
Wszyscy wiemy, że polska kuchnia wymaga sporej ilości masła, lubimy na klarowanym maśle smażyć, dodawać je do sosów, do zup warzywnych, krasić nim kartofle. Przyznam się, że refleksje te snuję nad garnkiem pełnym pokrojonej pietruszki i gruszek, duszących się na mieszance masła i oliwy. Zamierzam bowiem podać gościom zupę pietruszkową, która nie może się obyć bez masła. Po dodaniu warzywnego wywaru, soli, białego pieprzu, zmiksowaniu i wymieszaniu ze słodką 12 proc. śmietanką, podam ją z chrupiącymi płatkami migdałowymi. Mam nadzieję, że zadowolę moich gości.