Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

28.09.2019
sobota

Coś pysznego

28 września 2019, sobota,

Mija lato i choć od czasu do czasu jeszcze pławimy się w rozkoszy rozsądnej jesiennej ciepłoty – jest raczej chłodnawo, zwłaszcza wieczorem i myśl o niedozwolonej przyjemności rozpalenia w kominku czy innym piecu jawi się jako przyjemna. No i właśnie teraz mamy czas na pomyślenie o tym, co pysznego przydarzyło nam się zjeść tego lata. Zapewniam, że zabawa jest bezpieczna, nietucząca i miła.
Kiedy wchodzimy do supermarketu, ale i osiedlowego sklepu spożywczego, mamy wrażenie obfitości, kłopotu z wyborem spośród smacznych i najlepszych rzeczy. Wszędzie jedzenia w bród i to zdawać by się mogło – pysznego. Coraz częściej przy kupowaniu zastanawiamy się jednak, czy to, co wydaje nam się pyszne, jest także zdrowe. Oczywiście te najpyszniejsze rzeczy bywają nie do końca zdrowe, toteż sięgamy na półkę ze znacznie zdrowszymi produktami i w efekcie zaczyna nami rządzić rozsądek a nie apetyt.
Ze smakoszy stajemy się zwolennikami diet czy walorów prozdrowotnych. Ulegamy też modom, pogłoskom, niesprawdzonym teoryjkom, które popadają w zapomnienie po jakimś czasie. Wiele tracimy nie używając mleka, częściej niż tego wymaga nasze zdrowie, bo uczulenie na laktozę jest „en vogue”, równie częste jest podejrzewanie celiakii, która choć się zdarza, jest przecież rzadkim niedomaganiem. Jednym z przejawów dietetycznego szaleństwa był napis, który znalazłam na półce z ciastkami w jednym z supermarketów : ciastka bez mąki i bez cukru. Konia z rzędem temu, kto odpowie, co w nich w takim razie jest, bo najpewniej (ze względu na cenę) nie mielone orzechy, miód czy mak, z których robiono w starej kuchni niedietetyczne makagigi.
Ostatnimi czasy, pod wpływem szerokiej propagandy pozbawionego wielu tradycyjnych czynników jedzenia, czuję się niekomfortowo, kiedy podaję kruche ciasto według przepisu pra praprababki. Na to doskonałe ciasto składa się spora ilość żółtek, masła i śmietany. Czy zjedzenie 2-3 smakowitych pysznych ciastek naprawdę komukolwiek zaszkodzi?
Ostatnio bardzo modne jest stosowanie po kilka dni diety wegetariańskiej na zmianę z mięsną. Ja proponuję dołączenie dnia (może raz na dwa tygodnie?) kuchni mniej zdrowej, w której pojawi się maślane ciasto, krucha pieczeń czy zaprawiona śmietanką zupa z cukinii. Tak żebyśmy nie zapominali o smaku tradycji. Na początek pyszna, niedietetyczna propozycja. Jeśli ktokolwiek pokusi się o przyrządzenie, na pewno sprawi jesienną radość sobie i współbiesiadnikom.
Tarta napoleońska
Ciasto (wedle starego przepisu): 50 dag mąki, 3 żółtka, 20 dag masła, 1/2 szklanki cukru, kopiasta łyżka śmietany
Na masę: 2 szklanki mleka, 2 żółtka, szklanka cukru, szklanka mąki, cukier waniliowy
Zagniatamy ciasto: do mąki dodajemy pokrojone masło, kogel-mogel z żółtek i cukru, śmietanę, najpierw siekamy nożem, a potem zagniatamy dłońmi. Rozkładamy je w foremce w taki sposób, aby lekko zachodziło na boki i pieczemy, aż się zrumieni (temperatura 180 st)
Przygotowujemy masę: ucieramy kogel-mogel z żółtek, cukru i cukru waniliowego, mieszamy z mąką na gęstą masę i dodajemy ½ szklanki zimnego mleka. Resztę mleka zagotowujemy, a potem dodajemy do niego masę jajeczno-mączną. Mieszając, gotujemy, aż masa zgęstnieje. Wylewamy na ostudzone ciasto i odstawiamy do stężenia.
Smacznego!

13.09.2019
piątek

Co robić?

13 września 2019, piątek,

To pytanie, od czasu pojawienia się sławnego politycznego dzieła Lenina, najprościej wyraża różne wątpliwości. Oczywiście nie o politykę mi tu chodzi. O sprawę znacznie, znacznie poważniejszą: przygotowywać czy nie przygotowywać, konserwować czy nie konserwować smakowitych owoców i warzyw letnich.
Problem ten w całej krasie pojawił się dopiero po tym, jak w naszej rodzinie pojawił się nowy człowiek. Po oczekiwaniu z wstrzymanym oddechem zaczął się okres, kiedy można już myśleć o różnych i n n y c h sprawach, w tym o przedstawionym tu problemie. Domowe przetwory cieszą się, także u nas, doskonałą opinią, miły jest widok zastawionych słoiczkami półek, doceniamy smak, ale w tym roku ceny mogą stać się istotnym hamulcem.
Aż12 złotych trzeba zapłacić za pojemniczek malin, z którego po dodaniu cukru zrobić można najwyżej dwa malutkie słoiczki konfitury, ceny jabłek na musy czy szarlotki też nie są zachęcające. Za porzeczki w najlepszym okresie płaciło się 12 złotych a za czereśnie prawie 30. W ten sposób jeden z zachęcających czynników – finansowy – odpadł w przedbiegach. Cena cukru może nie jest zaporowa, ale summa summarum ceny domowych przetworów nijak się mają do znacznie niższych cen tych kupowanych. Trzeba przecież doliczyć niezbędny czas, koszt gazu lub elektryczności. Dla prawdziwych miłośników domowych przetworów przeważającym argumentem jest jednak smak i nieobecność wszelkich E.
Są też tacy, którzy zarzucają domowym konfiturom czy dżemom zbyt wysoką zawartość cukru. Oczywiście bez obfitości słodyczy ryzykujemy, że przetwory będą mniej trwałe. Prawda. Prawdą także jest i to, że można uniknąć tego rodzaju niepowodzeń gospodarskich w prosty sposób. Stosuję go od kilku już lat, bo po prostu nikomu już nie smakują ulepkowate dżemy. Słodzę więc tylko do smaku, tak, aby wyczuwać zarówno lekką słodycz, jak i smak owoców. Umieszczam w wygotowanych i jeszcze wypłukanych spirytusem słoiczkach gorący dżem, od razu zakręcam. I słucham jak stygnąc pykają, na znak, że zamknęły się dokładnie. Potem raz otwarte słoiczki trzeba przechowywać w lodówce.
Niestety, cukrowych oszczędności nie można zrobić przygotowując wspaniałe konfitury z zachowanymi całymi owocami: to cukier powoduje zarówno utrzymanie formy owoców, które opijają się gęstym syropem, jak i otula je gęstą galaretką. No ale na zjedzenie odrobiny takiej konfitury możemy sobie od czasu do czasu pozwolić bez szkody dla zdrowia.
Mimo, że jesień tuż, jeszcze mamy na straganach tyle owoców, że pytanie z tytułu jest zasadne i wymaga szybkiej odpowiedzi.

29.08.2019
czwartek

Strach się bać

29 sierpnia 2019, czwartek,

To gorące lato pełne jest strachów. Zwierzęcym niemal lękiem przejmuje, lub powinno nas przejmować, samo to, że oddychamy i jemy, że myjemy się, pierzemy, że po prostu żyjemy. Hodowla, podróżowanie, intensywne rolnictwo, ogrzewanie mieszkań to podstawowe grzechy, które popełniamy, nie doceniając ich wagi dla przyszłości. W mediach pełno wstrząsających wiadomości na ten temat, podkolorowanych, sprzedawanych jak najnowsze sensacje. No więc strach się bać.
A jednak nie przeszkadza nam to jednocześnie używać życia i cieszyć się nim, choć czasem z poczuciem winy. Faktem jest, że coraz więcej osób zwraca się ku wegetarianizmowi, unikając jedzenia produkowanego przemysłowo i nieoszczędnie mięsa, przesiadamy się na rowery, pierzemy w naturalnych środkach do prania, bierzemy prysznic zamiast pławienia się w wannach, szukamy coraz nowszych i wydajniejszych sposobów na różnorodne oszczędzanie środowiska. A jednocześnie jesteśmy wielce rozrzutni.
W czasie ostatnich wakacji moje domowe gospodarstwo nawiedziła fala awarii sprzętów. Pierwszą reakcją było, że należy je wyrzucić i rozejrzeć się za nowymi. Drugą myślą było: a może da się zreperować te zupełnie dobrze dotąd sprawujące się urządzenia. Zaczęłam poszukiwać w Warszawie, grzebać w Internecie, dzwonić. Niestety okazywało się, że każdy z warsztatów naprawczych miał jakiś powód, aby odmówić usługi. A to bardziej opłacało mi się ponoć kupić nowe urządzenie, a to na przeszkodzie stał powszechny brak części, a to kupiona kilka lat temu świetna pralka swoje już odsłużyła.
Ale postanowiłam nie spasować: w zapracowanym warsztacie reperacji pralek tak długo nudziłam miłego pana, że poradził mi pogrzebanie koniuszkiem noża (po odłączeniu z prądu!): dzięki temu guziczek wyskoczył na swoje miejsce. Ta awaria była bowiem w istocie mikroskopijna. Na inne bolączki znalazłam radę dopiero kiedy (z racji mniejszych gabarytów było to możliwe) zawiozłam popsute sprzęty do mojego ulubionego Pułtuska. Tam zreperowano mi w ciągu godziny drobiazg, który unieruchomił wydawałoby się nieodwołalnie popsuty sprzęt grający, w czasie drugiej godziny zreperowano mi elektryczną maszynkę do mielenia, która jako wyposażenie ma doskonałe sitko do maku i – najważniejsze, przystawkę do wyciskania szczególnie ulubionych rodzinnych ciasteczek z kruchego ciasta Prababci.
Wiadomo, cieszy nas kupowanie, nowości i pełna nowoczesność, ale starsze sprzęty mogą odzyskać swoją użyteczność, tylko trzeba chcieć oraz mieć możliwość znalezienia dla nich ratunku. A ileż to oszczędności dla środowiska, nie tylko na etapie produkcji ale i przy złomowaniu i wyrzucaniu. Popieram małe, zapomniane warsztaty, których pracownikom się chce. No i, można kompensacyjnie, w nagrodę za każdy uratowany przed wyrzuceniem i zanieczyszczający środowisko przedmiot, zapalić niewielkie, staroświeckie ognisko!
PS: Wyciśnięte kruche ciastka zdobię czekoladową polewą i wtedy jest tradycyjna pycha. Smakują zupełnie inaczej niż ciastka wycinane kieliszkiem lub szklaneczką
I jeszcze podzielę się prostym przepisem na polewę do ciastek (niekoniecznie do takich, o jakich piszę wyżej, doskonała jest do wszystkich kruchych i drożdżowych czy proszkowych ciast) .
W garnuszku umieszczamy: 4 łyżki stołowe wody, tyleż cukru, 3-4 łyżki ciemnego kakao, 5 dag (1/4 kostki) masła. Gotujemy, aż masa wyraźnie zacznie się zagęszczać – szybko wylewamy na ciasto, gdyż ekspresowo tężeje.

5.08.2019
poniedziałek

Mi to pasuje

5 sierpnia 2019, poniedziałek,

Język jest i musi być żywy. Po pewnym czasie akceptujemy wchodzące do zasobu wyrażeń słowa i wszystko jest dobrze. Jednak upowszechnienie się nieprawidłowego zaimka „mi” zamiast „mnie”, wadliwego szyku wyrazów w zdaniach, czy użycie słowa „pasuje”, które przez wieki stosowano raczej do pochwały dobranych butów czy odzieży, a nie zastępowano nim nigdy słowa „odpowiada” uważam (a wraz ze mną moja rodzina) za brzydkie, nieakceptowalne nowinki. Dlaczego więc taki tytuł? Po prostu chciałam czytelników zaskoczyć i poddać temat językowych nieprawidłowości do przemyślenia w kuchni. Podczas robienia przetworów.
Lubię w lecie przygotować słoiczki z owocami w cukrze, które nazywam konfiturą i dżemem, ale które są, zapewniam, zupełnie inne niż te, które można kupić w sklepie. Z czułością, długo, po trochu gotowane przetwory, z odpowiadającą mi smakowo ilością cukru, są pyszne i nie zawierają niczego, co budzi nasze wątpliwości. Pracy przy tym jest trochę, ale przygotowanie paru słoiczków daje frajdę i przy ich produkcji, i potem, przy zjadaniu, w środku zimy.
W tym roku jednak przerabianie letnich owoców to niespodziewanie spory wydatek. Pal licho cukier, bo 2 złote z kawałkiem za kilogram, to jeszcze nie najważniejsze. Owoce zdrożały jednak w stosunku do ubiegłego roku znacznie. Tak więc domowe konfitury będą w tym roku cenniejsze.
Ponieważ wyrabiam spore ilości porzeczkowej galaretki wyliczyłam ,że każdy przygotowany przeze mnie słoiczek kosztuje w tym roku prawie 5 złotych, podczas, kiedy w roku poprzednim zaledwie 3 złote. I tak jest z większością owoców. Sama widzę, jak mniej dorodne i mniejsze ilości owoców mamy na wszystkich ogródkowych krzaczkach. Pogoda nas i naszych plonów nie rozpieszczała. Ale zapewniam, że porzeczkowe galaretki na zimowy sos cumberland, najpyszniejszy dodatek do pasztetów, mięs, a nawet pasztetu z soczewicy, zrobić warto. Niech tam nawet kosztują te 5 złotych.
A oto mój sekretny przepis na porzeczkową galaretkę. Składniki: czerwone porzeczki, cukier
Porzeczki wrzucamy do garnka, wlewamy pół szklanki wody i pod przykryciem doprowadzamy do wrzenia pękające i wypuszczające sok owoce. Trwa to zaledwie kilka minut. Teraz mikserem ”żyrafą” ostrożnie (aby nie chlapać) rozdrabniamy nieco owoce, po czym przecieramy pulpę przez rzadkie sito lub durszlak.
Na każde 4 szklanki pulpy porzeczkowej wsypujemy 5 szklanek cukru i całość gotujemy 10-15 minut (najlepiej kapnąć kroplę na zimny talerzyk, jeśli się zetnie – galaretka jest gotowa). Teraz trzeba ją wlać do wygotowanych lub wypieczonych słoiczków i szybko zakręcić pokrywką. Stygnąc, nabierze właściwej konsystencji.
A galaretka przyda nam się w zimowych miesiącach na najprostszy sos, czyli mieszankę owej galaretki i tartego chrzanu (może być ze słoiczka). Spróbujcie.

15.07.2019
poniedziałek

Letnia niedziela w mieście

15 lipca 2019, poniedziałek,

Od wielu (o rany ilu!) lat w każdą niedzielę wyjeżdżałam do ukochanej wiejskiej chałupy. W tym tygodniu, bez żadnych szczególnych powodów, spróbowałam zostać w Warszawie na cały weekend. Po pierwsze przekonałam się, że życie w mieście w ciepłą, letnią, niehandlową niedzielę istnieje. Wolne miejsce po handlowej niedzieli zajęły udatnie niedzielne jarmarki, targi i inne imprezy, w czasie których nie mają głównego znaczenia towary, lecz możliwość połażenia wśród nich, pomiędzy stoiskami, pogadanie na luzie ze sprzedawcami. Zauważone w ostatnią niedzielę przeze mnie na „moim” targu stoisko z prawdziwymi serami włoskimi i oliwą, gdzie sprzedawał mówiący po swojemu Włoch było dla mnie szczególnie miłe.
Pełno tu bywa dzieci z młodymi rodzicami, psów, którym nikt tu nie zabrania wstępu ani wdychania pysznych zapachów. Nadal mnie zadziwia, że nie niszczy się trawników, mimo, że całe rodziny obok targu rozkładają na nich kocyki.
Weekend w Warszawie to były dla mnie również sobotnie wycieczki po różnych mokotowskich sklepikach. Pewnie znacie mokotowski sklep rybny, skąd nie sposób wyjść bez pysznych, choć nietanich, zakupów. Tuż obok, już kilka miesięcy, istnieje nieduży sklep hiszpański, prowadzony przez rodowitego Hiszpana. Nieco dalej, na Puławskiej mamy duży, wypełniony po brzegi pysznościami, także hiszpański, sklep; w innym miejscu tejże ulicy – sklep włoski. Coraz liczniejsze gruzińskie piekarnie można tu także znaleźć. No i oczywiście chińskie knajpeczki, włoskie lody, kebebownie. Można powiedzieć, że letni weekend w Warszawie, na Mokotowie, to „streszczenie” kilku turystycznych wypraw, które trzebaby odbywać w skwarze. A u nas chwilowo pogoda jak marzenie, daje się spacerować bez zmęczenia.

12.07.2019
piątek

Z Podlasia

12 lipca 2019, piątek,

Małe miasteczka przyciągają. Tym, które dotąd zachowały charakter, grozi jego utrata pod naporem turystów.
Już od wielu lat Kazimierz Dolny przeżywa oblężenie w każdy weekend. Znalezienie stolika w restauracji to wyczyn.
W ostatnią niedzielę przejeżdżaliśmy przez Podlasie. Najpierw był Knyszyn, gdzie postanowiliśmy zwiedzić, co jest do zwiedzenia. Bardziej przykuła naszą uwagę tablica z opisem niż sam drewniany budynek, piękny zresztą. Okazało się, że dokonano tu „operacji przeniesienia i renowacji (…) mającej na celu wzrost efektywności wykorzystania posiadanych zasobów dziedzictwa kulturowego (…) poprzez translokację, renowację i konserwację zabytkowego lamusa”. Przez kilka lat fascynowałam się takimi tablicami i mam wiele ich zdjęć, ale ta zrobiła na mnie wrażenie. Autor wykazał się dużą wyobraźnią językową. Wiem, że na zwykłe przeniesienie budynku, nie dostałby funduszy, ale wydaje mi się, że tu twórczość poszła może ciut za daleko.
Potem dotarliśmy do Tykocina, który pamiętaliśmy sprzed około 10 lat jako dość spokojne miejsce z dwiema restauracjami. Dziś jest ich dużo więcej, a ludzi o wiele więcej. Kolejki klientów czekających na stolik odmieniły senną atmosferę miasteczka. Pełno samochodów, tłumy… Rynek nadal śliczny, ale dookoła sporo śladów prób nadążenia za wymogami turystyki.
W żydowskiej Tejszy nie było miejsc, ale dosiedliśmy się do stolika miłych państwa w regionalnej knajpce na rynku. W menu podlaskie dania regionalne: kartacze, pierogi z kaszą gryczaną i serem, kiszka ziemniaczana. Wszystko bardzo smaczne.
Chciałoby się, żeby więcej było takich małych miasteczek z charakterem. Trudno do nich zaliczyć miasteczka nadmorskie, czy mazurskie, gdzie chęć wyciśnięcia paru groszy z każdego centymetra kwadratowego w ciągu krótkiego sezonu, zabija zdrowy rozsądek. Jeśli znacie takie miejsca warte polecenia, chętnie je poznamy.

18.06.2019
wtorek

O sztuce wyrzucania i nie tylko

18 czerwca 2019, wtorek,

Podwórko w moim domu, nosi elegancką nazwę „ patio”. Aksamitne trawniki, zadbane krzaczki, po prostu miły widok z okna. Cisza i spokój. Zieleń.
W ubiegłym tygodniu na jednym z trawników urządzono piknik „Poznajmy się” i rozpoczęła sie produkcja kolorowej waty cukrowej, malowanie dziecięcych buziaków, zabawy i rozrywki. Dzieciaków stawiło się około 30 osobników. A starszych ponad setka. Przyniesiono fury frykasów własnego wyrobu, góry owoców, lodów, zimnych napojów. Na ławkach sadowiły się osoby, które właśnie się poznały. Prawdę mówiąc piknik spełnił swe zadanie: w ciągu tych dwóch godzin nawiązały się liczne znajomości.
Tuż obok stołów ze smakołykami stanął stolik, przy którym miała się odbyć (i odbyła) najważniejsza część pikniku: wykład, jak wyrzucać śmieci w nowym systemie. Okazało się, że to wcale nie jest sztuka łatwa, że wątpliwości jest bardzo wiele. Ale wszystkie zostały rozwiane, zgodziliśmy się, że odtąd na pewno nie będziemy się mylić. Padły także bardzo ważne dla mnie informacje.
Od pewnego czasu z podejrzliwością patrzyłam na zamontowany pod zlewem młynek. Myślałam, jak rozdrobnione obierki i skrawki warzyw, zmielone przeze mnie, wędrują do natury, tworząc pożywkę dla wrednych bakterii. Okazało się jednak, że młynek to bardzo sprzyjające ekologii urządzenie, bowiem współdziała z oczyszczalniami, do których muszą trafiać oprócz przeważających ilości nieczystości chemicznych, również organiczne. Co oznacza, że moje zmielone odpady organiczne są pomocą w oczyszczalni.
Wypłynęła jeszcze jedna sprawa: mycie przed wyrzuceniem plastikowych pojemniczków, za czym nie przepadam. Dowiedzieliśmy się, że nie muszą być umyte do zupełnej czystości, jedynie nadmierne resztki powinny być usunięte. Czyściutkie, starannie wymyte pojemniczki to przecież większe zużycie wody.
I wreszcie ostatni rozwiązany na pikniku problem. Pewnie w nowo urządzanych mieszkaniach przewiduje się miejsce na 5 pojemników na różne typy odpadków. W starszych zazwyczaj poprzestawano na miejscu na jedno wiadro. Pomysłów jak sobie poradzić w nowej sytuacji było wiele. Ja się z Wami podzielę swoim pomysłem: suche odpadki, takie jak papier, puste butelki, plastikowe woreczki, chowam w niedużych osobnych pojemnikach na balkonie, schowane w wiklinowym siedzisku. Ma ono podnoszony wierzch i dotąd były tam stare plastikowe doniczki. Można się ich pozbyć wrzucając do żółtego pojemnika a na ich miejsce wstawić pojemniki na suche, nie wydzielające zapachu odpady.
I na zakończenie zaskakująca obserwacja: spokojne zawsze patio od czasu pikniku jest codziennie miejscem spotkań małych mieszkańców, którzy nawiązali szczególnie atrakcyjne znajomości. Codziennie do 20 (tylko, na szczęście!) rozlegają się wesołe krzyki. I moje uczucia wobec skutków pikniku wobec tego są nieco zmącone. Ale co tam. W końcu pod moim balkonem bawią się moi mali sąsiedzi.

14.06.2019
piątek

Bez mięsa

14 czerwca 2019, piątek,

Mam wrażenie, że to zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej jest wokół mnie wegetarian. Odchodzą od mięsa starsi i młodsi. Gdy tylko poczęstuję kogoś jakąś potrawą bezmięsną, zaraz pojawia się prośba o przepis. Jeszcze kilka lat temu, kiedy podczas imienin wszystkie potrawy były wegetariańskie, kilka osób szukało pomiędzy naprawdę doskonałymi daniami czegoś mięsnego (może dlatego, że miało to miejsce zimą!). W czasie ostatniej imprezy nikt nawet nie wspominał o mięsie, a raczej o jego braku.
My w domu mięso ograniczamy, choć bez ortodoksji. Wędliny po prostu nam nie smakują, za to pasztet z soczewicy i pasty z różnych warzyw jak najbardziej. Wciąż mnie jednak dziwią osoby młode, które stosują wymyślne diety i bardzo uważają na to, co jedzą. Aż chciałoby się powiedzieć, „ja w ich wieku”. Naprawdę jeszcze kilkanaście lat temu osoba dwudziestoletnia chciała się przede wszystkim bez większego wysiłku najeść. Wegetarianie zaliczani byli zwykle do dziwaków.
Gotowanie wegetariańskie, o ile nie polega na jedzeniu ugotowanego makaronu z masłem lub oliwą, wymaga na pewno sporo inwencji i czasu. Ale muszę powiedzieć, że warto, bo smaki wegetariańskie są warte grzechu. Przyjemna jest też myśl, że co jakiś czas, między jednym risotto a drugim, można sobie schrupać pyszną kaczuszkę, na przykład z jabłkami albo glazurowaną miodem. Bo najgorszy ze wszystkiego jest fanatyzm.
Znalazłam ostatnio bardzo dobry przepis na zupę porowo-batatową z mleczkiem kokosowym. Oto on:
Podsmażyć pokrojonego pora (1 duży lub dwa małe, tylko jasne części) w garnku na oliwie, dodać pokrojonego batata, zalać szklanką wywaru warzywnego (ja własnej produkcji, ale może być kostkowy) i małą puszką mleczka kokosowego. Dodać 2 łyżeczki masła orzechowego, imbir. Gotować aż batat będzie miękki. Zmiksować, posolić i doprawić curry w proszku do smaku. Podawać z listkami kolendry. Moim zdaniem pyszna.

13.06.2019
czwartek

Truskawki

13 czerwca 2019, czwartek,

Czy zgodzicie się, że dawno nie były tak smaczne? Widocznie w przeciwieństwie do większości z nas uwielbiają gorące słońce, z którego czerpią ową miodową słodycz. Nie są też specjalnie drogie: choć ich cena nie spada poniżej 6-7 złotych za kilogram, zdarzają się niekiedy lepsze okazje.
Biadolenie, że pewnie w tym roku wzrosną ceny warzyw spowodowały, że stało się to już, szybciutko i za włoszczyznę płacimy około 6 złotych. A przecież przez lata przekonywano nas, że warzywa są nie tylko doskonałe dla zdrowia, lecz także tanie. Proszę Państwa: zdrowe pozostały (no, może z wyjątkiem tych najdorodniejszych, które podejrzewam o chemiczne wspomaganie urody), ale już ich taniości w tym roku ponoć nie będziemy mogli potwierdzić.
Czy przestaniemy je jadać? Z pewnością nie, bo po prostu polubiliśmy warzywne posiłki a zwłaszcza, kiedy rtęć wspięła się blisko końca skali termometrów, lubimy pominąć mięsny dodatek białkowy, pożywić się kalafiorem, fasolką czy sałatą z dodatkami.
A właśnie: jeśli będziecie przygotowywać zieloną sałatę z rozmaitymi dodatkami a także z jajkiem na twardo czy z pieczonym kurczakiem, szczególnie polecaną potrawę na gorące dni, pamiętajcie: dodanie soczystych, dorodnych truskawek do kompletu smaków pozwoli osiągnąć smak bliski doskonałości. No i może jeszcze warto specjalnie postarać się o dobry smak sosu. Doskonały jest przygotowany z oleju z pestek winogron i gęstego syropu owocowego z octu balsamicznego, z dodatkami (sól, cukier, czosnek). Choć może ktoś ma lepszy pomysł, wypróbowany na gościach i rodzinie? Napiszcie.

6.06.2019
czwartek

Co gotować? Jak gotować?

6 czerwca 2019, czwartek,

Przede wszystkim smacznie, a także zdrowo. Od XIX wieku, kiedy pojawiło się szczególnie wiele autorek oraz autorów porad kulinarnych ważnym aspektem domowej kuchni była dodatkowo jej taniość. Niezależnie od tego, czy gospodarzy stać było na frykasy, czy musieli zaciskać pasa, oszczędność w kuchni miała wielki walor, była godna pochwały. Wiele kulinarnych książek już w tytule obiecywało, że zawarte tam przepisy nie są kosztowne.
Cały „okres słusznie miniony” to było zastępowanie składników drogich lub niedostępnych, tańszymi, co z tego, że nie mającymi tych samych efektów smakowych. W ostatnich latach, także dzięki tanim (?) hipermarketom, mamy szerokie możliwości spróbowania ekskluzywnych pyszności, takich jak foie gras, perliczki, dziczyzna czy francuskie sery po nie wygórowanych cenach. Ale teraz za ekskluzywną uznaje się przede wszystkim żywność zdrową, ekologiczną, nawet jeśli jest kupowana po cenach znacząco wyższych. Żegnaj więc „tania kuchnio”.
Ze wszystkich stron słyszymy, że relatywnie tanie dotychczas warzywa zdrożeją znacznie w tym roku. Najpierw winna była okropna susza, teraz, po obfitych opadach, warzywa pozostały droższe i będą podobno jeszcze drożeć. Ale czy możemy się bez nich obejść? A skądże. W tak ciepłe dni, jakie mamy obecnie, po prostu warzywa w różnej postaci są najlepszymi daniami.
Ostatnio (no, przynajmniej od 3 lat) bardzo modne stały się krajalnice do warzyw, dzięki którym możemy pokroić błyskawicznie ogórki, cukinie czy marchew w ładne, długie nitki, kształtu spaghetti. Bywają to sprzęty proste, tanie, ale skuteczne – lub bardziej „fachowe”, droższe, które poruszamy korbką. Myślę, że warto, w zależności od apetytu, jeśli jej nie mamy w szufladzie, zainwestować w jeden z rodzajów krajalnic. Wtedy będzie można przygotować doskonały i zdrowy letni obiad w 10 minut. Oto przepis na 1 osobę:
1 średnia cukinia.
Na sos: ząbek czosnku, cebulka dymka, spora garść pomidorków koktajlowych, kawałek marynowanej papryki, odrobina ostrej papryczki, kilka listków bazylii, sól, pieprz, ew. kilka kropel dobrej oliwy (ale nie koniecznie).
Tniemy cukinię na spaghetti (jeśli skórka jest delikatna, można nie obierać).Składniki sosu rozdrabniamy w blenderze, polewamy nimi cukiniowe spaghetti, mieszamy i zjadamy na letni nie tuczący obiad. Smacznego!