Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

21.06.2018
czwartek

Gościnność

21 czerwca 2018, czwartek,

Jakże ja lubię dobre książki. Prawdę mówiąc, nie chodzi mi o kryminały czy powieści romantyczne. Lubię książki, które w sposób rozsądny przedstawiają konkretna wiedzę. Dlatego cenię sobie wiele książek popularno-naukowych naszych wybitnych historyków.
Ostatnio wpadła mi w ręce książka z zupełnie innej dziedziny. Jeśli mówię, że „wpadła” to troszkę przesadzam, bo dostałam ją w prezencie od autora. Mówię o książce „Gościnność. Sztuka dobrej obsługi w gastronomii” Patrycji Siwiec i Adama Pawłowskiego. Dziennikarka i wybitny sommelier młodego pokolenia napisali wspólnie mądrą i pełną jakże potrzebnych wiadomości na temat, jak piszą „profesjonalnej obsługi” w „biznesie restauracyjnym”.
Gastronomia jest tą dziedziną, która w Polsce przeszła ogromną przemianę w ostatnim ćwierćwieczu. Musiała się zmienić po pierwsze dlatego, że klienci, czyli goście, otarci częstokroć w świecie, mieli świadomość, jak wygląda życie restauracyjne poza zapyziałą polską gastronomią, czego można wymagać, jakie bywają standardy. Zmienili się też właściciele: państwowe „zakłady żywienia zbiorowego” zastąpiły restauracje organizowane przez ludzi, którzy wiedzieli, o co chodzi w tej branży.
Praca w restauracji przez te wszystkie lata stała się rodzajem kariery zawodowej, otwartej dla ludzi, którzy uważają ją za ciekawą i nobilitującą. Tak, tak, stanie na zmywaku i wykonywanie prostych zadań to tylko jedno, mniej ponętne oblicze gastronomii. Wszystkie wydawane przez kucharzy książki, restauratorzy prowadzący telewizyjne programy to całkiem inne oblicze. Trzecie oblicze restauracyjnego biznesu widzimy w restauracjach, których mamy już w Polsce kilka tysięcy i które nie są maszynkami do robienia szybkich pieniędzy, ale miejscem, gdzie gotowanie ze smakiem to integralna część kultury.
Książka Patrycji Siwiec i Adama Pawłowskiego poważnie traktuje zarówno biznes, jak dobre wychowanie, fachowe porady i życzliwe przypomnienia. Lekturę książki zalecę moim mądrym studentom w Wyższej Szkole Kulinarnej, gdzie wykładam i w swoim czasie o niej podyskutujemy.

15.06.2018
piątek

Kupuj na zapas?

15 czerwca 2018, piątek,

Ledwie nauczyliśmy się, że nie warto i nie trzeba kupować na zapas, już mamy nowy „trynd”: musimy w czwartek myśleć o zakupach na niedzielę i kawałek poniedziałku. Nie ma co mówić o świeżym chlebie na niedzielne śniadanie, ale nie jest to największy ból.
Przyznam się, że nie robiłam zakupów w niedziele, ponieważ jestem dość dobrze zorganizowaną gospodynią, w dodatku przez większość mojego dorosłego życia sklepy nie pracowały w niedziele. A jednak w każdą sobotę nerwicowo szukam w pamięci, czego może mi zabraknąć i czego już w niedzielne przedpołudnie nie dokupię. Brak mi m o ż l i w o- ś c i. Chyba, że udam się na poszukiwanie, co za pech, odległego, czynnego sklepu.
I dlatego chwalę sobie, że w mojej okolicy jest coraz bogatszy, oferujący coraz więcej produktów, niedzielny targ. Niewielki skwer na Mokotowie pod skrzydłami Komendy Głównej policji przeradza się w doskonały targ, gdzie kupić można tak wiele produktów i dań, że odwiedzających mnóstwo. I nikomu nie przyjdzie do głowy, że zakupy w tym dniu zaburzą życie rodzinne, co było powodem dla zamknięcia w niedziele sklepów. Chodzi się tu całymi rodzinami, których życie nie wydaje się zburzone przez wizytę na targu, przeciwnie kupowanie jest przyjemnością i to zarówno dla rodziców, jak dla dzieci a nawet, jak zauważyłam (podsłuchałam), okazją do wielu kształcących, dla obu stron, rozmów.
A ponieważ jak już wcześniej wspominałam, w niedzielę wieczorem nie ma po targu śladów w postaci śmieci, zadeptanych trawników a stoiska i towary sprzątane są szybko, sprawnie i bez zniszczeń otoczenia, to także i pod tym względem zakupy są dla dzieci równocześnie spacerem z rodzicami jak i szkołą dobrego zachowania w miejscu publicznym.

12.06.2018
wtorek

Własne lepiej smakuje

12 czerwca 2018, wtorek,

Już od kilku lat na spłachciach ziemi wokół naszej kurpiowskiej chaty młodsza część rodziny sieje i sadzi zawzięcie liczne (i ekologiczne!) warzywa, owoce i co się da. Ponieważ sąsiedzkie krowy były uprzejme udzielić odrobinę swych użyźniających skarbów, na naszym mazowieckim piasku rosną bujnie truskawki, agresty, porzeczki, dynie, cukinie, pomidorki mini, bób, słoneczniki i zielony groszek, rzodkiewka, botwinka itd.
Pracy z tym jest wiele, ale też wiele zabawy. Ja sama nie mieszam się do poważnych ogrodniczych przedsięwzięć: uprawiam swoją „działkę”, o wymiarach 120 X 80cm, czyli mój ogródek ziołowy w specjalnej skrzynce na nóżkach. Rosną w niej znakomicie, a nie są narażone na odwiedziny naszych psów.
Od pewnego czasu kupuję także sprzedawane w hipermarketach sałaty w doniczkach, które są przeznaczone wprawdzie do natychmiastowego zjedzenia, a doniczka zabezpiecza raczej tylko świeżość. Po wyjęciu z doniczki sadzę w moim ogródku ziołowym w wolnym kąciku i zapewniam, że sałata rośnie doskonale, listki ścinane są w ilościach takich, jakie są potrzebne, nic się nie marnuje a pozostawione na krzaczkach drobne liście, do następnych zbiorów wyrastają.
O dziwo od kilku lat zimują w zielniku szałwie i rozmaryn, który zwłaszcza w takiej temperaturze, jaką mamy obecnie, czuje się doskonale. Zarówno mój zielnik, jak ogrody reszty rodziny, składają się na pyszne wiejskie menu.
Zastanawia mnie, jak różne są wyhodowane na piaszczystych naszych poletkach rośliny, od tych kupowanych w sklepach. Rzodkiewki mają świetny smak, a z ich młodych listków przygotowuje się doskonałe pesto, buraczki nie maja długich łodyg tylko krępe, grubsze, doskonałe na botwinkę, koper jest ciemnozielony i pachnie oszałamiająco, cukinie mają znakomity smak, a dyń wystarcza do następnej wiosny.
Jaki wniosek z mojej przydługiej wypowiedzi? Wiwat mikroogrodnictwo!

7.06.2018
czwartek

Pogoda płata figle

7 czerwca 2018, czwartek,

Jeżeli pogodowe figle są oznaka zmian klimatycznych, to zaczęło się zarazem pięknie i fatalnie. Nikt nie ma wątpliwości, że piękna pogoda przez większość maja i początek czerwca to dar losu, okazja do tego, aby wakacje wystartowały wcześnie jak nigdy. Ale jednocześnie nawet pracowite pszczoły nie dały rady zapylić podwójnej ilości kwiatów, które zachęcone piękną pogodą pojawiły się na drzewach owocowych bez przestrzegania dawnego porządku kwitnienia. Skutek? Nie wszystkie kwiaty staną się owocami(podobno). I po roku niewielkiego urodzaju w zeszłym sezonie, nastąpi podobno kolejna jesień, kiedy jabłek będzie znacznie mniej niż mogłoby ich być.
Wiadomo, że w epoce globalizacji, zawsze znajdzie się region, gdzie urodzaj jest duży, jakoś się braki załata. Pozostaje jednak pytanie, czy jesteśmy świadkami kolejnej zmiany klimatu, czy wraca to, co już przed wiekami było: doskonałe winogrona na naszych ziemiach rosły do linii Torunia, bo sprzyjał im łagodny klimat.
Na razie cieszymy sie wyjątkowo doskonałymi w tym roku truskawkami. Aromatycznymi, słodkimi, napęczniałymi wszelkim dobrem. Bardzo mnie kusi usmażenie truskawkowych konfitur. Zamierzam zrobić je w taki sposób, aby pozostały w całości, z zachowaniem doskonałej konsystencji owocu. A jak doradziła mi znajoma, trzeba je najpierw maczać chwilę w spirytusie, potem wrzucić do gorącego syropu i kilkakrotnie zagotowywać syrop z owocami i odstawiać z palnika. Powtarzać to doprowadzenia do wrzenia i odstawiania do ostudzenia co najmniej kilkanaście razy, w ciągu dwu lub trzech dni, aż owoce nabiorą głębokiego koloru bordo, a syrop stanie się przejrzysty, także czerwono-brązowy. I wówczas pozostanie tylko przekładanie gorącej konfitury do wypłukanego spirytusem słoiczka, zakręcanie i nalepianie starannych naklejek z informacja, jaki specjał jest w środku. Smacznego!

30.05.2018
środa

Wyprawa w głąb podwórka

30 maja 2018, środa,

Restauracja jest zupełnie nowa. Właściciele, ciekawi opinii osób, które się troszeczkę na tym znają, zaprosili kilkanaścioro gości i o tę opinie poprosili. I ja tam byłam i wprawdzie nie piłam „miodu i wina”, ale spróbowałam kilku potraw. Co tu dużo mówić: restauracja „Na Bałkany” daje pysznie zjeść.
Położona jest w głębi śródmiejskiego podwórka, za to w samym centrum, parkowanie jest nawet w gwarny dzień bezproblemowe, bo wielki parking na Placu Konstytucji ma zawsze kilka wolnych miejsc. Nie zapraszają „Na Bałkany” kuszące witryny czy szyldy od frontu. A jednak myślę, że Koszykowa 47 będzie dobrym warszawskim adresem. Bo na tutejszych smakach poznają się znawcy dobrej kuchni.
Gotuje kucharz Polak, właścicielami są także Polacy. Dlaczego więc taka nazwa? Otóż o prostu z fascynacji kuchniami bałkańskimi, które, okazuje się, doskonale współgrają z najnowszymi trendami kulinarnymi, co można zauważyć w nazwach dań spisanych w karcie. No bo czy nie brzmi dobrze: falafel na humusie z karmelizowaną marchewką, panierowana cukinia z ogórkową galaretką i koperkową oliwą, cevepcici z jagnięciny z pilafem z pęczaku albo pierś z kaczki z karmelizowanymi warzywami i konfitowanymi w maśle ziemniakami? Każdej z tych potraw s p r ó b o w a ł a m. I były naprawdę pyszne. Ponieważ Bałkany to także świeże owoce morza i tych nie brakuje w menu. Doskonałe są zwłaszcza kalmary, zarówno te serwowane w panierce, jak i w sosie do linguini.
Win nie piłam, ale słyszałam i na ich temat pochwały. Mówię Wam, warto wyprawić się w głąb podwórka.

23.05.2018
środa

Sklep jak sprzed wojny

23 maja 2018, środa,

Każdy pewnie się ze mną zgodzi, że pierwsze 40 lat po wojnie, do zmiany ustroju, nie były to czasy, kiedy subtelne znawstwo w dziedzinie żywności było częste i szczególnie cenione. Raczej cieszono się, jeśli było w sklepie cokolwiek, niż zwracano uwagę na jakość.
Spuścizną tamtych czasów jest to, że niemożliwy się wydaje, żeby w pierwszym lepszym sklepie mięsnym można było znaleźć rodzaj i część mięsa, jaki na zaplanowane danie jest nam potrzebny. A jeśli klient nie wie dokładnie, jakiej części jakiego zwierzęcia potrzebuje, wiedziała to na pewno obsługa.
Dlatego zdziwiłam się, będąc w pewnym dużym, dość specjalnym sklepie, gdzie mnogość opisanych starannie paczek z mięsem powoduje, że jeszcze trudniej wybrać. Gdy stałam bezradnie przy chłodniczych półkach podszedł do mnie pracownik działu i spytał, co planuję przygotować. Powiedziałam, że mam ochotę na zwykłą kruchą pieczeń wołową na dziko, uprzednio marynowaną dzień czy dwa. Pan Paweł (odczytałam z wizytówki) spojrzał na mięso ułożone na półkach i poradził mi wziąć górną część wołowego udźca, która będzie doskonała, w przeciwieństwie do dolnej, która bardziej nadaje się na tatara. Doskonały mógłby być także rostbef, ale jeśli ma być na dziko, w śmietanowym sosie – to jednak lepiej, aby to był udziec. Zasugerował dodatek estragonu, co wydało mi się smakowite. Mięsa te są jego zdaniem odpowiednio „dojrzałe”, radził więc przyrządzać je od razu lub zamarynować na dwa–trzy dni.
Patrzyłam na szczególnie bogatą ofertę dosłownie wszelakich mięs, łącznie z krokodylowym, z gołębiami, perliczkami, dziczyzną wszelkiego rodzaju, drobiem i wszystkim, co może nam się zamarzyć. Zapewniam, że ilość rodzajów mięs była większa niż gdziekolwiek. I pomyśleć, że nie wierzyłam w opowiadania rodziców o obfitości w eleganckich przedwojennych sklepach i o fachowych sprzedawcach, którzy (nie musieli sprzedawać enigmatycznej „wołowiny z kością” jak w okresie kartkowym ) wiedzieli, tak jak mój rozmówca, że pręga to na rosół, krzyżowa nadaje się na befsztyki, a udziec na pieczeń.

15.05.2018
wtorek

Sztuka gotowania na gazie

15 maja 2018, wtorek,

Uwielbiam historię i to tę, która dotyczy codzienności. A lektury, które ukazują przeszłość, będącą udziałem zwykłych ludzi, w codziennych sytuacjach, a nie czyny i myśli historycznych bohaterów, dają mi więcej radości niż wszystkie inne książki. Dlatego zachwyciłam się cytowaną już książką Aleksandry Zaprutko-Janickiej „Dwudziestolecie od kuchni”.
I oto znalazłam w niej rozdział o początkach rewolucji w gotowaniu nowymi sposobami, kiedy w użycie w okresie międzywojennym wchodziły gaz i elektryczność. Najpierw obie te nowe energie służyły do oświetlania. Potem powoli, nie bez trudności, zwłaszcza w okresie międzywojennym, zaczęto propagować gotowanie na prądzie i gazie. Dotychczas w kuchni trzeba było zmieścić zarówno rozłożysty piec do gotowania posiłków a także saganów wody do mycia i zmywania, jak i drewno lub węgiel na opał. A czyszczenie pieca – to cała zakurzona przygoda – brud, jakiego dziś za nic nie chciało by się mieć w domu.
Ile czasu wymagało ugotowanie śniadania dla dzieci zanim wyjdą do szkoły. Nierealne było, choćby z tego tylko powodu, łączenie zajęć domowych i pracy zawodowej, nawet najbardziej pragnącej tego kobiety – gospodyni. I oto nadchodzi pierwsza wojna, która przemeblowuje dotychczasowe układy. Kobiety nie tylko chcą, ale i muszą zastąpić w pracy mężczyzn, którzy albo są w wojsku, albo zginęli w boju.
Na szczęście technika przychodzi z pomocą. Na razie z oczywistych względów jedynie w miastach, ponieważ tylko tu obie nowinki są dostępne. Pojawiają się kuchnie gazowe, elektryczne czajniki i kuchenki, które nie dość, że są „czyste”, to jeszcze i bardzo szybko gotują. Ba, ale jest problem. Zupełnie inaczej niż dotąd nie ma od kogo czerpać wiedzy na ten temat, bo starsze krewniaczki nie umieją na „tym” gotować. Tego trzeba się po prostu samodzielnie nauczyć. Ważne są też instrukcje bezpieczeństwa, wiedza o tym, że zarówno prąd jak gaz niewłaściwie używane mogą stać się niebezpieczne. Dlatego ludzie biznesu wprowadzający te nowinki, organizują liczne kursy. Na razie dla „pań”, których zadaniem jest pouczać służbę, a potem także dla służby. Kiedy już nauczono się gotować na gazie i kupiono tę, w sumie niezbyt drogą w eksploatacji nowinkę, gazową kuchnię, trzeba było kupić gazowy piecyk do łazienki, aby mieć na zawołanie ciepłą wodę. Czy można sobie wyobrazić większą rozkosz niż ciepła woda w wannie? A potem jeszcze mały gazowy piecyk nad zlewem w kuchni, aby zmywać, jak się jeszcze przed wojną mówiło „hygjenicznie”, w ciepłej wodzie pod kranem.
To była ogromna rewolucja, która zmieniła wiele. Jak twierdzili malkontenci – nawet smak potraw. No bo oczywiście smak rosołu ugotowanego w metalowym garnku w ciągu dwóch godzin na gazie był inny, niż ugotowanego na brzegu gorącej kuchni, przez wiele godzin, w glinianym garnku. Bo jeszcze i garnki musiały się zmienić. Drutowane gliniane garnki odeszły do lamusa, wyparły je metalowe. I kiedy patrzę na mój elektryczny cud techniki, który przygotowuje zupy, gotuje na parze i wyrabia ciasto, myślę sobie, że i tak tamte czasy były bardziej rewolucyjne dla kuchni. Bo przecież poziom, z którego startowała tamta, gazowo-elektryczna rewolucja był zupełnie inny.

11.05.2018
piątek

Jak to drzewiej bywało

11 maja 2018, piątek,

Dostałam od przyjaciółki książkę, która sprawiła mi wiele radości. Wiadomo – przyjaciółka od wczesnego dzieciństwa – wiedziała, czym mnie ucieszyć. Jest to książka Aleksandry Zaprutko-Janickiej zatytułowana „Dwudziestolecie od kuchni”.
W latach naszego dzieciństwa żyły jeszcze wspomnienia przedwojennej kuchni, ale nasze babcie widziały ją zupełnie inaczej, nie pamiętały minusów, wspominały za to świetne smaki młodości. Z książki zaś wyziera kuchnia przede wszystkim trudna, wymagająca wielogodzinnych starań co najmniej jednej osoby o to, aby domownicy mieli codziennie zdrowe, smaczne, obfite posiłki. Nie ma żadnego porównania z prowadzeniem domowej kuchni obecnie.
Pomyślcie, że można było zaopatrywać się w podstawowe produkty albo drożej, w bliskich domu sklepach, albo na targowiskach, gdzie było więcej, świeżych i tańszych towarów, ale potem trzeba było je dźwigać. Robiła to albo sama pani domu, albo, o ile sytuacja materialna na to pozwalała – pomoc domowa. Kiedy dziś podjeżdżamy samochodem pod hipermarket lub pobliski bazarek i pakujemy do bagażnika torbę pełną zakupów, nie musimy się troszczyć o to, ile ważą. Nasze babki lub prababki musiały i to mieć na względzie. Taka wyprawa po świeże warzywa, mięso czy masło musiała odbywać się przy tym co najmniej co drugi dzień, ze względu na rzadkość lodówek i niemożność w związku z tym przechowywania przez kilka dni delikatnych produktów.
Starsze pokolenie pamięta jeszcze długo po wojnie życie bez lodówki. Wszystkie te sposoby: owijanie w wilgotne tkaniny czy przechowywanie w zmienianej wodzie masła, okrywanie mięsa ziołami lub solenie, aby wytrzymywało w ciepłe dni w dobrym stanie, to była dodatkowa praca i trud.
Najpierw, w XIX jeszcze wieku, pojawiły się lodownie, do których ładowało się lód rozwożony przez handlarzy Już w okresie przedwojennym pojawiły się pierwsze lodownie pokojowe: gazowe lub elektryczne. Trzeba jednak było kilku dziesiątków lat, aby zgrabne, pojemne lodówki stały się niezbędnym elementem kuchennego wyposażenia, dając nam możliwość zupełnie innego robienia zakupów, niż było to udziałem naszych babek. Mam nadzieję, ze chcielibyście wiedzieć więcej na temat nie tak dawnej, lecz zupełnie zapomnianej sztuki prowadzenia kuchni, bo zamierzam wktótce jeszcze kilka ciekawostek opowiedzieć.

8.05.2018
wtorek

Hiszpańskie jedzenie

8 maja 2018, wtorek,

Hiszpańskie jedzenie
W czasie spędzanego w Andaluzji długiego weekendu majowego utwierdziłam się w opinii o wyższości jedzenia włoskiego nad hiszpańskim. Oczywiście mam na myśli potrawy w restauracjach, bo jeśli chodzi o włoskie i hiszpańskie produkty, to naprawdę trudno stwierdzić, które lepsze. Hiszpańskie oliwki i oliwa smakują nam odrobine bardziej. A co do serów czy wędlin, to już od lat prowadzimy badania organoleptyczne, ale ich końca nie widać.
Wracając jednak do restauracji, to we Włoszech naprawdę nie jest łatwo, nawet w lokalu dla turystów, trafić na zdecydowanie złe jedzenie. W Hiszpanii podczas tygodniowego pobytu udało mi się to bez trudu kilka razy. Na przykład w czasie długiej jazdy autostradą musieliśmy cos zjeść. Z całego posiłku najlepsza była bułka, naprawdę świeża. Mojego dania nie dałam wręcz rady zjeść.
W centrum Malagi trafiliśmy do restauracji, w której bardzo mili kelnerzy specjalnie dla mojego męża włączyli mecz w telewizorze, długo szukając odpowiedniego kanału. Niby nie powinnam narzekać, bo zachowali się nad wyraz miło. Ale zamówione danie było niesmaczne. Może popełniliśmy błąd, bo w tej restauracji było bardzo wiele dań mięsnych, zatem pewnie właśnie spośród nich należało wybierać. My jednak wybraliśmy paellę. Rodzinny specjalista od Hiszpanii aż się żachnął. Cóż oni w Maladze mogą wiedzieć o paelli! Prawdziwą paellę jada się przecież w Walencji (jedliśmy tam kiedyś i rzeczywiście była pyszna, z królikiem i owocami morza, mniam). Na naszej malaskiej leżały 4 zimne i kompletnie pozbawione smaku krewetki. Zastanowiło mnie nawet, jak można pozbawić krewetki smaku, może powinnam wziąć przepis, bo to nie lada sztuka.
Na szczęście były i miłe przeżycia kulinarne. Im bardziej zapyziały bar, tym lepsze było jedzenie. W górskim miasteczku Almogia w dwóch barach jedliśmy pyszne owoce morza. Wśród miejscowych emerytowanych rolników, którzy najwyraźniej lubią dobrze zjeść.
Miłym przeżyciem był też lunch w Grenadzie. Tradycja tego miasta każe do każdego zamówionego drinka podawać tapas. W cenie napoju dostaje się zatem również posiłek. Z tym, że o tym co się dostanie decyduje restaurator. W internecie znalazłam nawet poradnik, jak najlepiej rozegrać podchody w tej sprawie. Najpierw trzeba dobrze wybrać miejsce, przyglądając się, jakie tapas jedzą goście w różnych restauracjach. Zamówić drinki (nie za duże, w końcu pęcherz ma się tylko jeden), a potem spokojnie czekać.
My trafiliśmy do restauracji Casa Encarna. Postąpiliśmy zgodnie z zaleceniami, poczekaliśmy, dostaliśmy jedno tapas na spółkę, ale potem nerwy nam puściły i zamówiliśmy po daniu. Kelner poradził nam, żebyśmy zamówili po pół porcji. Całe szczęście, że go posłuchaliśmy, bo porcje były ogromne. Pyszne krewetki z blachy i wyśmienite sercówki. Z braku miejsc przy stolikach siedzieliśmy przy barze dzielącym restaurację od kuchni, więc przyglądaliśmy się pracy kucharzy i dopytywaliśmy o nazwy poszczególnych dań. Pan kucharz najpierw odpowiadał, a potem jeszcze podsuwał nam po odrobinie na spróbowanie.
Opracowałam sobie własny poradnik, jak się żywić w Hiszpanii. Żeby nie zapomnieć, jeśli zdarzy się jakiś następny pobyt. Chętnie się podzielę.
1. Jeśli możesz, kup pyszne produkty i sama przygotuj posiłek. Wystarczą nawet oliwki, ser i kawałek pieczywa.
2. Jeśli musisz zjeść w restauracji, unikaj centrów miast, okolicy znanych zabytków i zbyt elegancko wyglądających lokali.
3. Nie bój się miejsc lekko zaniedbanych, w których siedzą miejscowi, zwłaszcza jeśli wyglądają, jakby siedzieli od lat.

1.05.2018
wtorek

Piękny długi weekend

1 maja 2018, wtorek,

Najbardziej wyraźną oznaką zbliżającego się weekendu są dla mnie niebotyczne korki wokół Pułtuska. Na niewielkim rondzie wjazdowym i na dwa kilometry przed nim bezradne stoją zarówno osobowe, jak ciężarowe samochody. Nikt nie „cwaniakuje”, ale nam zdarzyło się uprościć sobie wizytę w Pułtusku: zaparkowaliśmy w sąsiedniej wsi i przeszliśmy na piechotę przez kładkę nad Narwią. Zrobiliśmy udane zakupy, po czym zdziwiliśmy się, że sporo to wszystko waży. Piechotą przez Narew nie uśmiechało nam się wędrować z takim ładunkiem. Ale na szczęście rzuciła nam się w oczy taksówka i pojechaliśmy do zaparkowanego samochodu… taksówką.
I tak zaczął się ten wspaniały weekend z cudowną pogodą.
Oczywiście, co robi wesoła rodzina w taki długaśny weekend? Dogadza sobie kulinarnie. Codziennie świeże ciasta, pieczone szparagi, dobre sery i wędliny oraz przepyszny pułtuski chleb, który dorównuje prawie chlebom pieczonym przez Agatę.
Ponieważ rozpoczął się na dobre sezon szparagowy, przypomnę, że do pieczonych szparagów doskonały jest sos (dip) z jajek na twardo drobniutko posiekanych i wymieszanych z oliwą(użyłam dziś oliwy z ziołami prowansalskimi z doskonałym skutkiem – pyszne), a do gotowanych szparagów leciutki sos zawierający pianę z białka i 2-3 łyżki majonezu. NO i oczywiście sos holenderski, ale komu by się chciało tak pracowicie przygotowywać taki sos w weekendowe dni…
A jeśli ktoś myśli, że jestem taka pracowita, żeby wypiekać codziennie ciasteczka, to muszę rozwiać tę opinię: przed weekendem zrobiłam wielką górę kruchego ciasta, które po kawałku wyjmuję z lodówki, piekę i pokrywam kajmakiem (kupnym!) oraz posypuję orzechami albo polewam polewą kakaową bądź szykuję szarlotkę:czyli dodaję warstwę rozgotowanych jabłek.
Moja polewa kakaowa jest bardzo prosta: 3 płaskie łyżki dobrego kakao, 3-4 kopiaste łyżki cukru i 2-3 łyżki wody, aby to wszystko utworzyło niezbyt gęstą masę. Gotuję mieszając, aż masa zacznie skapując z łyżki ciągnąć za sobą nitkę i szybko rozsmarowuję cienką warstwą na placku upieczonego kruchego ciasta, posypuję orzechami, skórką lub płatkami migdałów. Trzeba poczekać aż zastygnie.
Jest jeszcze druga masa, którą także „doprawiam” kruche ciasto: ćwierć kostki masła, 4 łyżki cukru,4 łyżki wody i 3 łyżki kakao. Także trzeba chwile gotować, aż zgęstnieje lekko i także rozsmarować na upieczonym placku, posypując – czym się da. Uff, to już koniec pomysłów na weekendowe łakocie.