Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

28.01.2020
wtorek

Karnawał

28 stycznia 2020, wtorek,

Bawicie się w karnawale? Pewnie. Co więcej, bawimy się przez cały rok. Ale w karnawale mamy pewne dodatkowe obowiązki. Między innymi zjadanie faworków i pączków.

Ostatnimi laty popularność pączków wyprzedziła o spory dystans popularność faworków, które są kruche, delikatne i choć mają swoją wartość kaloryczną, nie mniejszą niż pączki, nie wydają się tak tuczące, jakby nieistotne dla tuszy. Uchodzą też za trudniejsze do przygotowania i dlatego przegrały z bardziej solidnymi pączkami.

Faworki mają też jedną wadę podstawową: kiedy siądziemy przy kopiastym półmisku tych kruchych cacek, nie sposób się od nich oderwać. Już kiedyś podawaliśmy w blogu przepis na faworki Agnieszki (to imię mojej kuzynki, od której mam ten przepis). Są one najdoskonalszym przykładem doskonałych faworków. Pozwólcie zatem, abym dla zachęty go powtórzyła, uświadamiając Czytelnikom, jak prosta to robota. A o smaku nic nie powiem: tego trzeba spróbować.

Faworki:

1,5 szklanki maki, 4 żółtka, szczypta soli, 3-4 łyżki śmietany (18 procentowej), 2 łyżki spirytusu

Z podanych składników zagniatamy ciasto i przez co najmniej 10-15 minut wałkiem tłuczemy je, wielokrotnie składając. Ciasto staje się jedwabiste, elastyczne, delikatne. Po dokładnym wybiciu (czyli wprowadzeniu weń pęcherzyków powietrza) wałkujemy po porcji na cienki a nawet bardzo cienki płat (wypróbujcie, jeśli macie, maszynkę do makaronu!) tniemy na paski długości ok.12-14 cm, przewijamy je przez przecięcie pośrodku i smażymy. No i teraz sami dokonajcie wyboru: bardziej klasyczne jest smażenie w rozgrzanym smalcu (1-2 kostki), ale można też smażyć w oleju. De gustibus!

Usmażone faworki wyjmujemy na złożony papierowy ręcznik i starannie odsączamy z obu stron, po czym, już na półmisku, posypujemy przez sitko cukrem pudrem.

Życzę zabawy przy smażeniu i przyjemności przy zjadaniu.

10.01.2020
piątek

Co jedzą inni

10 stycznia 2020, piątek,

Lubię zaglądać ludziom w oświetlone okna. Ostatnio nabrałam ochoty także na zaglądanie do marketowych wózków, aby zobaczyć, co do nich trafia. Oczywiście można też wnioskować wedle zawartości sklepowych półek, ale ja wolę sprawdzać, na co kto wydaje pieniądze. Bo na półkach mogą się znajdować produkty niechodliwe. W dodatku zestaw produktów w koszykach również daje do myślenia. Mamy, zwłaszcza wśród młodych kobiet, liczne zwolenniczki lekkiej, roślinnej diety, w ich wózkach warzywa i kasze większość stanowią produkty bio. Mamy także leciwych mężczyzn, którzy kupują mięso i coś mocniejszego. Jest grupa „zagonionych”, którzy zaopatrują swe lodówki i zamrażarki w gotowe dania: zupy w pudełkach i słoikach, głęboko mrożone lub pakowane próżniowo gotowe potrawy mięsne i rybne. Smak, nawet podobno nie najgorszy, jest dla przedstawicieli tej grupy na drugim miejscu. Najważniejsze, że obiad trafia na stół po szybkim podgrzaniu.

Inna grupa dokonująca specyficznych zakupów, wrzuca do koszy przede wszystkim soczki, przeciery i dania nadające się dla malców. Grupy składające się z tatusiów i mam ze starszymi dziećmi, najwyraźniej często uważają, że ich zakupy, nudne dla malca, muszą być nagradzane czymś słodkim.

Ostatnimi czasy zwróciłam uwagę, że maluchy, z jednym lub obojgiem rodziców, to właściwie nowy typ klienta. Klient taki poddawany jest piekielnemu kuszeniu. Ku mojemu zdumieniu mały człowiek sam coraz częściej udziela sobie wskazówek, że to nie będzie przecież dziś kupione. Słyszę, że w wielu rodzinach weekendy to jedyne słodkie dni dla dzieci, wtedy wolno im jadać słodycze. W inne dni biała trucizna zawarta w nęcących cukierkach jest zabroniona.

Jak obserwuję, propagowanie zdrowego stylu życia, mówienie w przedszkolach, domach czy szkołach o szkodliwości zjadania cukru tafia na podatny grunt. Ale drodzy handlowcy: czy musimy kusić niewinne duszyczki. Czy nie dałoby się tych śmiertelnie niezdrowych smakołyków umieszczać ponad linią wzroku najmłodszych klientów? Byłoby to dobrym uczynkiem ze strony handlu. Bo co z oczu to z serca.

31.12.2019
wtorek

Szczerze

31 grudnia 2019, wtorek,

Jeśli życzenia, to tylko szczere, bo podobno mają większą siłę przebicia u odpowiednich władz, kierujących naszymi losami. A więc do dzieła: życzymy większej życzliwości, zrozumienia i uprzejmości. Łatwe i proste? Ależ skąd. Znacznie łatwiej ich oczekiwać, niż samemu stosować w codziennym i niecodziennym życiu. Ale może w roku 2020 spróbujmy? My, gospodynie, w każdym razie życzymy wszystkim również pogody ducha, wiary w to, że rzeczy idą w dobrym kierunku i że się po drodze nie zagubimy. A tak w ogóle stawiajmy, jak zawsze, na pozytywne zachowania i przyjaźń. Do siego roku!

30.12.2019
poniedziałek

Zabytek

30 grudnia 2019, poniedziałek,

Nikogo z naszych blogowiczów nie trzeba przekonywać, że kuchnia i jedzenie to duży i ważny dział kultury. Uprawiane przez różne narody kuchnie to najlepszy wyróżnik, charakterystyczna cecha, wynikająca z lokalnego charakteru. Żadna kuchnia nie trwa i nie rozwija się w izolacji: kuchnia francuska wymieszała się z włoską, włoska nosi elementy wschodnie, kuchnia polska zawiera w sobie elementy kuchni wschodniego i zachodniego sąsiada, najeźdźców i osiadłych tu Żydów. Dopiero suma wszystkich elementów tworzy kuchnię, zjawisko, które nas zachwyca w różnych stronach świata.

Oczywiście to wchłonięcie obcych elementów bywa lepsze i gorsze, kuchnia niemiecka nie zdobyła wielkiej renomy mimo różnych pożyczek, a i angielska nie jest najwyżej ceniona w świecie, choć nie stoi wyłącznie na rodzimych produktach, dodatkach i recepturach.

Od kilkuset lat polskie gotowanie miało niezłe konotacje w świecie smakoszy. Ceniono dziczyznę przyrządzaną w doskonały sposób, słodkowodne ryby, podobno pyszności, puszyste, delikatne ciasta, konfitury i mnóstwo dań i produktów. Jakże często zdarza się, że na szyldzie restauracji z typowo polskim menu widnieje kotlet schabowy, którego jako żywo nie podawano jeszcze 150 lat temu albo ruskie pierogi, które owszem istniały, ale jako specyficzny wypiek.

Co nam zostało po polskiej kuchni ? Na pewno barszcz czerwony, liczne zupy, pieczenie, ale przegrywają one rywalizację z kotletem w watowatej bułce. Od czasu do czasu odzywają się głosy, nawołujące do rewitalizacji polskiej kuchni, przekonujące, że jej przepisów trzeba bronić niczym zabytkowych budowli czy obrazów. Cóż, ułatwiamy sobie życie zjadając dania za którymi wprawdzie nie stoi polska tradycja, ale za to łatwe, szybkie i pewnie tańsze. Kuchnia polska zawsze korzystała z doskonałych składników, nie może więc być supertania. Ale przecież warto ją reanimować i to w szlachetnej postaci.

Na tle ogólnopolskiej kuchni szczególnie wyróżniała się kuchnia warszawska. Od dwóch stuleci zasługi w świetnej jej prezentacji miały licznie działające tu restauracje. Powojenne czasy zniweczyły restauracyjną część kultury kulinarnej. I mamy to, co widać gołym okiem. Prędzej na warszawskich ulicach zobaczymy szyld japońskiej czy chińskiej restauracji niż dobrej prawdziwej polskiej. Mamy w powojennej historii restauracji takie trwałe zjawiska jak Fukier, Bristol czy Świętoszek. Wiemy, że jeśli zobaczymy tam w karcie danie z przymiotnikiem „polski”, zasmakujemy dobrze oddanego ducha tej potrawy. Nie są to jednak propozycje dla przeciętnego turysty. Powiem Wam jednak w tajemnicy, że powstaje pomysł na kuchnię warszawską na warszawskich ulicach i w warszawskich restauracjach. Może wtedy, kiedy ów renesans nastąpi, będziemy mogli posmakować zapomnianych niesłusznie, zaskakujących dań.

28.11.2019
czwartek

Co dziś gotować?

28 listopada 2019, czwartek,

To pytanie nurtowało panie domu i „kucharcie” przez całe dziesiątki lat a może nawet znacznie dłużej. Na pewno nie jest to już obecnie kwestią dręczącą dla pań domu, zwłaszcza tych pracujących poza domem. Po prostu zjada się to, co uda się bez kłopotu kupić po drodze do domu, a najlepiej resztki wczorajszej uczty.

Ale, ale, są szczęśliwcy, którzy nie muszą się wcale kłopotać sprawą menu, dostają bowiem gotowe posiłki do domu. Czasem stoją one w schludnej torbie pod drzwiami, co obserwuję u moich dbających o siebie sąsiadek, ale są przecież starannie i szczelnie opakowane. Chodzi o diety pudełkowe, które rozpowszechniły się niezwykle. I to o dziwo, bardzo szybko stają się modne, powszechne i lubiane w mniejszych miastach, gdzie życie podobno toczy się wolniej. Warszawa poddała melodię a teraz śpiewa tak cała niemal Polska. To dobre wyjście dla tych, którzy chcą o siebie zadbać, a nie mają czasu na gotowanie.

Nawet jeśli nie chce się schudnąć, utrzymać kondycji, przytyć czy żywić się specyficznie, firmy przygotowujące pudełkowe diety i takim „normalsom”, nie mającym po prostu czasu ,oferują kilka gotowych posiłków. I bądźmy szczerzy, raczej chodzi o całodzienną dietę dla solistów. Duża rodzina z dziećmi zwykle nie korzysta z pudełkowej diety. To wspaniałe, doskonałe wyjście. Cena w zależności od obfitości i rodzaju posiłków już od trzydziestu kilku złotych. I ma tylko jedną wadę. Kiedy wraca się po pracy do domu, po kilkunastu minutach nie parują na kuchni garnki wydając apetyczne zapachy.

Kiedy jeszcze nie było pomysłu na diety pudełkowe, zafrapowała mnie myśl, że warto zaproponować domowy zestaw obiadowy, którego przyrządzenie nie zajmie więcej czasu niż pół godziny, co czasem, dla domowych głodomorów jest zresztą także trudne do przetrzymania. Ale dokładnie wyliczyłam. Można ugotować ryż lub makaron czy jedną z wielu kasz, przygotować z umytych sałat doskonały witaminowy dodatek i usmażyć rybę lub mięso. Zresztą już wtedy, kiedy książkę „Gotuj z głową” pisałam, było w sprzedaży wiele półgotowych produktów, którym wystarczyło nadać szlif domowego smaku. Teraz ten wybór jeszcze się zwiększył.

Bardzo proszę – według gustu. Kto chce stosować dietę pudełkową, niech stosuje. A ja, ponieważ lubię sama decydować, powzięłam postanowienie, że ugotuję na dzisiejszy szybki obiad spaghetti z 3 serami i piersią pieczonego kurczaka. Proszę oto prosty przepis:

Makaron ekspresowy

(porcja dla 1 osoby)

Najpierw przygotowuję używając do tego włoskiej miarki z oliwnego drzewa jednoosobową porcję spaghetti: jest to najdokładniej tyle, ile może, powinien i chce zjeść jeden biesiadnik

Składniki na sos: 2 łyżki oliwy lub oleju z pestek winogron, ząbek czosnku, pół małej szalotki, 5 łyżek mleka lub słodkiej śmietanki 12-proc, 3 kopiaste łyżki startej mozzarelli (kupuję gotową),1/3 krążka sera camembert, 2 łyżki startego parmezanu (lub innego twardego sera), połówka pojedynczej piersi kurczęcej

Nastawiam wodę na makaron. Kiedy się zagotuje wkładam spaghetti i gotuję. Na głębszej patelni rozgrzewam oliwę, dodaję rozdrobniony czosnek i posiekaną szalotkę, chwilę podgrzewam, aby zeszkliły się. Teraz dodaję pokrojone w kostkę mięso i jeszcze chwilę smażę. Teraz przychodzi moment na dodanie mleka lub śmietanki a także serów, aby się rozpuściły. Na koniec dodajemy ugotowany i odcedzony makaron, a jeśli sos będzie zbyt gęsty kilku łyżek wody od gotowania makaronu. Posypanie zielonym ziółkiem, to znaczy pietruszką lub bazylią porwaną na kawałki znacznie doda urody i będzie smakować.

21.11.2019
czwartek

Genius loci

21 listopada 2019, czwartek,

Od zawsze uważaliśmy, że jedzenie najlepiej smakuje w miejscu, gdzie je wymyślono. Najlepszy dorsz z frytkami jest w Anglii, spaghetti we Włoszech, bagietka w Paryżu a weisswurst w Monachium. Najbardziej przekonujące było to wrażenie, jeśli idzie o typowe greckie wino, retsinę. Pod tamaryszkiem na Paros smakuje wybornie a przywiezione do Warszawy jest tylko specyficznie pachnącym i smakującym dziegciem, średnim winem stołowym.

Nie chodziliśmy do włoskich restauracji w Warszawie, bo wiedzieliśmy, że w przydrożnym barze w Italii , z włoskim „genius loci”, zje się bardziej smakowicie niż tu, w luksusowej włoskiej restauracji. Nie jadaliśmy poza Włochami zwłaszcza pizzy, która i tam musiała pochodzić raczej z Zi fiore niż z jakiejkolwiek innej pizzerii.

Jednak wczoraj przekonałam się, że każda reguła ma wyjątki i to miłe. Zagarnięta przez znajomych na późny lunch do skrytej w nieco ogołoconych już z jesiennych liści krzewach pizzerii, przy odległej od centrum ulicy Kuropatwy skusiłam się na trójkąty różnych rodzajów pizzy. I co? Otóż nie zawiodłam się. Miały naprawdę wyjątkowy smak, cienkie ciasto, chrupiące brzegi, nienachalne „obłożenie”, nadające dobry, stonowany i zharmonizowany smak. Ten smak obudził wspomnienie mistrzostwa wspomnianej wyżej ulubionej włoskiej pizzerii. Naszej wnuczce, która była niejadkiem przygotowywano tam pizzę w kształcie myszki, którą Zuzanna zmiatała do ostatniej okruszynki.

Może moja wstępna rezerwa brała się stąd, że w każdym sklepie widzimy sowite, wspaniałe mrożone pizze, które przypominają tę włoską tylko kształtem i nazwą. Ta była naprawdę włoska. W ciągu kwadransa, który dzieli mój dom od pizzerii, przebyłam drogę do włoskiego smaku. Z przyjemnością.

11.11.2019
poniedziałek

Rajskie smaki

11 listopada 2019, poniedziałek,

Nic dziwnego, że kuszenie w raju odbyło się za pomocą jabłka! To po prostu wspaniały smak, zero uczuleń i kłopotów trawiennych, owoc dostępny w różnych zakątkach świata zarówno pyszny jak zdrowy. Oczywiście nie ma po co zachwalać tego owocu…
Ejże, czy na pewno nie ma po co? To dlaczego będąc mieszkańcami największego europejskiego producenta jabłek zjadamy ich coraz mniej, nastawiając się na egzotyczne i sprowadzane z daleka, zwłaszcza cytrusy. Kłopoty polskich producentów jabłek powoduje to niewątpliwie. Zamiast po jabłko sięgamy chętnie po wartościowe, a jakże banany, pomarańcze czy kiwi, które musiały się sporo popodróżować.
W tym roku mamy kolejny powód, aby jabłka zastępować innymi owocami: cena jabłek jest na rynku relatywnie wysoka, to już nie kilogram za złotówkę. Te smakowite i piękne kosztują tyle, co kilogram pomarańczy, co kiść winogron czy kilka kiwi. A przez wiele lat, słusznie dawno minionych, jabłka były dyżurnymi owocami i chyba straciły …prestiż.
Innym powodem zmniejszającej się popularności jabłek jest i to, że w miejsce licznych lubianych ich gatunków pojawiło się kilka nie dość zalecających się smakiem. Zniknęły kronselskie, kosztele czy oliwki inflanckie, a te sadzone masowo w sadach nowej generacji, wydajne i łatwe do ochrony przed szkodnikami zaczęły panować w uprawie i na stoiskach. Nie różniąc się wiele smakiem, rozmiarami, kształtami stały się jakby robioną pod sztancę ładną ozdobną masówką.
W którejś ze swoich dziennikarskich wizyt w SGGW przed laty dowiedziałam się, że pracujący tam naukowcy zgromadzili liczne szczepy drzew jabłkowych różnych gatunków. Jakby przewidując, że jadanie dość przeciętnych w smaku nowych, łatwiejszych w uprawie okazów nie będzie w przyszłości wystarczało.
I tak chyba się dzieje. Nie można powiedzieć, że stare pyszne gatunki wracają masowo do przemysłowych sadów. Ale na przykład na bazarach bez trudu kupimy zarówno kosztele jak renety czy piękną z Boskoop, malinówki czy koksy, czyli jabłka o wyraźnym smaku i przeznaczeniu. To znaczy, że jabłka te są, owocują i smakują nadal. Albo znów.
Całe te przemyślenia wzięły się stąd, że kupiłam właśnie na szarlotkę dostrzeżone przez siebie na okolicznym bazarku renety. Wzięłam do ust kawałek jabłka i poczułam smak dzieciństwa, zapomnianej przeszłości. A potem jabłka w rondelku szybko się rozpadły, nie zmieniając nawet barwy na ciemniejszą i w szarlotce smakowały wspaniale.
No a przypomnijcie sobie doskonały deser, jakim są jabłka upieczone w całości, w których zagłębienie po wycięciu gniazda nasiennego wypełnia się, zależnie od szkoły, cukrem (najlepiej brązowym) lub domową konfiturą. Nawet jeśli pójdziemy na ustępstwa wobec nowoczesności i upieczemy je w kuchence mikrofalowej, będą także doskonałe. No i przypominam, że najlepiej zdadzą egzamin renety lub piękna z Boskoop (co za wspaniała, fantazyjna nazwa dla tej pochodzącej z Holandii odmiany!).

5.11.2019
wtorek

Co można robić na cmentarzu

5 listopada 2019, wtorek,

Przede wszystkim – zarabiać. I to jest w porządku. Sprzedaż kwiatów, zniczy i innych utensyliów to robota ciężka, epizodyczna i nie zawsze przy dobrej pogodzie. Nie wiem jedynie, czy kolorowe baloniki to jest towar najbardziej dopasowany do specyfiki. A może to ślad starego obyczaju, rodzinnych raczej wesołych spotkań na cmentarzu i niezbędna odrobina jarmarcznej estetyki.
Już od kilku lat obserwujemy także, przy niektórych cmentarzach, jak na przykład w otoczeniu największej, jak to się mówi „warszawskiej nekropolii” niezwykłe ożywienie w listopadowe dni polegające na bogatej handlowej ofercie produktów spożywczych, a jakże, regionalnych, bio, najciekawszych i w ogóle naj. Kiełbasy, sery, pieczywo, słodycze -słowem wszystko, aby urządzić ucztę.
Najbardziej zdumiewający był w tym roku widok stoiska z regionalnymi wędlinami po wielkim szyldem ZAKŁAD POGRZEBOWY. O dziwo, nie odstraszało to chętnych od kupienia smakowitego kąska. A może to odżyły tradycje „dziadów” i inne starosłowiańskie, kiedy żegnając się z umarłymi lub odwiedzając ich w poświęcone im dni zjadało się obfity rytualny posiłek? Oczywiście drobną część pozostawiając dla przodków. Najwyraźniej nie wystarczy nam znicz i chryzantema, w smutnym cmentarnym miejscu potrzebne są jeszcze frykasy. Czy następnym krokiem nie będzie więc ucztowanie przy grobach.
A może po prostu na naszych oczach powstaje nowa forma łączenia dwóch światów: tego, którego już nie ma i tego, który cieszy się życiem, kto to przewidzi…

30.10.2019
środa

Deser wieńczy dzieło

30 października 2019, środa,

Tak przez kilka wieków uważano: słodka końcówka posiłku była przy tym popisem i niezbędnym elementem kuchennego dzieła, im bardziej zasobny dom, tym bardziej wyszukanym. W „naszych czasach”, kiedy oszczędzamy sobie trudu, często za cały słodki deser służą nam kupne ciasteczka lub, co lepsze, owoce, orzeszki, czy kto tam sobie co mianuje deserem.
Ale prawdziwy deser to jest to. Zapewniam. Najwyraźniej pogląd mój podziela znana i ceniona na polskim rynku książek kulinarnych autorka, Magdalena Tomaszewska-Bolałek, autorka wielu omawianych tu przeze mnie książek oraz najnowszej – „Deserownika”.
Dlaczego piszę często o książkach tej autorki? Bo uważam, że są wyjątkowe. Powiedzmy sobie szczerze: zalew książek kulinarnych ,w których nie tyle ważne jest przedstawiane danie, ile raczej postać autora lub autorki w różnych fotograficznych ujęciach jest czymś zwykłym na książkowym rynku. Znacznie mniej mamy książek oferujących nam solidną wiedzę o naprawdę dobrych, zaskakujących a przy tym wypróbowanych przez autorów daniach.
Kibicuję tej autorce (badaczce kultury kulinarnej) od dawna, spotykamy się często na krętej drodze popularyzacji kultury jedzenia. Zawsze z przyjemnością słucham jej wykładów i pogadanek i z przyjemnością (z mojej strony) gawędzimy.
„Deserownik” zawiera wiele dobrych i bardzo dobrych, kilka zaskakujących, a kilkanaście budzących apetyt przepisów. Daję wam też słowo, że każdy z nich budzi zainteresowanie, nawet jeśli nie każe pobiec do kuchni.
Znacie osoby, które twierdzą, że z deserów najbardziej lubią coś wytrawnego ? I dla nich znajdzie się tu wiele smaków. No i jest sporo do poczytania, co zawsze było i jest naszą rodzinną frajdą. Bo trzeba sporo wiedzieć, aby jedzenie można było celebrować. A czy nie warto celebrować takiego wyrafinowanego deseru, jak ten, przepisany z książki Magdaleny Tomaszewskiej-Bolałek dosłownie.

Śliwki pieczone z whisky
40-50 ml whisky, łyżka ekstraktu waniliowego, 30 g brązowego cukru, 500 g śliwek węgierek lub podobnych
Do miseczki wlewamy whisky. Dodajemy ekstrakt waniliowy i brązowy cukier. Dokładnie mieszamy. Śliwki (powinny być w temperaturze pokojowej) myjemy, osuszamy, kroimy na połówki i pozbawiamy pestek. Następnie wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Za pomocą pędzelka smarujemy mieszaniną z whisky i cukru (zużywamy ponad połowę). Śliwki pieczemy 30-45 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 st. C. Przed podaniem polewamy je jeszcze odrobiną mieszaniny z whisky. Idealnie pasują do nich lody waniliowe.

27.10.2019
niedziela

Jarstwo w modzie

27 października 2019, niedziela,

Każdy, kto interesuje się kulturą jedzenia, wie że święcąca tryumfy moda na wegetarianizm nie jest niczym nowym. Bywali w historii jego zwolennikami zarówno filozofowie, literaci, malarze i wszelakiej maści artyści, którzy mieli możliwość upowszechniania informacji o swoim guście, jak i nie odznaczający się niczym szczególnym zwykli ludzie. Jarstwo jednak było zaledwie marginesem marginesów społecznego zwyczaju. Dopiero od ostatnich kilkudziesięciu lat wegetarianizm stał się nie tylko apetytem, ale modą, życiową filozofią, sygnałem cywilizacyjnym i po prostu popularyzuje się w tempie zawrotnym.
Nie będę tu pisała o motywach, bo wszyscy je znają. Nie ma też co wspominać, że każde przyjęcie lub przyjątko musi przewidywać obecność przy stole wegetarianina, który jeszcze onegdaj jadał mięso. Zwłaszcza młodzież wsuwa ze smakiem warzywa i owoce, kasze, ziarenka i orzechy pod każdą postacią. No, chyba, że postanawia uprawiać jeszcze bardziej restrykcyjną dietę, wtedy wykreśla z menu jajka, mleko, masło, sery, gotowane warzywa i różne inne produkty, które przeważnie jednak dla smakoszy są nieodzowne.
Tak jak wszyscy znam argumenty za wegetarianizmem i jego bardziej restrykcyjnymi odmianami, ale i tak za argument stojący niemal na równi z ochroną zwierząt, uważam smak potraw postnych. Pisząc przed kilkunastoma laty książkę „Polskie posty” poznałam zupełnie niezwykłe zakamarki tradycyjnej kuchni, jaką uprawiano od kilku wieków w Polsce, gdzie pobożność nakazywała powstrzymywanie się od potraw mięsnych ,ale dozwalała przygotowywanie wykwintnych, finezyjnych dań. Jadano wprawdzie mnóstwo ryb, które dla wegetarian są także nie do wykorzystania, ale też mnóstwo doskonałych dań z grzybów, kasz, mąki, owoców, smakołyków, które mogłyby zachwycić i dziś i to nie tylko wegetarian. Co powiecie na przykład na taką zupę?
Zupa postna „żurek”
(6 porcji)

2 szklanki startego suchego żytniego chleba, 10 dag rodzynek, ½ szklanki cukru, kawałek laski cynamonu, kawałek skórki cytrynowej, 2 szklanki białego wytrawnego wina, 2 szklanki wody.
1. Starty na tarce lub w maszynce do mięsa czerstwy chleb zalać 2 szklankami wody, zagotować.
2. Dodać rodzynki, kawałek cynamonu i skórki cytrynowej, wlać także wino i raz zagotować.
No i oczywiście pałaszować mając świadomość, że sięgnęliśmy głęboko w głąb kulinarnej tradycji, a zarazem nadążamy za wegetariańską modą. Aha, może tylko dodać nieco mniej tępionego dziś cukru? De gustibus.