Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

28.11.2019
czwartek

Co dziś gotować?

28 listopada 2019, czwartek,

To pytanie nurtowało panie domu i „kucharcie” przez całe dziesiątki lat a może nawet znacznie dłużej. Na pewno nie jest to już obecnie kwestią dręczącą dla pań domu, zwłaszcza tych pracujących poza domem. Po prostu zjada się to, co uda się bez kłopotu kupić po drodze do domu, a najlepiej resztki wczorajszej uczty.

Ale, ale, są szczęśliwcy, którzy nie muszą się wcale kłopotać sprawą menu, dostają bowiem gotowe posiłki do domu. Czasem stoją one w schludnej torbie pod drzwiami, co obserwuję u moich dbających o siebie sąsiadek, ale są przecież starannie i szczelnie opakowane. Chodzi o diety pudełkowe, które rozpowszechniły się niezwykle. I to o dziwo, bardzo szybko stają się modne, powszechne i lubiane w mniejszych miastach, gdzie życie podobno toczy się wolniej. Warszawa poddała melodię a teraz śpiewa tak cała niemal Polska. To dobre wyjście dla tych, którzy chcą o siebie zadbać, a nie mają czasu na gotowanie.

Nawet jeśli nie chce się schudnąć, utrzymać kondycji, przytyć czy żywić się specyficznie, firmy przygotowujące pudełkowe diety i takim „normalsom”, nie mającym po prostu czasu ,oferują kilka gotowych posiłków. I bądźmy szczerzy, raczej chodzi o całodzienną dietę dla solistów. Duża rodzina z dziećmi zwykle nie korzysta z pudełkowej diety. To wspaniałe, doskonałe wyjście. Cena w zależności od obfitości i rodzaju posiłków już od trzydziestu kilku złotych. I ma tylko jedną wadę. Kiedy wraca się po pracy do domu, po kilkunastu minutach nie parują na kuchni garnki wydając apetyczne zapachy.

Kiedy jeszcze nie było pomysłu na diety pudełkowe, zafrapowała mnie myśl, że warto zaproponować domowy zestaw obiadowy, którego przyrządzenie nie zajmie więcej czasu niż pół godziny, co czasem, dla domowych głodomorów jest zresztą także trudne do przetrzymania. Ale dokładnie wyliczyłam. Można ugotować ryż lub makaron czy jedną z wielu kasz, przygotować z umytych sałat doskonały witaminowy dodatek i usmażyć rybę lub mięso. Zresztą już wtedy, kiedy książkę „Gotuj z głową” pisałam, było w sprzedaży wiele półgotowych produktów, którym wystarczyło nadać szlif domowego smaku. Teraz ten wybór jeszcze się zwiększył.

Bardzo proszę – według gustu. Kto chce stosować dietę pudełkową, niech stosuje. A ja, ponieważ lubię sama decydować, powzięłam postanowienie, że ugotuję na dzisiejszy szybki obiad spaghetti z 3 serami i piersią pieczonego kurczaka. Proszę oto prosty przepis:

Makaron ekspresowy

(porcja dla 1 osoby)

Najpierw przygotowuję używając do tego włoskiej miarki z oliwnego drzewa jednoosobową porcję spaghetti: jest to najdokładniej tyle, ile może, powinien i chce zjeść jeden biesiadnik

Składniki na sos: 2 łyżki oliwy lub oleju z pestek winogron, ząbek czosnku, pół małej szalotki, 5 łyżek mleka lub słodkiej śmietanki 12-proc, 3 kopiaste łyżki startej mozzarelli (kupuję gotową),1/3 krążka sera camembert, 2 łyżki startego parmezanu (lub innego twardego sera), połówka pojedynczej piersi kurczęcej

Nastawiam wodę na makaron. Kiedy się zagotuje wkładam spaghetti i gotuję. Na głębszej patelni rozgrzewam oliwę, dodaję rozdrobniony czosnek i posiekaną szalotkę, chwilę podgrzewam, aby zeszkliły się. Teraz dodaję pokrojone w kostkę mięso i jeszcze chwilę smażę. Teraz przychodzi moment na dodanie mleka lub śmietanki a także serów, aby się rozpuściły. Na koniec dodajemy ugotowany i odcedzony makaron, a jeśli sos będzie zbyt gęsty kilku łyżek wody od gotowania makaronu. Posypanie zielonym ziółkiem, to znaczy pietruszką lub bazylią porwaną na kawałki znacznie doda urody i będzie smakować.

21.11.2019
czwartek

Genius loci

21 listopada 2019, czwartek,

Od zawsze uważaliśmy, że jedzenie najlepiej smakuje w miejscu, gdzie je wymyślono. Najlepszy dorsz z frytkami jest w Anglii, spaghetti we Włoszech, bagietka w Paryżu a weisswurst w Monachium. Najbardziej przekonujące było to wrażenie, jeśli idzie o typowe greckie wino, retsinę. Pod tamaryszkiem na Paros smakuje wybornie a przywiezione do Warszawy jest tylko specyficznie pachnącym i smakującym dziegciem, średnim winem stołowym.

Nie chodziliśmy do włoskich restauracji w Warszawie, bo wiedzieliśmy, że w przydrożnym barze w Italii , z włoskim „genius loci”, zje się bardziej smakowicie niż tu, w luksusowej włoskiej restauracji. Nie jadaliśmy poza Włochami zwłaszcza pizzy, która i tam musiała pochodzić raczej z Zi fiore niż z jakiejkolwiek innej pizzerii.

Jednak wczoraj przekonałam się, że każda reguła ma wyjątki i to miłe. Zagarnięta przez znajomych na późny lunch do skrytej w nieco ogołoconych już z jesiennych liści krzewach pizzerii, przy odległej od centrum ulicy Kuropatwy skusiłam się na trójkąty różnych rodzajów pizzy. I co? Otóż nie zawiodłam się. Miały naprawdę wyjątkowy smak, cienkie ciasto, chrupiące brzegi, nienachalne „obłożenie”, nadające dobry, stonowany i zharmonizowany smak. Ten smak obudził wspomnienie mistrzostwa wspomnianej wyżej ulubionej włoskiej pizzerii. Naszej wnuczce, która była niejadkiem przygotowywano tam pizzę w kształcie myszki, którą Zuzanna zmiatała do ostatniej okruszynki.

Może moja wstępna rezerwa brała się stąd, że w każdym sklepie widzimy sowite, wspaniałe mrożone pizze, które przypominają tę włoską tylko kształtem i nazwą. Ta była naprawdę włoska. W ciągu kwadransa, który dzieli mój dom od pizzerii, przebyłam drogę do włoskiego smaku. Z przyjemnością.

11.11.2019
poniedziałek

Rajskie smaki

11 listopada 2019, poniedziałek,

Nic dziwnego, że kuszenie w raju odbyło się za pomocą jabłka! To po prostu wspaniały smak, zero uczuleń i kłopotów trawiennych, owoc dostępny w różnych zakątkach świata zarówno pyszny jak zdrowy. Oczywiście nie ma po co zachwalać tego owocu…
Ejże, czy na pewno nie ma po co? To dlaczego będąc mieszkańcami największego europejskiego producenta jabłek zjadamy ich coraz mniej, nastawiając się na egzotyczne i sprowadzane z daleka, zwłaszcza cytrusy. Kłopoty polskich producentów jabłek powoduje to niewątpliwie. Zamiast po jabłko sięgamy chętnie po wartościowe, a jakże banany, pomarańcze czy kiwi, które musiały się sporo popodróżować.
W tym roku mamy kolejny powód, aby jabłka zastępować innymi owocami: cena jabłek jest na rynku relatywnie wysoka, to już nie kilogram za złotówkę. Te smakowite i piękne kosztują tyle, co kilogram pomarańczy, co kiść winogron czy kilka kiwi. A przez wiele lat, słusznie dawno minionych, jabłka były dyżurnymi owocami i chyba straciły …prestiż.
Innym powodem zmniejszającej się popularności jabłek jest i to, że w miejsce licznych lubianych ich gatunków pojawiło się kilka nie dość zalecających się smakiem. Zniknęły kronselskie, kosztele czy oliwki inflanckie, a te sadzone masowo w sadach nowej generacji, wydajne i łatwe do ochrony przed szkodnikami zaczęły panować w uprawie i na stoiskach. Nie różniąc się wiele smakiem, rozmiarami, kształtami stały się jakby robioną pod sztancę ładną ozdobną masówką.
W którejś ze swoich dziennikarskich wizyt w SGGW przed laty dowiedziałam się, że pracujący tam naukowcy zgromadzili liczne szczepy drzew jabłkowych różnych gatunków. Jakby przewidując, że jadanie dość przeciętnych w smaku nowych, łatwiejszych w uprawie okazów nie będzie w przyszłości wystarczało.
I tak chyba się dzieje. Nie można powiedzieć, że stare pyszne gatunki wracają masowo do przemysłowych sadów. Ale na przykład na bazarach bez trudu kupimy zarówno kosztele jak renety czy piękną z Boskoop, malinówki czy koksy, czyli jabłka o wyraźnym smaku i przeznaczeniu. To znaczy, że jabłka te są, owocują i smakują nadal. Albo znów.
Całe te przemyślenia wzięły się stąd, że kupiłam właśnie na szarlotkę dostrzeżone przez siebie na okolicznym bazarku renety. Wzięłam do ust kawałek jabłka i poczułam smak dzieciństwa, zapomnianej przeszłości. A potem jabłka w rondelku szybko się rozpadły, nie zmieniając nawet barwy na ciemniejszą i w szarlotce smakowały wspaniale.
No a przypomnijcie sobie doskonały deser, jakim są jabłka upieczone w całości, w których zagłębienie po wycięciu gniazda nasiennego wypełnia się, zależnie od szkoły, cukrem (najlepiej brązowym) lub domową konfiturą. Nawet jeśli pójdziemy na ustępstwa wobec nowoczesności i upieczemy je w kuchence mikrofalowej, będą także doskonałe. No i przypominam, że najlepiej zdadzą egzamin renety lub piękna z Boskoop (co za wspaniała, fantazyjna nazwa dla tej pochodzącej z Holandii odmiany!).

5.11.2019
wtorek

Co można robić na cmentarzu

5 listopada 2019, wtorek,

Przede wszystkim – zarabiać. I to jest w porządku. Sprzedaż kwiatów, zniczy i innych utensyliów to robota ciężka, epizodyczna i nie zawsze przy dobrej pogodzie. Nie wiem jedynie, czy kolorowe baloniki to jest towar najbardziej dopasowany do specyfiki. A może to ślad starego obyczaju, rodzinnych raczej wesołych spotkań na cmentarzu i niezbędna odrobina jarmarcznej estetyki.
Już od kilku lat obserwujemy także, przy niektórych cmentarzach, jak na przykład w otoczeniu największej, jak to się mówi „warszawskiej nekropolii” niezwykłe ożywienie w listopadowe dni polegające na bogatej handlowej ofercie produktów spożywczych, a jakże, regionalnych, bio, najciekawszych i w ogóle naj. Kiełbasy, sery, pieczywo, słodycze -słowem wszystko, aby urządzić ucztę.
Najbardziej zdumiewający był w tym roku widok stoiska z regionalnymi wędlinami po wielkim szyldem ZAKŁAD POGRZEBOWY. O dziwo, nie odstraszało to chętnych od kupienia smakowitego kąska. A może to odżyły tradycje „dziadów” i inne starosłowiańskie, kiedy żegnając się z umarłymi lub odwiedzając ich w poświęcone im dni zjadało się obfity rytualny posiłek? Oczywiście drobną część pozostawiając dla przodków. Najwyraźniej nie wystarczy nam znicz i chryzantema, w smutnym cmentarnym miejscu potrzebne są jeszcze frykasy. Czy następnym krokiem nie będzie więc ucztowanie przy grobach.
A może po prostu na naszych oczach powstaje nowa forma łączenia dwóch światów: tego, którego już nie ma i tego, który cieszy się życiem, kto to przewidzi…

30.10.2019
środa

Deser wieńczy dzieło

30 października 2019, środa,

Tak przez kilka wieków uważano: słodka końcówka posiłku była przy tym popisem i niezbędnym elementem kuchennego dzieła, im bardziej zasobny dom, tym bardziej wyszukanym. W „naszych czasach”, kiedy oszczędzamy sobie trudu, często za cały słodki deser służą nam kupne ciasteczka lub, co lepsze, owoce, orzeszki, czy kto tam sobie co mianuje deserem.
Ale prawdziwy deser to jest to. Zapewniam. Najwyraźniej pogląd mój podziela znana i ceniona na polskim rynku książek kulinarnych autorka, Magdalena Tomaszewska-Bolałek, autorka wielu omawianych tu przeze mnie książek oraz najnowszej – „Deserownika”.
Dlaczego piszę często o książkach tej autorki? Bo uważam, że są wyjątkowe. Powiedzmy sobie szczerze: zalew książek kulinarnych ,w których nie tyle ważne jest przedstawiane danie, ile raczej postać autora lub autorki w różnych fotograficznych ujęciach jest czymś zwykłym na książkowym rynku. Znacznie mniej mamy książek oferujących nam solidną wiedzę o naprawdę dobrych, zaskakujących a przy tym wypróbowanych przez autorów daniach.
Kibicuję tej autorce (badaczce kultury kulinarnej) od dawna, spotykamy się często na krętej drodze popularyzacji kultury jedzenia. Zawsze z przyjemnością słucham jej wykładów i pogadanek i z przyjemnością (z mojej strony) gawędzimy.
„Deserownik” zawiera wiele dobrych i bardzo dobrych, kilka zaskakujących, a kilkanaście budzących apetyt przepisów. Daję wam też słowo, że każdy z nich budzi zainteresowanie, nawet jeśli nie każe pobiec do kuchni.
Znacie osoby, które twierdzą, że z deserów najbardziej lubią coś wytrawnego ? I dla nich znajdzie się tu wiele smaków. No i jest sporo do poczytania, co zawsze było i jest naszą rodzinną frajdą. Bo trzeba sporo wiedzieć, aby jedzenie można było celebrować. A czy nie warto celebrować takiego wyrafinowanego deseru, jak ten, przepisany z książki Magdaleny Tomaszewskiej-Bolałek dosłownie.

Śliwki pieczone z whisky
40-50 ml whisky, łyżka ekstraktu waniliowego, 30 g brązowego cukru, 500 g śliwek węgierek lub podobnych
Do miseczki wlewamy whisky. Dodajemy ekstrakt waniliowy i brązowy cukier. Dokładnie mieszamy. Śliwki (powinny być w temperaturze pokojowej) myjemy, osuszamy, kroimy na połówki i pozbawiamy pestek. Następnie wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Za pomocą pędzelka smarujemy mieszaniną z whisky i cukru (zużywamy ponad połowę). Śliwki pieczemy 30-45 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 st. C. Przed podaniem polewamy je jeszcze odrobiną mieszaniny z whisky. Idealnie pasują do nich lody waniliowe.

27.10.2019
niedziela

Jarstwo w modzie

27 października 2019, niedziela,

Każdy, kto interesuje się kulturą jedzenia, wie że święcąca tryumfy moda na wegetarianizm nie jest niczym nowym. Bywali w historii jego zwolennikami zarówno filozofowie, literaci, malarze i wszelakiej maści artyści, którzy mieli możliwość upowszechniania informacji o swoim guście, jak i nie odznaczający się niczym szczególnym zwykli ludzie. Jarstwo jednak było zaledwie marginesem marginesów społecznego zwyczaju. Dopiero od ostatnich kilkudziesięciu lat wegetarianizm stał się nie tylko apetytem, ale modą, życiową filozofią, sygnałem cywilizacyjnym i po prostu popularyzuje się w tempie zawrotnym.
Nie będę tu pisała o motywach, bo wszyscy je znają. Nie ma też co wspominać, że każde przyjęcie lub przyjątko musi przewidywać obecność przy stole wegetarianina, który jeszcze onegdaj jadał mięso. Zwłaszcza młodzież wsuwa ze smakiem warzywa i owoce, kasze, ziarenka i orzechy pod każdą postacią. No, chyba, że postanawia uprawiać jeszcze bardziej restrykcyjną dietę, wtedy wykreśla z menu jajka, mleko, masło, sery, gotowane warzywa i różne inne produkty, które przeważnie jednak dla smakoszy są nieodzowne.
Tak jak wszyscy znam argumenty za wegetarianizmem i jego bardziej restrykcyjnymi odmianami, ale i tak za argument stojący niemal na równi z ochroną zwierząt, uważam smak potraw postnych. Pisząc przed kilkunastoma laty książkę „Polskie posty” poznałam zupełnie niezwykłe zakamarki tradycyjnej kuchni, jaką uprawiano od kilku wieków w Polsce, gdzie pobożność nakazywała powstrzymywanie się od potraw mięsnych ,ale dozwalała przygotowywanie wykwintnych, finezyjnych dań. Jadano wprawdzie mnóstwo ryb, które dla wegetarian są także nie do wykorzystania, ale też mnóstwo doskonałych dań z grzybów, kasz, mąki, owoców, smakołyków, które mogłyby zachwycić i dziś i to nie tylko wegetarian. Co powiecie na przykład na taką zupę?
Zupa postna „żurek”
(6 porcji)

2 szklanki startego suchego żytniego chleba, 10 dag rodzynek, ½ szklanki cukru, kawałek laski cynamonu, kawałek skórki cytrynowej, 2 szklanki białego wytrawnego wina, 2 szklanki wody.
1. Starty na tarce lub w maszynce do mięsa czerstwy chleb zalać 2 szklankami wody, zagotować.
2. Dodać rodzynki, kawałek cynamonu i skórki cytrynowej, wlać także wino i raz zagotować.
No i oczywiście pałaszować mając świadomość, że sięgnęliśmy głęboko w głąb kulinarnej tradycji, a zarazem nadążamy za wegetariańską modą. Aha, może tylko dodać nieco mniej tępionego dziś cukru? De gustibus.

24.10.2019
czwartek

Grzyby

24 października 2019, czwartek,

Pamiętam lata, kiedy w sierpniu pokazywały się już pierwsze grzyby. Zwłaszcza, kiedy lato było deszczowe, grzybobranie stanowiło nagrodę pocieszenia dla zmokniętych sierpniowych wczasowiczów. W tym roku lato nas rozpieszczało i łagodnie przeszło w cudną, ciepłą, słoneczną, kolorową jesień. Wydawałoby się, że grzybów się nie doczekamy, a tu nagle wysyp, obfitość, inwazja i… przesyt.
Grzyby porastają wszystkie grzyborodne miejsca, mizerny trawnik, chowają się w wydmowych trawach. Suszarki są spracowane, apetyty na wszelkiego rodzaju grzybowe potrawy zaspokojone, a one wciąż się pojawiają. Trudno już patrzeć na jajecznicę na maślakach smażonych, na podgrzybkach zrumienionych na klarowanym maśle. A jednak coś ciągnie w znane sobie miejsca i każdy spostrzeżony grzyb budzi radość.
W naszych stronach już chyba definitywnie kończą się prawdziwki. A były tego roku niezwykłe, wielkie, jędrne, rzadko robaczywe. Rosły na dróżkach, grządkach przyleśnych. I tylko nieliczne z ich trafiły do suszarek. Były pałaszowane jako samodzielne danie: podsmażone i posypane koperkiem albo z parmezanowymi płatkami na surowo.
Ku radości zbieraczy pojawiają się już i gąski, te zielone skarby ukryte tak głęboko w piasku, że nawet bystre oko ma trudności z ich wypatrzeniem a najstaranniejsza gosposia z dokładnym ich wymyciem. Zupa z gąsek jest bardzo starym przysmakiem. Nazywano ją nawet rosołem, bowiem smak takiej zupy jest niepowtarzalny, wyrazisty i wyjątkowy. Jednak kilka dni temu, ponieważ gąsek było jeszcze mało, ugotowałam zupę z dodatkiem (jędrnych) maślaków i pospolitych podgrzybków. Smak i zapach gąsek na szczęście dominował. Doprawiona słodką, 12 proc. śmietanką była pyszna. Przede mną doświadczenie tarty ze świeżymi podgrzybkami. Ale dopiero po weekendowych zbiorach. Kiedy znów nabierzemy apetytu na te przysmaki.

28.09.2019
sobota

Coś pysznego

28 września 2019, sobota,

Mija lato i choć od czasu do czasu jeszcze pławimy się w rozkoszy rozsądnej jesiennej ciepłoty – jest raczej chłodnawo, zwłaszcza wieczorem i myśl o niedozwolonej przyjemności rozpalenia w kominku czy innym piecu jawi się jako przyjemna. No i właśnie teraz mamy czas na pomyślenie o tym, co pysznego przydarzyło nam się zjeść tego lata. Zapewniam, że zabawa jest bezpieczna, nietucząca i miła.
Kiedy wchodzimy do supermarketu, ale i osiedlowego sklepu spożywczego, mamy wrażenie obfitości, kłopotu z wyborem spośród smacznych i najlepszych rzeczy. Wszędzie jedzenia w bród i to zdawać by się mogło – pysznego. Coraz częściej przy kupowaniu zastanawiamy się jednak, czy to, co wydaje nam się pyszne, jest także zdrowe. Oczywiście te najpyszniejsze rzeczy bywają nie do końca zdrowe, toteż sięgamy na półkę ze znacznie zdrowszymi produktami i w efekcie zaczyna nami rządzić rozsądek a nie apetyt.
Ze smakoszy stajemy się zwolennikami diet czy walorów prozdrowotnych. Ulegamy też modom, pogłoskom, niesprawdzonym teoryjkom, które popadają w zapomnienie po jakimś czasie. Wiele tracimy nie używając mleka, częściej niż tego wymaga nasze zdrowie, bo uczulenie na laktozę jest „en vogue”, równie częste jest podejrzewanie celiakii, która choć się zdarza, jest przecież rzadkim niedomaganiem. Jednym z przejawów dietetycznego szaleństwa był napis, który znalazłam na półce z ciastkami w jednym z supermarketów : ciastka bez mąki i bez cukru. Konia z rzędem temu, kto odpowie, co w nich w takim razie jest, bo najpewniej (ze względu na cenę) nie mielone orzechy, miód czy mak, z których robiono w starej kuchni niedietetyczne makagigi.
Ostatnimi czasy, pod wpływem szerokiej propagandy pozbawionego wielu tradycyjnych czynników jedzenia, czuję się niekomfortowo, kiedy podaję kruche ciasto według przepisu pra praprababki. Na to doskonałe ciasto składa się spora ilość żółtek, masła i śmietany. Czy zjedzenie 2-3 smakowitych pysznych ciastek naprawdę komukolwiek zaszkodzi?
Ostatnio bardzo modne jest stosowanie po kilka dni diety wegetariańskiej na zmianę z mięsną. Ja proponuję dołączenie dnia (może raz na dwa tygodnie?) kuchni mniej zdrowej, w której pojawi się maślane ciasto, krucha pieczeń czy zaprawiona śmietanką zupa z cukinii. Tak żebyśmy nie zapominali o smaku tradycji. Na początek pyszna, niedietetyczna propozycja. Jeśli ktokolwiek pokusi się o przyrządzenie, na pewno sprawi jesienną radość sobie i współbiesiadnikom.
Tarta napoleońska
Ciasto (wedle starego przepisu): 50 dag mąki, 3 żółtka, 20 dag masła, 1/2 szklanki cukru, kopiasta łyżka śmietany
Na masę: 2 szklanki mleka, 2 żółtka, szklanka cukru, szklanka mąki, cukier waniliowy
Zagniatamy ciasto: do mąki dodajemy pokrojone masło, kogel-mogel z żółtek i cukru, śmietanę, najpierw siekamy nożem, a potem zagniatamy dłońmi. Rozkładamy je w foremce w taki sposób, aby lekko zachodziło na boki i pieczemy, aż się zrumieni (temperatura 180 st)
Przygotowujemy masę: ucieramy kogel-mogel z żółtek, cukru i cukru waniliowego, mieszamy z mąką na gęstą masę i dodajemy ½ szklanki zimnego mleka. Resztę mleka zagotowujemy, a potem dodajemy do niego masę jajeczno-mączną. Mieszając, gotujemy, aż masa zgęstnieje. Wylewamy na ostudzone ciasto i odstawiamy do stężenia.
Smacznego!

13.09.2019
piątek

Co robić?

13 września 2019, piątek,

To pytanie, od czasu pojawienia się sławnego politycznego dzieła Lenina, najprościej wyraża różne wątpliwości. Oczywiście nie o politykę mi tu chodzi. O sprawę znacznie, znacznie poważniejszą: przygotowywać czy nie przygotowywać, konserwować czy nie konserwować smakowitych owoców i warzyw letnich.
Problem ten w całej krasie pojawił się dopiero po tym, jak w naszej rodzinie pojawił się nowy człowiek. Po oczekiwaniu z wstrzymanym oddechem zaczął się okres, kiedy można już myśleć o różnych i n n y c h sprawach, w tym o przedstawionym tu problemie. Domowe przetwory cieszą się, także u nas, doskonałą opinią, miły jest widok zastawionych słoiczkami półek, doceniamy smak, ale w tym roku ceny mogą stać się istotnym hamulcem.
Aż12 złotych trzeba zapłacić za pojemniczek malin, z którego po dodaniu cukru zrobić można najwyżej dwa malutkie słoiczki konfitury, ceny jabłek na musy czy szarlotki też nie są zachęcające. Za porzeczki w najlepszym okresie płaciło się 12 złotych a za czereśnie prawie 30. W ten sposób jeden z zachęcających czynników – finansowy – odpadł w przedbiegach. Cena cukru może nie jest zaporowa, ale summa summarum ceny domowych przetworów nijak się mają do znacznie niższych cen tych kupowanych. Trzeba przecież doliczyć niezbędny czas, koszt gazu lub elektryczności. Dla prawdziwych miłośników domowych przetworów przeważającym argumentem jest jednak smak i nieobecność wszelkich E.
Są też tacy, którzy zarzucają domowym konfiturom czy dżemom zbyt wysoką zawartość cukru. Oczywiście bez obfitości słodyczy ryzykujemy, że przetwory będą mniej trwałe. Prawda. Prawdą także jest i to, że można uniknąć tego rodzaju niepowodzeń gospodarskich w prosty sposób. Stosuję go od kilku już lat, bo po prostu nikomu już nie smakują ulepkowate dżemy. Słodzę więc tylko do smaku, tak, aby wyczuwać zarówno lekką słodycz, jak i smak owoców. Umieszczam w wygotowanych i jeszcze wypłukanych spirytusem słoiczkach gorący dżem, od razu zakręcam. I słucham jak stygnąc pykają, na znak, że zamknęły się dokładnie. Potem raz otwarte słoiczki trzeba przechowywać w lodówce.
Niestety, cukrowych oszczędności nie można zrobić przygotowując wspaniałe konfitury z zachowanymi całymi owocami: to cukier powoduje zarówno utrzymanie formy owoców, które opijają się gęstym syropem, jak i otula je gęstą galaretką. No ale na zjedzenie odrobiny takiej konfitury możemy sobie od czasu do czasu pozwolić bez szkody dla zdrowia.
Mimo, że jesień tuż, jeszcze mamy na straganach tyle owoców, że pytanie z tytułu jest zasadne i wymaga szybkiej odpowiedzi.

29.08.2019
czwartek

Strach się bać

29 sierpnia 2019, czwartek,

To gorące lato pełne jest strachów. Zwierzęcym niemal lękiem przejmuje, lub powinno nas przejmować, samo to, że oddychamy i jemy, że myjemy się, pierzemy, że po prostu żyjemy. Hodowla, podróżowanie, intensywne rolnictwo, ogrzewanie mieszkań to podstawowe grzechy, które popełniamy, nie doceniając ich wagi dla przyszłości. W mediach pełno wstrząsających wiadomości na ten temat, podkolorowanych, sprzedawanych jak najnowsze sensacje. No więc strach się bać.
A jednak nie przeszkadza nam to jednocześnie używać życia i cieszyć się nim, choć czasem z poczuciem winy. Faktem jest, że coraz więcej osób zwraca się ku wegetarianizmowi, unikając jedzenia produkowanego przemysłowo i nieoszczędnie mięsa, przesiadamy się na rowery, pierzemy w naturalnych środkach do prania, bierzemy prysznic zamiast pławienia się w wannach, szukamy coraz nowszych i wydajniejszych sposobów na różnorodne oszczędzanie środowiska. A jednocześnie jesteśmy wielce rozrzutni.
W czasie ostatnich wakacji moje domowe gospodarstwo nawiedziła fala awarii sprzętów. Pierwszą reakcją było, że należy je wyrzucić i rozejrzeć się za nowymi. Drugą myślą było: a może da się zreperować te zupełnie dobrze dotąd sprawujące się urządzenia. Zaczęłam poszukiwać w Warszawie, grzebać w Internecie, dzwonić. Niestety okazywało się, że każdy z warsztatów naprawczych miał jakiś powód, aby odmówić usługi. A to bardziej opłacało mi się ponoć kupić nowe urządzenie, a to na przeszkodzie stał powszechny brak części, a to kupiona kilka lat temu świetna pralka swoje już odsłużyła.
Ale postanowiłam nie spasować: w zapracowanym warsztacie reperacji pralek tak długo nudziłam miłego pana, że poradził mi pogrzebanie koniuszkiem noża (po odłączeniu z prądu!): dzięki temu guziczek wyskoczył na swoje miejsce. Ta awaria była bowiem w istocie mikroskopijna. Na inne bolączki znalazłam radę dopiero kiedy (z racji mniejszych gabarytów było to możliwe) zawiozłam popsute sprzęty do mojego ulubionego Pułtuska. Tam zreperowano mi w ciągu godziny drobiazg, który unieruchomił wydawałoby się nieodwołalnie popsuty sprzęt grający, w czasie drugiej godziny zreperowano mi elektryczną maszynkę do mielenia, która jako wyposażenie ma doskonałe sitko do maku i – najważniejsze, przystawkę do wyciskania szczególnie ulubionych rodzinnych ciasteczek z kruchego ciasta Prababci.
Wiadomo, cieszy nas kupowanie, nowości i pełna nowoczesność, ale starsze sprzęty mogą odzyskać swoją użyteczność, tylko trzeba chcieć oraz mieć możliwość znalezienia dla nich ratunku. A ileż to oszczędności dla środowiska, nie tylko na etapie produkcji ale i przy złomowaniu i wyrzucaniu. Popieram małe, zapomniane warsztaty, których pracownikom się chce. No i, można kompensacyjnie, w nagrodę za każdy uratowany przed wyrzuceniem i zanieczyszczający środowisko przedmiot, zapalić niewielkie, staroświeckie ognisko!
PS: Wyciśnięte kruche ciastka zdobię czekoladową polewą i wtedy jest tradycyjna pycha. Smakują zupełnie inaczej niż ciastka wycinane kieliszkiem lub szklaneczką
I jeszcze podzielę się prostym przepisem na polewę do ciastek (niekoniecznie do takich, o jakich piszę wyżej, doskonała jest do wszystkich kruchych i drożdżowych czy proszkowych ciast) .
W garnuszku umieszczamy: 4 łyżki stołowe wody, tyleż cukru, 3-4 łyżki ciemnego kakao, 5 dag (1/4 kostki) masła. Gotujemy, aż masa wyraźnie zacznie się zagęszczać – szybko wylewamy na ciasto, gdyż ekspresowo tężeje.