Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

18.09.2018
wtorek

Halo, mamy problem!

18 września 2018, wtorek,

Proszę Państwa, kupiłam słoninę. I jeszcze pół kilograma drobiowej wątróbki oraz dwie wieprzowe nóżki. Czy już zainteresowałam Czytelników? Te wstrząsające wiadomości służą do tego, aby zanęcić Was do przeczytania naprawdę nie o tym, jakie smakowitości chciałam wyczarować z tych produktów. Same produkty, każdy kosztujący około 4 złotych, kupiłam w dużym markecie, gdzie te „wytworności”, ułożone na sporych plastikowych tackach, zamknięte termokurczliwą folią z wielką etykietą prezentowały się świetnie, apetycznie. W domu, kiedy usunęłam opakowania okazało się, że zajmują one niemal cały kosz na śmieci. Porównałam ilość i cenę produktów z ilością plastiku, która im towarzyszyła i nijak mi się nie zgadza. Nie dostrzegam jakiegoś rozwiązania, ale wydaje mi się, że takie pakowanie niespecjalnie drogich i cennych produktów wymaga jeszcze przemyśleń.
Na przykład pakowanie sypkich herbat w chroniące je torebki z mocnej folii aluminiowej, pokrytej warstwą plastiku to wystarczające zabezpieczenie przed zewnętrznymi czynnikami. Spójrzcie jednak, że każda herbata, niezależnie od jakości, ma jeszcze tekturowe pudełko, które natychmiast wyrzucamy, bo raczej nie trzyma się w nim herbaty, lecz przesypuje do szczelnej puszki lub słoika.
Spójrzcie też na tanie kremy kosmetyczne czy pasty do zębów za kilka złotych –tekturowe kolorowe pudełeczko ma „upgradować” produkt, który przez to nie stanie się na pewno lepszy. Myślę, że logiczna oszczędność opakowań jest jeszcze w całości przed nami. Uważam, że jeśli kupuję w drogerii albo w sklepie spożywczym kilka produktów, torebka mi się należy. Z drugiej strony wiem, że zazwyczaj „darmowa” torba nie zostanie po raz drugi użyta, lecz raczej wyrzucona.
No, bądź tu mądra i pisz wiersze! Skoro coraz mniej używamy jednorazowych naczyń do podawania posiłków, to dlaczego produkty spożywcze sprzedawane w sklepach układa się na styropianowych tackach?
Na pewno wraz ze zmianami w naszym życiu ładne eksponowanie w sklepach,nawet niezbyt urodziwego towaru stało się wymogiem, bez którego handel już się nie może obywać, ale – znaj porporcją Mociumpanie!

3.09.2018
poniedziałek

Pomidor!

3 września 2018, poniedziałek,

Wszyscy znamy grę w pomidora, która bawiła nas w dzieciństwie i powodowała huragany śmiechu. Nam w tym roku nie jest do śmiechu. Klęska urodzaju pomidorów, które w dodatku na naszych wiejskich zagonikach trzeba szybciutko zbierać, bo dojrzewają błyskawicznie i to jednocześnie, a potem prędzej przerabiać, to praca po kilka godzin dziennie: najpierw przy zbieraniu, potem przy przetwarzaniu. A urodzaj latoś nad podziw!
Na szczęście już przeszła największa fala tych pyszności, resztkom damy radę bez kłopotu, zwłaszcza, że smak tych czerwonych kul jest boski. Zwykłe sałatki z sutym przybraniem ze świeżej bazylii, połówki pomidorów pieczone pod chrupiącą skórką z połączonej tartej bułki, czosnku i oliwy, delektowanie się sokiem, leczo z własnymi cukiniami i ziółkami. A co dopiero pokrojone kostkę, po usunięciu pestek i płynu, doprawione posiekanym czosnkiem i z lekka oliwą oraz solą! No cóż, to zwykłe rozkosze rodziny zapalonego ogrodnika.
Ten rok, ponieważ było wiele (może nawet za wiele!) słońca był wyjątkowy jeśli idzie o smak owoców. Słodkie i doskonałe były już truskawki, potem kolejno wszystkie inne owoce, a teraz możemy się delektować wysmienitymi śliwkami. W tym roku na pewno nie trzeba dodawać do powideł cukru ‒ to tak tylko na marginesie przypominam, gdyby ktoś okazał się szalenie pracowity i chciał je przygotować. Ale co tam śliwki!
Naprawdę nigdy dotąd pomidory nie smakowały mi tak doskonale, nawet te nie bardzo czerwone (a dojrzewa u nas taki gatunek, który ma bardzo jasne okolice szypułki) są pełne smaku. No więc ‒ pomidor!

27.08.2018
poniedziałek

Rybaczówka

27 sierpnia 2018, poniedziałek,

Myślę, że nie jestem pod tym względem oryginalna. Rozkosze podniebienia są dla mnie bardzo ważne, ale ogromne znaczenie ma też estetyka miejsca w którym się je, sposób podania i towarzystwo. Najgorzej, że wszystkie te warunki powinny być spełnione jednocześnie. Elegancka restauracja z miernym jedzeniem nie cieszy, podobnie jak najpyszniejsze nawet dania podane na gazecie.
Są jednak wyjątki. Mamy takie ulubione miejsce, do którego chętnie jeździmy na ryby, choć nie spełnia ono wszystkich moich wyśrubowanych norm. To Rybaczówka w Borsukach nad Narwią.
Ryby są tam świetne. Toczona od lat dyskusja, czy lepszy jest lin w śmietanie, czy szczupak w czosnku wciąż nie znajduje końca. Lubimy też tamtejszą sałatkę grecką. Doceniam, że ktoś potrafi dobrze przyrządzić ryby, ponieważ dla mnie jest to bardzo trudne. Najchętniej piekę ryby w folii lub papierze do pieczenia, bo próby smażenia kończą się na ogół katastrofą. Wmawiam sobie nawet, że przyrządzam je rzadko, bo po prostu ich nie lubię, ale podczas wizyt w Rybaczówce przekonuję się, że jest inaczej.
Restauracja znajduje się w miłych okolicznościach przyrody. Stoły pod zadaszeniem są ustawione wśród sosen. Dzikie wino porosło całość. Rzeka płynie za płotem, co pozwala mieć nadzieję, że ryby pochodzą z niezbyt daleka.
Znakomite dania pozwalają nawet zapomnieć o niedbałym stroju pana właściciela i kelnera w jednej osobie. Czyli jednak potrzeby podniebienia wygrywają.

22.08.2018
środa

Można? Mozna!

22 sierpnia 2018, środa,

W drodze powrotnej z Mazur wstąpiliśmy do zajazdu Tusinek. To było ulubione miejsce moich dzieci, kiedy były małe. Zwłaszcza córka, która była i jest niejadkiem, akurat w Tusinku znajdowała od zawsze dania dla siebie. Najchętniej podpłomyki.
Kiedyś był tylko zajazd, teraz jest hodowla kóz, wytwórnia serów, sklep i hotel. Na szczęście miejsce nie straciło przy tym swojego wdzięku.
Widok tłumu aut na parkingu nieco nas przestraszył. Po mazurskich doświadczeniach pomyśleliśmy, że pewnie nie uda nam się szybko czegoś zjeść. Okazało się jednak, że choć ludzi dużo, to personelu także. Stoliki sprzątane na bieżąco, jedzenie gotowane i podawane szybko oraz sprawnie. Miła kelnerka udzieliła nam różnych informacji o całym przedsięwzięciu (mówiąc w pierwszej osobie liczby mnogiej), zachęciła do zwiedzenia gospodarstwa. Jedzenie było smaczne. Podpłomyki takie jak przed laty.
Zabraliśmy do domu wspomnienia z tego miejsca w postaci serów kozich, wędzonych ryb i podpłomyka dla córki. I delektujemy się nimi, zagryzając to wszystko pomidorami z własnej grządki. Palce lizać.

19.08.2018
niedziela

Smak Mazur

19 sierpnia 2018, niedziela,

W sierpniu spędziłam prawie dwa tygodnie na Mazurach. Jest tu do zwiedzania nie tylko mnóstwo ciekawych miejsc, ale i ludzi. Najwyraźniej te okolice mają moc przyciągania różnych dziwnych (czytaj ciekawych) osób. Coraz więcej jest też knajp, barów, tawern i knajpeczek. Różnej jakości. Ale coraz łatwiej zjeść po prostu niezłą smażoną rybę. Ja prowadziłam studia porównawcze pierogów z nadzieniem rybnym i kilka razy jadłam naprawdę dobrze dosmaczone.
Raz pojechaliśmy w miejsce bardzo polecane przez gospodarzy, u których się zatrzymaliśmy. Polecane, ale zostaliśmy uprzedzeni, że można stamtąd odejść z kwitkiem oraz że gospodarz patrzy na każdego kolejnego gościa spode łba (z powodu nadmiernej popularności tego miejsca). Była to Oberża pod psem w Kadzidłowie. Piękny mazurski dom w cudownym otoczeniu. Obok kolejne warte obejrzenia chaty. Gospodarz rzeczywiście patrzył na nas bez zachwytu i oświadczył na wstępie, że miejsc brak. Pozwolił jednak obejrzeć wnętrze, a w trakcie tego oglądania okazało się, że jeśli chcemy, to jednak możemy zostać. Mój mąż twierdzi, że to przypomina nieco selekcję w klubach nocnych, która ma stworzyć wrażenie elitarności danego miejsca. Tak czy siak, było smacznie, a nawet pysznie. Pierogi z koźliną wyśmienite, a wereszczaki (danie kuchni staropolskiej i litewskiej – mięso duszone w wywarze z buraków) jeszcze lepsze. Ja oczywiście wolę kiedy smakowi potraw towarzyszy nie tylko piękne otoczenie, ale również miła, przyjazna atmosfera. Ale nie można mieć wszystkiego…
Przekonaliśmy się o tym boleśnie w sobotę należącą do długiego weekendu. Wylądowaliśmy w Giżycku. Oprócz normalnego dla tej miejscowości tłoku rozgrywały się tam regaty. Postanowiliśmy coś zjeść. Szwendaliśmy się w raz z liczną grupą innych wygłodniałych osób po kolejnych knajpach, gdzie dowiadywaliśmy się, że miejsc brak i przewidują, że posiłek możemy dostać najwcześniej za półtorej godziny. Stoliki były zastawione brudnymi naczyniami po poprzednich gościach. Z nadmiarem gości i bałaganem starali się dzielnie walczyć kelnerzy, wyglądający jak świeżo upieczeni absolwenci gimnazjów i podstawówek.
Kulminacja naszego dramatu nastąpiła w sklepie Żabka – młodociana sprzedawczyni poinformowała nas z rozbrajającą miną, że hot-dogi „wyszły”. W końcu udało nam się zjeść niedobre pierogi. Potem posiedzieliśmy pół godziny w eleganckiej restauracji, w której nikt do nas nie podszedł. Więc nie wypiwszy kawy i nie zjadłszy deseru, ale za to pokrzepieni lekturą (wystawione w restauracji czasopisma) poszliśmy dalej.
Na Mazurach w gastronomii pracują coraz młodsi i kompletnie nieprzygotowani ludzie. Najwyraźniej nie ma kogo zatrudniać. Sukces przerósł region.

15.08.2018
środa

Po prostu smacznie

15 sierpnia 2018, środa,

W potocznym myśleniu o dużych i udanych biznesach wyobraźnia nie jest najważniejszym czynnikiem. I jest to oczywisty błąd. Najpierw trzeba sobie wyobrażać, potem weryfikować wyobrażone i wykazywać się konsekwencją. Oczywiście nie jesteśmy dziećmi, nie uważamy ,że którykolwiek jeden czynnik wystarczy. Muszą się zebrać w jednym miejscu (umyśle człowieka?) wszystkie lub choćby większość różnych czynników, aby biznesowy pomysł „wypalił”. I to jest właśnie ten przypadek.
Kilka miesięcy temu opisywałam nową na warszawskim rynku gastronomicznym restaurację, ukraińską „Kanapę”, dość niezwykły koncept, bo kto z naszych znawców ośmieli się postawić kuchnię ukraińską, dodatkowo zniszczoną przez radziecką władzę, obok wielkich kuchni europejskich. Powstała jednak restauracja, której zalety są bezsprzeczne.
Dymitr Borysow, twórca 18 restauracji na Ukrainie (nazywa je rodziną, nie siecią) to człowiek pełen pomysłów. Nie czekając na lepsze czasy zakładał skromne restauracje w okresie najgłębszego kryzysu. I teraz zatrudnia w nich około 2000 osób, otworzył też „Kanapę” w Warszawie.
Kuchnia ukraińska nie jest znana powszechnie w świecie i choć Dymitr Borysow obiecuje, że już wkrótce stanie ona w jednym rzędzie obok francuskiej i włoskiej, ja upatruję przyszłych sukcesów gdzie indziej. Ukraina to wielki i, jak wiemy, potencjalnie bogaty kraj. Ma dużo znakomitych produktów na światowym poziomie. Wszystko to, czym nas czarują znane kuchnie, jest tu w dużym wyborze i doskonałej jakości: ukraiński absynt i cydr, doskonałe wina, foie gras, kawiory i ostrygi. Nawet białe i czarne trufle są tu podobno równie aromatyczne jak te z Alby. Jest też bogactwo owoców morza, ryb, owoców i warzyw. I na to nastawiła się „Kanapa”. To bardzo rozsądnie.
Poza tym liczny zespół kucharzy stale się uczy, i to u najlepszych. Pisałam zimą o doskonałym barszczu ukraińskim w „Kanapie”. To klasyka. A co powiecie o pierożkach z jesiotrem, z odrobiną kawioru ze szczupaka, o pierożkach z kozim lub zajęczym mięsem? To naprawdę dobre i twórcze wykorzystanie tego, czym się dysponuje.
A ceny? Nie są może najniższe, ale od czasu do czasu, smakosz może zaspokoić swoje tajemne marzenia o galarecie z królika (19 zł), foie gras w białym winie (22 zł), barszczu czerwonym z wieprzowymi uszami (25 zł) albo pierogach z ziemniakami. Na deser warto obejrzeć liczne ciasta i torty, zamówić jednak pierogi z wiśniami (22 zł). Delicje.

9.08.2018
czwartek

Słodko mi

9 sierpnia 2018, czwartek,

Od wieków przywykliśmy (przynajmniej ci, których było na to stać) do kończenia głównego posiłku dnia czymś słodkim. Deser, to coś oczekiwanego i wydaje się niezbędnego do smakowitego zakończenia obiadu. Zawsze pojawiały się na stołach wielce słodkie ciasta, ciastka, suszone i kandyzowane owoce.
Coś słodkiego nawet po sutym posiłku te niezbędny element scenariusza. I tak jest od kilku wieków, zwłaszcza odkąd zaczęto wytwarzać cukier z buraka cukrowego (początek XIX wieku na naszych ziemiach), którego cena stała się wówczas przystępniejsza i łatwiej było dzięki niemu tworzyć doskonałe słodkości.
Niemal w każdym domu istnieje pula słodkich deserów, najczęściej ciast, które są najchętniej przygotowywane i zjadane. To specjalności, których idąc z wizytą do państwa X możemy się spodziewać, ponieważ to właśnie gospodyni najlepiej się udaje. Czasami wiemy, że u państwa Y można liczyć tylko na szarlotkę, bo tylko to mają w repertuarze. I dobrze. Kłopot mają ci, którzy chcąc podać deser, muszą iść do cukierni.
Przyznam się, że nie chodzę do żadnej cukierni, nawet kiedy goście wpadają bez wcześniejszej zapowiedzi. Owszem chętnie zjadłabym te kupione, ale nie pozwala mi na to poczucie smaku: uważam ciastka z cukierni za niesmaczne. Te wyjątkowe cukiernie, w których można by coś kupić są daleko, większość ciastek sprzedawanych w sklepach (różnych: spożywczych, ze słodyczami, marketach) to obraza pamięci świetnych polskich cukierników z przeszłości. A szczególnie oburza mnie widok maluchów w wózkach pałaszujących kupione w pobliskim sklepiku tłuste i słodkie pączki.
Dlatego mam zawsze w zamrażalniku kawał ciasta ( przepis na ciasto: 3 szklanki mąki, pojemniczek śmietany, kostka masła i NIC więcej), podzielonego uprzednio na mniejsze kawałki (trudno byłoby z zmrożonej bryły odkroić potrzebny). W kuchence mikrofalowej rozmrażam je, po czym rozwałkowuję i jeśli nie mam pod ręką konfitury różanej zawijam w wykrojone prostokąciki ciasta kawałeczek jabłka lub odrobinę jakiejkolwiek konfitury. Piekę kilkanaście minut, gotowe ciastka posypuję cukrem pudrem i chrupiące oraz wonne podaję od razu.
Inaczej sprawa się ma, jeśli mam różaną konfiturę: wówczas rozwałkowany na koło placek z tego właśnie ciasta kroję na trójkąty jak tort, na obrzeżu układam po ćwierć łyżeczki tej słodyczy i roluję zaczynając od obwodu ku środkowi, końcówki zaginam i powstają wspaniałe rogaliki. Wszystko to zabiera znacznie mniej czasu niż wyprawa do dobrej cukierni. Polecam.

8.08.2018
środa

Co najlepiej smakuje podczas upałów

8 sierpnia 2018, środa,

Najprostsza moja odpowiedź brzmi: wszystko, byle nie były to tłuste i zbyt solidne potrawy. Ale przecież nie bez powodu w większości kuchni krajów gorących jada się, przez cały ten najcieplejszy okres, chłodniki, potrawy zimne, warzywne i lekkie. Raczej sałatki z mięsem niż solidne pieczenie. Raczej sok buraczany lub pomidorowy niż zaprawioną śmietaną zupę. Raczej lekkie surówki niż ciężkawą kapustę.
Upały lepiej znosi się na wsi, ale te obecne są jednak trudne do wytrzymania także i tu. Dlatego obmyślam menu, które będzie wymagało mało wysiłku i krótkiego przebywania w pobliżu źródeł ciepła.
Doskonałe na upały są na przykład upieczone rankiem, krojone w paski warzywa (najlepsza pietruszka, doskonała papryka, marchew, batat, bakłażan czy cukinia). Wystarczy je wstawić na 20 minut do piekarnika, oczywiście po uprzednim lekkim posypaniu solą i pieprzem oraz polaniu olejem. Doskonale podnosi smak takich pieczonych warzyw dodatek posiekanych wszystkich możliwych ziół, jakie mamy w zasięgu wzroku, na kuchennym parapecie. A po przyjściu z pracy do domu wystarczy tylko 5 minut smażyć na maśle klarowanym polędwiczek z piersi kurczaka, dodać zimne już upieczone warzywa, podać kieliszek różowego wina i zapewnić sobie miłe towarzystwo.
Czy można sobie wyobrazić lepszą ucztę w upalny dzień?

29.07.2018
niedziela

Co jest najważniejsze

29 lipca 2018, niedziela,

Proszę się nie martwić, nie będzie to mój pseudofilozoficzny wywód o tym, co ważne w życiu. Oczywiście każdy z nas ma taką prywatną listę, na której są najważniejsze dla niego rzeczy. Nawet jeśli to nie jest spisana na papierze kolejność rzeczy istotnych, to wiemy, że dla jednych będzie to ich własna osoba lub ta, która całe życie jest obok, dzieci, rodzice, wnuki, malarstwo, literatura, podróże, sztuka. Bywa, że jedzenie. I wcale nie świadczy to o łakomstwie.
Tak, tak, u mnie dobre jedzenie jest na tej liście dość wysoko, choć przecież spis tego, co jeszcze ważniejsze pozwala mu znaleźć się na mniej eksponowanym miejscu. Czego jednak chcieć od kogoś, kto z „jedzenia” żyje. Muszę się jednak przyznać, że przede wszystkim uwielbiam pisać o jedzeniu, o jego historii, lubię przygotowywać je z największą uwagą, dawać jeść i patrzeć na reakcję. U nas w domu mówiło się, że ktoś, kto nie przywiązuje wagi do jedzenia nie może wejść z nami w bliższą komitywę. Ten kto jada niestarannie i niesmacznie nie jest naszym druhem, a ten, kto zauważa jedzenie nawet w czasie politycznej gorącej dyskusji przy stole, zyskuje od razu naszą (moją) przychylność. Bo człowiek, który docenia jedzenie, docenia po prostu kawał naszej, człowieczej kultury.
Jeszcze do niedawna istniała moda-maniera, aby o jedzeniu mówić z lekceważeniem, aby nie przyznawać się do znajomości gotowania. I wiele osób rzeczywiście w kuchni miało dwie lewe ręce w kuchni. Ale w pewnym momencie towarzysko stało się to nieefektywne i jedna ze znajomych osób, powszechnie znanych, wstydząc się, że nie umie oprócz marnej herbaty zrobić nic, uciekła się do małego podstępu. W tajemnicy kupowała te same dania u znajomej wytwórczyni i robiąc w kuchni pewien bałagan zapraszała gości na „swoje specjalności”.
Ratuje ją w moich oczach tylko to, że jednocześnie doceniała ,na przykład przychodząc do nas, naprawdę dobre jedzenie.
A wszystko to napisałam, bo przed chwilą usłyszałam w radiu, że zmarła Kora. I ktoś ze wspominających ją powiedział, że ceniła dobre jedzenie a w dodatku, że umiała smakowicie dawać sobie radę w kuchni.

10.07.2018
wtorek

O zaletach cukinii

10 lipca 2018, wtorek,

Aż dziw bierze, że tak wspaniałe warzywo, jakim jest cukinia nie było do niedawna popularne. Owszem w starej książce kucharskiej (ale nie nazbyt leciwej) od czasu do czasu znajdziemy przepis na kabaczka, ale ani nie jest to przepis specjalnie odkrywczy, ani nie czuje się, że wynik będzie świetny.
A tymczasem od pewnego czasu odkrywam coraz to nowe zalety tego warzywa. Po pierwsze jest dostępne w sklepach przez cały rok (oczywiście z innych stref klimatycznych, ale trudno). Posadzona na grządce cukinia (czy inaczej kabaczek) jest zwyczajnie mówiąc piękna, wspaniałe wielkie liście, wielkiej urody kwiaty, a potem kształtne owoce. A owoce są dobre na wszystko. Zupa – proszę bardzo. Placuszki z cukinii – doskonałe. Plasterki smażone w cieście naleśnikowym – smakowite. Dodatek do leczo – bardzo dobry.
A ostatnio moja wielką pasją jest produkowanie naleśników z nadzieniem cukiniowym. Naleśniki, wiadomo, jak się przygotowuje (przypomina mi się przepis w książce Rebeki Wolff na rosół z kluseczkami: „Zrób rosół zwykłym sposobem…”). A nadzienie przyrządza się banalnie prosto: na tarce ścieram cukinię, razem ze skórką, o ile nie jest zbyt stara; na patelni szklę posiekaną cebule i dwa ząbki czosnku, dodaję cukinię i smażę, aż odparuje większość płynu. Dodaję sól i pieprz. Nadzienie zawijam w naleśniki i albo podpiekam na klarowanym maśle, albo (w wersji eleganckiej), zapiekam pod beszamelem. I naprawdę delektuję się ja sama i goście. Czego i wam życzę.