Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

17.01.2018
środa

Zasypani

17 stycznia 2018, środa,

Kiedy niespodziewanie przychodzi zima, no, może niezbyt ostra, ale zawsze, trzeba włożyć cieplejsze, nieprzemakające buty, aby nie nabrać w nie śniegu. Spacer nie wydaje nam się najlepszą perspektywa, bo śnieg jest nieco wilgotny i właściwie najlepiej oglądać go przez okno. Podobno też zaraz zniknie, ale dziś jest śliczny. Żeby jeszcze wczorajsze słońce… Ale nic na świecie nie jest doskonałe.
Tym bardziej warto przygotować coś rozgrzewającego, bo szarawa pogoda, zwana „barową” zachęca do tego. Moją ostatnią pasją jest karmienie siadających ze mną przy stole zupami – kremami. Była już zupa pomarańczowa, kabaczkowa, dyniowa, batatowa, pietruszkowa z gruszką, porowa, selerowa, niektóre po kilka razy. Chętnie podzielę sie przepisem (proporcje na 4 osoby) na szczególnie lubianą przeze mnie zupę. Jest to:
Zupa selerowa
Składniki: 4 plasterki szynki szwarcwaldzkiej lub chudego wędzonego boczku, 2 płaskie łyżki ryżu, ½ sporego selera, średnia cebula, łyżka oleju, 4 szklanki rosołu warzywnego lub drobiowego ( może być z kostki), pieprz, sól, ew. 2 łyżki śmietany (ja wlewam kilka kropel mleka)
Szynkę podsmażam na chrupko na oleju, wyjmuję, a na pozostałym tłuszczu lekko rumienię posiekaną cebulę, dodaję starty na grubej tarce seler oraz ryż. Chwilę podsmażam, po czym dodaję rosół i gotuję około 20 minut. Na koniec dokładnie miksuję i dodaję odrobinę śmietany lub mleka. Na każdy talerz zupy wypada kawałek chrupiącej szynki. To naprawdę nie jest złe. I poprawia humor w pochmurny dzień.

3.01.2018
środa

Proste jest piękne (i smaczne)

3 stycznia 2018, środa,

Jak zwykle o tej porze roku czuję się starsza. Wprawdzie tylko o jeden rok, ale ziarnko do ziarnka a zbierze się… itd..Czuję się zatem uprawniona do narzekania. Być może wyraziłam to dostatecznie wiele razy, aby nie powtarzać raz jeszcze, ale wyznanie to jest dobrym wstępem do kolejnych zdań.
Jestem zwolenniczką prostoty (broń Boże prostactwa!): proste ubranie, wnętrze mieszkalne i dania domowej kuchni. Dlatego tak wielbię kuchnię włoską, że, z historycznych powodów, była prosta i tak jej zostało. W tej prostocie jest wszakże szlachetność, jasność smaków, oczywistość zestawień odczuwalna na podniebieniu, pole do improwizacji, ograniczone jedynie dobrym smakiem. Dlatego z wielkim zapałem gotuję włoskie potrawy w mojej kuchni. Jestem zachwycona tym, że kuchnią zainteresowały się tak liczne rzesze czytające pisma i oglądające kulinarne widowiska.
Ale zastanawiam się, czy fakt, że zasiadamy przed telewizorem zmienia coś naprawdę. Myślę, że niewiele. Jeśli na ekranie gotuje się homary czy skomplikowane dania molekularne, do domowej kuchni nie wnosi to zgoła nic. Jest to takie samo widowisko jak akrobacje pod kopułą cyrku. Nie do naśladowania. Jako autorka wielu książek o kulinariach nie powinnam może zabierać głosu w tej sprawie, ale wiele książek wydawanych obecnie nie nadaje się do tego, aby postawić je na półce w kuchni, aby ich wyplamione strony były żywym świadectwem, że się ich używa. Jakże daleko odeszliśmy od XIX-wiecznych celów wielkiego rozwoju „kuchennej literatury”, która zawarła całą mądrość prostej tradycyjnej kuchni, oczywiście ukazując także kuchnię odświętną, jako smakowity dodatek.
Studenci „mojej” szkoły czyli VIAMODA Culinary School uczestniczyli jakis czas temu w zajęciach na temat ziemniaków. Przygotowywali z nich najróżniejsze dania, łącznie z deserami. Symptomatyczne było to, że zachwycili się prostym przepisem na śląskie kluski: mąka ziemniaczana powinna stanowić ¼ objętości ziemniaków. Kluski przyrządzane w ten sposób wychodzą bez pudła. A przecież umieli już przyrządzić owoce morza i skomplikowane pasztety.
Katja Roman ze swoją fundacją uczy młodzież z domów dziecka najprostszych dań, które trzeba znać, aby docenić bardziej skomplikowane przepisy.
Kochani! W nowym roku proponuję zabawę w odgrzebywanie PROSTYCH, dobrych, smakowitych przepisów, które przetrwały w rodzinnej pamięci. Pomiędzy tych, którzy przyślą proste, smaczne i popadające w zapomnienie albo szerzej nieznane przepisy mam do rozlosowania 3 książki „Jak smakuje pępek Wenus” Piotra Adamczewskiego. Czekamy do 15 lutego. Życzymy owocnych poszukiwań.

31.12.2017
niedziela

Dziś Sylwester

31 grudnia 2017, niedziela,

Życzymy wszystkim bardzo szczęśliwego 2018 roku. Znowu trzeba się będzie przyzwyczajać do tej 18 na końcu!
Wielu wspaniałych przeżyć, pysznych potraw i zwyczajnego spokojnego szczęścia.

29.12.2017
piątek

I jeszcze makaron

29 grudnia 2017, piątek,

Jestem w górach we Włoszech. Przyjeżdżamy tu co roku o tej porze, z uwagi na zajęcie męża (instruktora narciarskiego). Mój warsztat pracy czyli laptop, sprawdza się równie dobrze tu, jak wszędzie indziej. A muszę przyznać, że kiedy po kilku godzinach pisania na komputerze można wyskoczyć na stok, to ciężaru tej pracy prawie się nie odczuwa. Przy okazji spieszę z doniesieniem meteorologicznym – Dolomity zasypane śniegiem. Zaczęło padać w drugi dzień świąt i sypało przez 24 godziny.
Nie potrafię wyjść ze zdziwienia, że w zupełnie zwykłym włoskim hotelu, jakich są w górach tysiące, jada się tak wspaniale. Każda kolacja to przeżycie, zarówno kulinarne, jak estetyczne. Goście, nawet nastoletni i nawet grupa dwudziestolatków, bardzo przeżywają, to co jedzą. Ponieważ każdego wieczoru można wybrać dania na kolejny dzień, trwają dyskusje. Bardzo duże wrażenie robi na mnie pani, matka trójki dzieci, która przybywa do jadalni z żółtymi karteczkami, które pokrywa gęstym maczkiem informacji, co dodać do dania, a czego pod żadnym pozorem nie dodawać. Najwyraźniej dzieci są albo uczulone, albo bardzo kapryśne. Przykleja te informacje do menu i kucharz najwyraźniej stosuje się do jej zaleceń. Wczoraj do menu, na którym wydrukowano nazwy 9 dan, dokleiła aż trzy kwadratowe karteczki.
Mnie kucharz zadziwił pierwszego dnia, podając lazanię, a obok porcję makaronu muszelki z sosem cebulowym. Najwyraźniej, wbrew pozorom, lazania to nie danie makaronowe i potrzebuje towarzystwa klusek.
Niestety te zachwyty nie dotyczą śniadań. Mój polski organizm źle reaguje na sam widok takiego wyboru ciast, ciasteczek i pączków różnej maści. Poza tym powiedzmy sobie szczerze, polskie słodycze są o wiele lepsze. Na szczęście przywieźliśmy z kraju zapas poświątecznych ciast i ciasteczek i nie musimy zjadać tutejszych przesłodzonych wypieków. Ale Włosi jedzą, jedzą nawet sporo i nic im nie jest. Nie znalazłam też statystyk, żeby cukrzyca szalała tu bardziej niż u nas.

26.12.2017
wtorek

Tak mijają święta

26 grudnia 2017, wtorek,

Ani się nie obejrzeliśmy a tu już koniec świąt. W garnkach po trochu zupy, kapusty, jakieś resztki sałatek, wyciskamy jeszcze ostatnie krople pysznego kompotu z suszonych owoców. I święta 2017 możemy wpisać na listę minionych dni. Ale cośmy się naleniuchowali, naczytali świątecznych pism i podarowanych przez Mikołaja książek to nasze. Stanowczo wolę niż kulinarne uciechy, tę leniwą stronę świąt i perspektywę, że nie siądzie się do stołu w samotności, bo zawsze wpadnie ktoś, kto chce chwilę pogadać w leniwym nastroju, przy stole, skromnie skubiąc świąteczne przysmaki.
Jeśli mogę się przyznać, to w te leniwe dni czytam na zmianę (to moja ulubiona forma lektury) dwie książki: Magdaleny Nowakowskiej „Starożytna Grecja od kuchni” i Natalie Zamon Davis „Kobiety na marginesach”. Zakąszam, kiedy nie mam już sił na „naukowe” lektury, „Okruchami dnia” Kazuo Ishigury. Czy może być coś przyjemniejszego niż takie zatopienie się w lekturach? Może, jeśli na przykład w trakcie czytania wymienia się wrażenia. Czego wam szczerze życzę!

24.12.2017
niedziela

Wesołych świąt

24 grudnia 2017, niedziela,

Kutia gotowa, zupy (grzybowa i barszcz, które biesiadnicy zjadają po trochu, sprawiedliwie, obie),karp pokrojony (ale nie posolony, aby nie był suchy), ryba faszerowana i po grecku nabierają smaku w chłodnym miejscu, kompot, pierniki i makowce czekają na chętnych. Kapusta z grzybami pyrkocze na kuchni. My czekamy na nadejście wieczerzy. W tym roku dość długo, bo do wieczora, a nie popołudnia, ale za to z dobrym apetytem przystąpimy do wigilijnych wspaniałości.
Na przykładzie naszej rodziny, myślę, że dlatego, iż żyjemy w czasach pokojowych, można prześledzić jak mijają pokolenia, jak kolejne przejmują tradycję, poszerzając ją wraz z kolejnymi małżeństwami. Już po raz drugi my obie obejmujemy tę zaszczytną rolę dbania o tradycję, którą to rolę przejęłyśmy od całego szeregu tych, których dziś a nami nie ma. Każda potrawa to żywe wspomnienie ich wszystkich. Każda potrawa ma historię związaną z ludźmi, których kochaliśmy i których dotąd kochamy, ale także z dalszymi pokoleniami.
Kochani, wszyscy, którzy przeczytacie dziś czy jutro te słowa, przyjmijcie nasze najserdeczniejsze życzenia. Pamiętajmy przy tym o całych rodzinach, o tych, którzy są i o tych, którzy dziś mają szansę być tylko wspomnieniem. Niechaj nikt nie zostanie zapomniany.
I w tak dużym towarzystwie niechaj będzie nam szczęśliwie, miło i życzliwie. Czego Wszystkim Czytelnikom, Uczestnikom Blogu i ich rodzinom, ale także nami naszej rodzinie życzymy.

19.12.2017
wtorek

Bazar wśród biurowców

19 grudnia 2017, wtorek,

Biobazar z warszawskiej Fabryki Norblina przeniósł się do Mordoru. Dla mniej wtajemniczonych – nie chodzi o tolkienowską siedzibę Saurona, tylko niezliczonej liczby firm na warszawskim Mokotowie. Nowa siedziba nie jest może piękna, ale na pewno wygodna i przestronna. No i z punktu widzenia wystawców miejsce jest prawdopodobnie nieporównywalnie lepsze od poprzedniego. Dokładnie naprzeciwko Galerii Mokotów i w sercu zagłębia biurowego.
Sama często pracuję w Mordorze, mam więc okazję widzieć, że pomysł był dobry. Z mojego biura podczas przerwy obiadowej wędrują tam prawdziwe pielgrzymki. Może dzięki temu pracownicy będą odżywiać się lepiej? W surowej i bezdusznej biurowej rzeczywistości to prawdziwy powiew normalności. Gdyby ktoś chciał się wybrać na zakupy przedświąteczne, to bazar jest otwarty w środy 10-18, w piątki 16-20 oraz w soboty 8-16.

17.12.2017
niedziela

Ser i jego nazwa

17 grudnia 2017, niedziela,

W lodówce u znajomych, u których mieszkałam kilka dni, leżał ser Brillat-Savarin. Nie mogłam go nie spróbować. Brillat-Savarin, autor „Fizjologii smaku” wydaje mi się dobrym znajomym. Jego książeczka była w domu od zawsze. I od zawsze cytował ją mój tata. Uważał, że to jedna z podstawowych książek, które powinien znać każdy szanujący się smakosz.
Żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku francuski prawnik i polityk pisał rozprawy prawnicze. Ale to nie one przyniosły mu sławę i sprawiły, że pamiętamy o nim do dziś. Pod koniec życia stworzył dzieło, które nadal jest wznawiane. Wspaniałe dzieło o sztuce kulinarnej.
Ser okazał się wyśmienity. Po przeczytaniu składu zachwyt mój nieco przygasł, jest bowiem bardzo tłusty, zawiera powyżej 75% tłuszczu. Do masy serowej dodaje się podczas jego produkcji świeżej śmietany. Zabójstwo dla talii, doskonałego smaku nie mogę mu jednak odmówić. Jest miękki, pokryty warstwą białej pleśni, która porasta nie skórkę, bo tej ser nie ma, tylko bezpośrednio masę sera. Nadaje się zarówno do smarowania pieczywa, jak i na deskę serów, jako dodatek do wina.
No cóż, reklama dźwignią handlu. Nie ma to jak chwytliwa nazwa.

13.12.2017
środa

Przed świętami

13 grudnia 2017, środa,

Jak to zwykle przed świętami mnóstwo spotkań, prezentacji, pokazywania nowości w kuchni – zawsze wiadomo, że spore zainteresowanie kuchnią, jakie widzimy wokół siebie, wzrasta w tym okresie. Nawet ci, którzy nie mają zamiłowania do gotowania, nagle interesują się specjalnymi przepisami, oryginalnymi produktami, dobrym, wyjątkowym smakiem. Przed świętami zwykliśmy też więcej myśleć o innych. Dlatego organizuje się wiele akcji, które kończą się jednak wkrótce po świętach.
Inicjatywa, o której tu opowiem trwa już jakiś czas i nie skończy się prędko, przeciwnie nabiera rozpędu. Mowa o znakomitym pomyśle laboratorium kulinarnego „ Little Chef”, prowadzonego przez Katię Roman-Trzaskę. W laboratorium organizuje się lekcje gotowania dla przedszkoli, szkół, ale i dla domów dziecka, opowiada o całej historycznej i obyczajowej otoczce.
Katia i jej współpracownicy doszli w czasie zajęć do wniosku, że dla dzieci i młodzieży, która wychowała się w domach dziecka jednym z dużych problemów jest to, że nie mają elementarnej wiedzy o domowej kuchni. Szczęśliwcami są ci, którzy trafią pod opiekuńcze skrzydła Katii, ale to zaledwie część z 8000 tych z całej Polski, którym aktualnie taka wiedza powinna być przekazywana. Tyle bowiem młodzieży w wieku 14-17 lat przebywa obecnie w domach dziecka.
A kuchnia to nie tylko pełne talerze na stole: to rodzinne gotowanie, znajomość smaku rodzinnych od pokoleń potraw, prostych dań, które gotuje się w domu, aby dogodzić dziecku, rozmowy zarówno przy gotowaniu tradycyjnych domowych potraw, jak i później, przy stole. Ta cząstka zwykłego rodzinnego życia jest dla dzieci z domów dziecka zupełnie niedostępna. Nie mają wstępu do kuchni, jedzenie widzą już w formie przetworzonej, nie wiedzą jak ugotować najprostsze ,powszechnie znane potrawy.
Stąd starania „Little Chefa” i stworzonej niedawno Fundacji „Samodzielność od kuchni”, aby stworzyć w całej Polsce sieć ludzi, przekazujących podstawową wiedzę o domowym gotowaniu młodzieży, którą los pozbawił możliwości otrzymania jej w domu. Bardzo dzielnie zgłosili się na wezwanie szefowie kuchni, oczekuje się na dalsze zgłoszenia. Jest to ta część niezbędnej edukacji życiowej, która daje szybkie i widoczne rezultaty, polepsza więzi, daje pewność siebie. Wspierają „Little Chefa” duże firmy, jak na przykład wytwórca „garnków na całe życie”, firma Staub.
To co napisałam powyżej, było prezentowane podczas s spotkania, którego drugim tematem było gotowanie oryginalnych rozgrzewających zimowych zup, które przygotowały: Katia Roman-Trzaska (zupę turecką), Diep Hoang (zupę wietnamską) i Małgorzata Jankowska Buttitta (włoską zupę z kasztanów).
Małgorzata Jankowska-Buttitta przetłumaczyła wraz z Tessą Capponi-Borawską najważniejszą chyba książkę kucharską – „Włoską sztukę dobrego gotowania” Pellegrino Artusiego, która pojawiła się jak meteor na rynku. Czekamy na dodruki.

9.12.2017
sobota

Na oliwkach

9 grudnia 2017, sobota,

Byłam kilka dni na południu Francji, niedaleko Montpellier. Cel był zbożny. Moja przyjaciółka ma wiekową ciotkę, która ma dom i kawałek sadu oliwnego. Początek grudnia to czas zbiorów, a ciotka nie daje rady zbierać oliwek sama. Od kilku lat wyrusza więc z Polski ekipa pomocniczek. Praca nie jest ciężka, a okolica piękna i ciekawa. Nie muszą chyba dodawać, że jada się tu smacznie.
W tym roku jednak pogoda zaskoczyła zbieraczy oliwek. Ponieważ było niesamowicie sucho i gorąco oliwki dojrzały już w końcu października, nie bacząc na to, że my już kupiłyśmy bilety na grudzień. Miejscowi kuzyni zebrali wszystko sami. W tym roku było zresztą o wiele mniej oliwek, były o wiele mniejsze i kiepskie – litr oliwy udawało się wycisnąć z 8, a nie jak co roku z 5 kg owoców. Oliwa jest też bardziej wytrawna niż zwykle. Ponieważ podobne warunki panowały tez na południu Hiszpanii, obawiam się, że oliwy będzie w tym roku mniej i może być gorsza niż zwykle. To ostrzeżenie dla wszystkich jej miłośników. Bo być może zdrożeje?
Choć nie pracowałyśmy, francuska rodzina nie zrezygnowała z karmienia nas, darmozjadów. Kathy i Jacques świetnie gotują i przyrządzali dla nas wspaniałości. Najbardziej niezwykłe było, ze kalafiory, sałatę czy pomidory przynosili o tej porze roku prosto z ogrodu. Ale to nie znaczy, że było bardzo ciepło. W mocy temperatura spadła tam jednej nocy nawet poniżej zera. Za to w dzień słońce grzało i można było jeść południowy posiłek na tarasie.
Oprócz różnych pysznych dań których mieliśmy okazję spróbować, takich jak własnoręcznie przygotowane przez gospodynię foie gras, poznałam nowy sposób przyrządzania dyni piżmowej, która i u nas w tym roku obrodziła. To ta niezbyt ładna dynia o gruszkowatym kształcie i skórce w kolorze cielistym, która dopiero po przekrojeniu ukazuje piękny pomarańczowy miąższ. Kathy kroi ją na cieniutkie plasterki (i to jest najtrudniejszy moment, bo trzeba mieć ostry nóż), okrawa plasterki ze skórki i smaży kilka minut na oliwie. Odrobina soli oraz pieprzu i danie gotowe. Nie jest to pomysł zbyt odkrywczy, ale ja dotąd tak nie robiłam. A warto.