Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

9.11.2018
piątek

Co nas czeka (w kuchni)

9 listopada 2018, piątek,

Już wiemy, że czekają nas zmiany klimatu, a co za tym idzie wielu dziedzin naszego życia. Bardzo ciekawe mogą być zmiany dotyczące obyczajów kuchennych. Te, które najłatwiej zauważyć, dotyczą restauracyjnych czy kawiarnianych ogródków, w których można na chwilę przysiąść, choć to już prawie połowa listopada. A jaką przyjemnością jest już w tym, niezwykłym klimatycznie roku buszowanie po lesie, bo nadal tam są grzyby. I to jakie! Jeszcze w tym tygodniu zerwałam też minipomidorki z krzaka samosiejki, który usadowił się w skrzynce z ziołami i wyrósł nad podziw. Obsypany był późnymi czerwonymi kuleczkami.
Najistotniejsze jednak może się okazać w przyszłości, przy długotrwałym cieple, zbieranie witaminowych plonów dwukrotnie w jednym sezonie, podobnie jak to się dzieje na południu Europy. Jeszcze nie tak dawno pociągaliśmy się za ucho przy pierwszych rzodkiewkach (gruntowych) teraz już zniknęło słowo „nowalijki”, bo przywiezione owoce i warzywa możemy jadać przez cały rok.
Ocieplanie się klimatu idzie także w parze z modą na jadanie tego, co wyrosło niedaleko naszego domu (co w czasie przedłużonego ciepłego sezonu będzie łatwiejsze). Jest to już wyraźna tendencja, na razie jako nieco hipsterska moda, ale coraz częściej uświadamiamy sobie zalety takiego postepowania (produkty są świeże, nie muszą być konserwowane, a ich transport generuje mniej zanieczyszczeń). Coś w tym jest. Pamiętajmy zresztą, że wspaniała kuchnia włoska, początkowo uboga, wyrosła na właśnie na lokalnych produktach, roślinach, owocach, ziołach. I jest doskonała. Jeśli będziemy mogli jeszcze w listopadzie wyrywać z grządki młodą marchew, czy botwinkę, czerwone truskawki i chrupiącą sałatę, tym lepiej dla naszej kuchni.
Już w tym roku mamy wspaniały dowód na to, że dobra pogoda wpływa nie tylko na humor, zdrowie, ze względu na dużo słońca, wreszcie plony, ale także na smak. Czy zwróciliście uwagę na tegoroczne jabłka. Nie dość, że piękne, dorodne, to jeszcze pyszne, słodkie. Do szarlotki nie potrzeba ani grama cukru. Dolce Vita! W tej sprawie jedyne, co gorzkie i niesmaczne, to sytuacja sadowników, na którą konsumenci mają niestety niewielki wpływ.

5.11.2018
poniedziałek

Kuchnia fińska

5 listopada 2018, poniedziałek,

Ostatnimi laty zwraca się uwagę na to, aby jedzenie było zdrowe, czerpiące z natury, nie przetwarzane chemicznie. Jeśli szukacie kraju, gdzie można spełnić dążenie do szeroko rozumianej naturalności i szlachetnej prostoty, w różnych zresztą dziedzinach, warto zainteresować się Finlandią. Wiemy wiele o wspaniałym wzornictwie, o udanej polityce społecznej, a co za tym idzie o plusach życia fińskich obywateli. Niewiele jednak wiadomo o kuchni tego kraju.
Jeszcze kilka lat temu w sklepach można było kupić tak zwany fiński chlebek: razowy, pieczony w kształcie okrągłego placka z dziurką-obecnie już chyba nigdzie go się nie dostanie. A placek z dziurką był wspaniałym fińskim sposobem na przechowywanie chlebowych placków nadzianych na drążek i umieszczonych w chatach u belki pod sufitem.
Niedawno ukazała się książka pod tytułem „Tradycje kulinarne Finlandii” Magdaleny Tomaszewskiej–Bolałek, która dotąd interesowała się znacznie odleglejszymi kuchniami ( m.in. japońską i koreańską). Z wykształcenia japonistka, zainteresowała się mocno tą częścią kultury fińskiej, którą są kulinaria. Znakomicie, ciekawie napisana książka.
Zarówno trudne położenie geograficzne, surowy klimat, jak i polityczne zawirowania wokół tego kraju, spowodowały, że ludzie tu żyjący musieli się wykazywać sporą zapobiegliwością, pomysłowością i zwyczajnie wytrzymałością, aby przeżyć. Odbiło się to i w kuchni, która nie dysponowała południowymi przysmakami, wieloma znanymi w innych częściach Europy składnikami, a jednak wytworzyła sporo smakowitych przepisów. Ich prostota i robiące wrażenie wykorzystywanie dobrych, uczciwych, zdrowych składników sprawia, że pewnie zainteresują się nią kulinarni trendsetterzy, próbujący już zejść z wyżyn kuchni molekularnej. Świetnie i prosto brzmią przepisy na zupy: z kapusty czy grochu, a wyjątkowo smakowicie na szybkie danie rybne. Oto ono:
„Lohikeitto” czyli zupa z łososia
Składniki: 2 litry wody lub bulionu rybnego, 50 dag fileta z łososia, 40 dag ziemniaków, cebula, marchew, szklanka śmietany, 5 dag masła, 2 liście laurowe, 5 ziaren ziela angielskiego, sól, pieprz, koper i szczypiorek
Najpierw do wrzącej wody lub wywaru wrzucamy posiekaną cebulę, liście laurowe i ziele angielskie. Obieramy ziemniaki i marchew, po czym pokrojone w kostkę dodajemy do ganka i gotujemy 20 minut. Teraz dodajemy łososia pokrojonego na kawałki wielkości połowy pudełka zapałek, a po 5 minutach wlewamy śmietanę, dodajemy masło i doprawiamy zupę pieprzem i solą. Posypujemy koperkiem i szczypiorkiem. Podajemy z chlebem żytnim.
Według mnie brzmi prosto i smakowicie.

26.10.2018
piątek

Koleżanka lodówka

26 października 2018, piątek,

Blog 18października 18
Koleżanka lodówka

Już dawno temu przyznałam się do tego, że uwielbiam gadżety. Łatwo zaspokoić swoje amatorstwo, jeśli idzie o drobne przedmiot, ale to, co ostatnio zrobiło na mnie ostatnio wrażenie, nie może być kupione ot tak, przy okazji. To naprawdę duży zakup. Mogę go tylko obserwować z podziwem.
Chodzi mi o piekarnik z dwoma poziomami pieczenia, w którym możemy piec jednocześnie pieczeń i ciasto. Pomysł był dość prosty, pewnie wykonanie nie tak bardzo, ale takie piekarniki można już kupić. Drzwiczki na tyle dokładnie oddzielają obie połowy piekarnika, że zapachy się nie mieszają. Brzmi zrozumiale i sprawdza się w użyciu.
Drugim gadżetem, który przenosi kuchnię w przyszłość jest mądra lodówka. Pokazuje ona, że brakuje któregoś niezbędnego produktu i ma tyle pomagających gospodarzom funkcji, że właściwie staje się partnerem w prowadzeniu gospodarstwa. Można do niej zadzwonić z miasta i na ekranie smartfona obejrzeć czego w niej brak, można też oglądać telewizję, mieszając w garnkach (amatorzy meczów będą wniebowzięci). Lodówka może również łączyć się ze sklepami i zamawiać niezbędne produkty. Nie warto nawet wspominać o takim drobiazgu, jak notowanie ważnych treści, czy dobrze zaprojektowane chłodzenie. Czy zatem dziwi nazwa „Samsung Family Hub”? To istotnie centrum domowego dowodzenia. I tylko może cena nie jest zachęcająca, ale jak każda nowość i ta kiedyś stanieje. Coraz więcej będziemy mieli podobnie fachowych, mechanicznych partnerów w gospodarowaniu także wśród innych sprzętów
Czy można się dziwić, że tak niezwykłe sprzęty wygrały, przynajmniej w moim przypadku, z wykwintną kuchnią w wykonaniu sławnego francuskiego kucharza, prezentowaną na tym samym spotkaniu. Zadaniem Michela Troisgros było pokazanie procesu tworzenia a potem smaku wykwintnych dań francuskiej kuchni. Nie będę opisywać pracochłonnych dań, choć były pyszne (każdy uczestnik spotkania dostawał odrobinkę tych specjałów). Mnie najbardziej smakowały i postanowiłam wypróbować to nieskomplikowane danko we własnej kuchni, „poduszeczki” z francuskiego ciasta upieczone na złocisto, po czym nadziane przy pomocy szprycy ostro przyprawionym kremowym serkiem. To świetny pomysł na mini-przekąski. I tylko, aby nie drgnęła nam przy nadziewaniu ręka, bo kruchutkie ciasto się pokruszy. To je dobre, to je výborně, jak mówią sąsiedzi.

10.10.2018
środa

Świat pachnie

10 października 2018, środa,

Z moją młodą sąsiadką łączą nas smakoszowskie więzi i pogaduchy. Ostatnio nasza znajomość wkroczyła na wyższy poziom. Dostałam pachnący „gościniec” z jej służbowej podróży. Tak pomiędzy łasuchami bywa, że lubimy dzielić się smakami. W próżniowej torebce zamknięty był najwyraźniejszy zapach bliskiego wschodu, czyli przyprawa zathar.
Jak wszyscy wiedzą, polska kuchnia zawsze była wonna, w niektórych okresach do zupełnej przesady. Od Renesansu zaczęło się łagodzenie smaków, ale jeszcze w XVII wieku, przybywająca na własny ślub z polskim królem księżniczka francuska, nie dała rady niemal żadnej potrawie, która znalazła się na wykwintnym powitalnym stole, bo we Francji już w tym czasie przyprawiano znacznie, znacznie mniej.
Jeszcze całe lata musiały minąć, aby na polskich ziemiach zaczęto rozsądniej doprawiać, bo używanie przypraw było czytelnym znakiem bogactwa rodziny. Właściwie dopiero XVIII wiek, wpływy francuskiej kuchni i kucharzy sprawił, że zupełnie zaniechano używania nadmiaru wonnych przypraw. Kuchnia kolejnego wieku była wykwintna, ale pachnąca nie tyle przyprawami, lecz wyszukanymi produktami i ich wyszukanymi zestawieniami.
W poprzednim, czyli XX wieku znów odkryliśmy zapomniane aromaty. Zwłaszcza odkąd rozpoczęliśmy peregrynacje po bliższych i dalszych krajach. Bliski Wschód i ościenne kraje oferują szczególne zapachy.
Zathar to wspaniała przyprawa, pochodzi z kręgu kuchni arabskiej, izraelskiej i tureckiej. Jej głównymi składnikami są ziarna białego sezamu wymieszane z rozdrobnionymi dzikiem tymiankiem, owocami sumaku oraz soli. Bywają też liczne odmiany zatharu, z dodatkiem innych ziół i aromatów. Ponieważ zathar stosuje się „do wszystkiego” postanowiłam doprawić nim marchew, którą bardzo lubię. Po upieczeniu w piekarniku polanej oliwą (uprzednio obranej i pokrojonej w grubsze paski) marchwi, posypałam ja zatharem. Powstało naprawdę pyszne danie, smakujące w dodatku nostalgicznie, daleką podróżą. Sąsiedzkie więzi to jest to!

8.10.2018
poniedziałek

Dobre, bo nieurodziwe

8 października 2018, poniedziałek,

Sezon ogrodniczy nieodwołalnie się kończy. Ale nabyte w czasie jego trwania doświadczenia dają mi do myślenia. Na przykład patrzę na cudnie jednakowe pomidory w sklepie i przypominam sobie nasze, wiejskie, z krzaków, które w sporej części zmarnowała zaraza. Trzeba było się ścigać z jej objawami. Ale po wyścigu, kiedy zdążyło się zdjąć z krzaka nietknięty nią pomidor, nie tak piękny jak te sklepowe, nagrodą był znakomity, zupełnie inny smak. Te kształtne i nieskazitelne pomidory ze sklepu zawdzięczają pewnie swoją urodę starannemu dozowaniu różnych chemicznych substancji, na każdą dolegliwość inną, aby plon był duży i piękny. Nasze, rosnące na uczciwym nawozie z pobliskiej obory, dobrze sezonowanym w mazowieckim piaseczku, nie miały tej szansy. Musiały walczyć same. Ale te, które nie dały się zarazie były za to zdrowe, bez chemii. I tak było ich tyle, że czasem opadały ręce przy robieniu przetworów.
Kilka lat temu mówiło się żartem, że w przyszłości piękne owoce będą tańsze a te niezgrabne, mniejsze – droższe, bo zdrowe. Oczywiście obecnie w uprawie bio, zwłaszcza przy dużych powierzchniach, używa się także środków ochrony roślin, jednak są one zupełnie czymś innym niż chemiczne, niezawodnie działające specyfiki. Roślinne napary, odpowiednie sąsiedztwo roślin odstraszających owady i wiele innych tricków, także takich ze starych książek, które zawierają staruteńkie porady. Środki te nie działają zazwyczaj błyskawicznie, ani tak spektakularnie jak chemiczne.
Koślawe marchewki, nieduże choć wspaniale purpurowe buraczki, ogórki nieco mniej foremne niż te ze sklepowych skrzynek, to była cena za „czystość” naszego ogródka i zdrowotne walory warzyw, które radziły sobie same.
Na pewno zwyciężyły nas szkodniki drzew owocowych. Wszystkie te młodziutkie sadzonki oglądaliśmy co kilka dni usuwając szkodniki, ale nie mieliśmy szans z przebiegłym wrogiem. Pytanie, czy damy się nowoczesności, gdy drzewa podrosną i zaczną owocować na potęgę, czy będziemy metodą rękodzielniczą usuwać szkodniki. Stawiam dolary przeciw orzechom, że trochę chemii, w najbardziej racjonalny sposób użyjemy.
Ten rok obrodził niezwykle. Ciepłe całe tygodnie, nawet przy braku deszczu, bezchmurne niebo – i oto mamy kolejny kłopot. Najbardziej mnie zdumiewa projekt produkcji biopaliwa z nadmiaru jabłek. Ludzie, co za bzdura. Ile smaku pójdzie do rur wydechowych (oczywiście nie bezpośrednio!). Zachowujemy się jak ci nowobogaccy przypalający cygaro studolarówką.
A wracając do bioupraw, to jakże żal, że te nasze plony, skończą się już niedługo, trzeba będzie wszystko kupować w sklepie. Piękne, aż nudne.

2.10.2018
wtorek

Wojna damsko-męska

2 października 2018, wtorek,

W tej dziedzinie wojna skończyła się, zanim się zaczęła na dobre. Choć można wyróżnić dwa przeciwstawne obozy, była też chęć udowodnienia wyższości jednej ze stron. Chodzi o odpowiedź na pytanie, czy mężczyźni, czy kobiety są lepszymi kucharzami.
Pewnie, wszystko zależy od zdolności i cech osobistych. Jednak historycznie rzecz ujmując, zawsze w kuchniach uwijały się kobiety ale… na konto mężczyzn. Pierwsze książki o gotowaniu napisali mężczyźni, najsławniejsze nazwiska w historii kuchni to także panowie. Domowe kuchnie (nie mówię o dawnych kuchniach magnackich, gdzie władali zagraniczni, sowicie opłacani mistrzowie) należały od niepamiętnych czasów do kobiet. I w dodatku owe zapracowane kobiety wydawały się dość zadowolone z przypisanej im roli.
Może to syndrom Tomka Sawyera, może panowie pozazdrościli paniom „frajdy” tworzenia w kuchni, bo od dłuższego czasu mężczyzna w domowej kuchni to nierzadki widok. Gotowanie jest coraz częściej dziedziną uprawianą przez obie płci.
W młodym pokoleniu jest to sprawa naturalna, że w kuchni dają sobie rade doskonale zarówno oni, jak one. W starszym pokoleniu kuchnia jeszcze w dużej mierze należy do kobiet. Wśród moich starszych znajomych zdarzają się panowie, którzy bez szwanku na ciele potrafią zrobić tylko kawę w skomplikowanym technicznie ekspresie, gorzej już z zagotowaniem wody, która niekiedy się przypala.
Kobiety (bo ładniejsze?) także szybko zawładnęły wszelkiego rodzaju widowiskami o tematyce kulinarnej. Już od z górą stu lat są znacznie częściej autorkami książek kulinarnych, współcześnie zaś blogów, artykułów w pismach.
Gotowanie to jedna z tych dziedzin, w której nie odbyły się walki o równouprawnienie. Wszystko przebiega bez specjalnych zakłóceń. Może sprzyja temu fakt, że kuchnie mamy nieco większe, czasem otwarte, kuchenno-jadalniowe przestrzenie, więc łatwo zmieścić co najmniej dwie kulinarne osobowości. W każdym razie witamy w kuchni.
Na zachętę dla początkujących, realizujących się w kuchni Czytelników dobra rada: szukajcie przepisów, które nie wymagają użycia zbyt wielu naczyń i sprzętów, bo bałagan w kuchni i zmywanie gaszą radość rodziny. Na przykład przygotowane w malakserze placki kartoflane, podane z łososiem lub śmietaną to danie tyleż znakomite, nawet nonszalancko-eleganckie, co proste i nie „brudzące” w kuchni

24.09.2018
poniedziałek

Dietetyczni

24 września 2018, poniedziałek,

Byłam ostatnio na towarzyskim spotkaniu połączonym z doskonałym jedzeniem. Miła, przyjacielska kolacja w gronie starych znajomych, z którymi zjadło się już beczkę soli. Było nas zaledwie 8 osób, ale okazało się, że wszystkie pyszne potrawy jadły tylko 3 osoby. Pozostałe uprawiały jakieś diety: wegetariańską, wegańską, bezglutenową i bez laktozy. Trud gospodarzy, aby godnie przyjąć smakoszy musiał być niesłychany. Wszyscy bowiem byli zachwyceni.
Co się dzieje? Czy nagle nabyliśmy dolegliwości lub uświadomiliśmy sobie potrzeby nie do przezwyciężenia?
Niewątpliwie trochę w tym mody. Dobrze, jeśli uczestnicy biesiady wcześniej zawiadomią o ograniczeniach. Jeśli goście zawiadomią o tym dopiero po rozpoczęciu przyjęcia ‒ to klęska dla gospodarzy. Pozostaje dziubanie i wybieranie, na ile się da, właściwych kąsków.
Podobno w jednym z domów pracy twórczej na Wybrzeżu powieszono tabliczkę z napisem: tu diet nie przygotowujemy. Taką tabliczkę trudno powiesić we własnym domu, zwłaszcza, jeśli przyjmujemy gości znanych od lat, których gust pozornie znamy. Może to właśnie jest dowód na zmianę. Tylko nie wiadomo ‒ dobrą czy złą.
Jedyne wyjście to przy zaproszeniu dogadywać się na ten temat. Albo przygotować sporo różności. Zawsze w którymś przypadku trafi się na właściwe, akceptowalne danie.
Spróbowałam, jako jedna z kilkorga gości wszystkiego, ale szczególne wrażenie na mnie zrobiła pyszna sałatka i dzielę się tym przepisem.

Sałatka Grażynki
2 dojrzałe gruszki,1 spory owoc awokado, pół pojemnika jogurtu greckiego, 2 łyżki majonezu, ząbek czosnku, sól, pieprz (umiarkowanie).
Na płaskim talerzu lub na półmisku układamy obok siebie cienkie plasterki awokado, na nich cienkie plasterki gruszki (można oba te składniki posmarować leciutko sokiem cytrynowym za pomocą miękkiego kuchennego pędzelka, aby nie czerniały). Układać tyle warstw, na ile starczy składników. Wierzch posmarować mieszanką jogurtu z majonezem czosnkiem, leciutko doprawionym solą i pieprzem.
No i co? Myślę, że Wam się spodoba. A smakuje przednio.

18.09.2018
wtorek

Halo, mamy problem!

18 września 2018, wtorek,

Proszę Państwa, kupiłam słoninę. I jeszcze pół kilograma drobiowej wątróbki oraz dwie wieprzowe nóżki. Czy już zainteresowałam Czytelników? Te wstrząsające wiadomości służą do tego, aby zanęcić Was do przeczytania naprawdę nie o tym, jakie smakowitości chciałam wyczarować z tych produktów. Same produkty, każdy kosztujący około 4 złotych, kupiłam w dużym markecie, gdzie te „wytworności”, ułożone na sporych plastikowych tackach, zamknięte termokurczliwą folią z wielką etykietą prezentowały się świetnie, apetycznie. W domu, kiedy usunęłam opakowania okazało się, że zajmują one niemal cały kosz na śmieci. Porównałam ilość i cenę produktów z ilością plastiku, która im towarzyszyła i nijak mi się nie zgadza. Nie dostrzegam jakiegoś rozwiązania, ale wydaje mi się, że takie pakowanie niespecjalnie drogich i cennych produktów wymaga jeszcze przemyśleń.
Na przykład pakowanie sypkich herbat w chroniące je torebki z mocnej folii aluminiowej, pokrytej warstwą plastiku to wystarczające zabezpieczenie przed zewnętrznymi czynnikami. Spójrzcie jednak, że każda herbata, niezależnie od jakości, ma jeszcze tekturowe pudełko, które natychmiast wyrzucamy, bo raczej nie trzyma się w nim herbaty, lecz przesypuje do szczelnej puszki lub słoika.
Spójrzcie też na tanie kremy kosmetyczne czy pasty do zębów za kilka złotych –tekturowe kolorowe pudełeczko ma „upgradować” produkt, który przez to nie stanie się na pewno lepszy. Myślę, że logiczna oszczędność opakowań jest jeszcze w całości przed nami. Uważam, że jeśli kupuję w drogerii albo w sklepie spożywczym kilka produktów, torebka mi się należy. Z drugiej strony wiem, że zazwyczaj „darmowa” torba nie zostanie po raz drugi użyta, lecz raczej wyrzucona.
No, bądź tu mądra i pisz wiersze! Skoro coraz mniej używamy jednorazowych naczyń do podawania posiłków, to dlaczego produkty spożywcze sprzedawane w sklepach układa się na styropianowych tackach?
Na pewno wraz ze zmianami w naszym życiu ładne eksponowanie w sklepach,nawet niezbyt urodziwego towaru stało się wymogiem, bez którego handel już się nie może obywać, ale – znaj porporcją Mociumpanie!

3.09.2018
poniedziałek

Pomidor!

3 września 2018, poniedziałek,

Wszyscy znamy grę w pomidora, która bawiła nas w dzieciństwie i powodowała huragany śmiechu. Nam w tym roku nie jest do śmiechu. Klęska urodzaju pomidorów, które w dodatku na naszych wiejskich zagonikach trzeba szybciutko zbierać, bo dojrzewają błyskawicznie i to jednocześnie, a potem prędzej przerabiać, to praca po kilka godzin dziennie: najpierw przy zbieraniu, potem przy przetwarzaniu. A urodzaj latoś nad podziw!
Na szczęście już przeszła największa fala tych pyszności, resztkom damy radę bez kłopotu, zwłaszcza, że smak tych czerwonych kul jest boski. Zwykłe sałatki z sutym przybraniem ze świeżej bazylii, połówki pomidorów pieczone pod chrupiącą skórką z połączonej tartej bułki, czosnku i oliwy, delektowanie się sokiem, leczo z własnymi cukiniami i ziółkami. A co dopiero pokrojone kostkę, po usunięciu pestek i płynu, doprawione posiekanym czosnkiem i z lekka oliwą oraz solą! No cóż, to zwykłe rozkosze rodziny zapalonego ogrodnika.
Ten rok, ponieważ było wiele (może nawet za wiele!) słońca był wyjątkowy jeśli idzie o smak owoców. Słodkie i doskonałe były już truskawki, potem kolejno wszystkie inne owoce, a teraz możemy się delektować wysmienitymi śliwkami. W tym roku na pewno nie trzeba dodawać do powideł cukru ‒ to tak tylko na marginesie przypominam, gdyby ktoś okazał się szalenie pracowity i chciał je przygotować. Ale co tam śliwki!
Naprawdę nigdy dotąd pomidory nie smakowały mi tak doskonale, nawet te nie bardzo czerwone (a dojrzewa u nas taki gatunek, który ma bardzo jasne okolice szypułki) są pełne smaku. No więc ‒ pomidor!

27.08.2018
poniedziałek

Rybaczówka

27 sierpnia 2018, poniedziałek,

Myślę, że nie jestem pod tym względem oryginalna. Rozkosze podniebienia są dla mnie bardzo ważne, ale ogromne znaczenie ma też estetyka miejsca w którym się je, sposób podania i towarzystwo. Najgorzej, że wszystkie te warunki powinny być spełnione jednocześnie. Elegancka restauracja z miernym jedzeniem nie cieszy, podobnie jak najpyszniejsze nawet dania podane na gazecie.
Są jednak wyjątki. Mamy takie ulubione miejsce, do którego chętnie jeździmy na ryby, choć nie spełnia ono wszystkich moich wyśrubowanych norm. To Rybaczówka w Borsukach nad Narwią.
Ryby są tam świetne. Toczona od lat dyskusja, czy lepszy jest lin w śmietanie, czy szczupak w czosnku wciąż nie znajduje końca. Lubimy też tamtejszą sałatkę grecką. Doceniam, że ktoś potrafi dobrze przyrządzić ryby, ponieważ dla mnie jest to bardzo trudne. Najchętniej piekę ryby w folii lub papierze do pieczenia, bo próby smażenia kończą się na ogół katastrofą. Wmawiam sobie nawet, że przyrządzam je rzadko, bo po prostu ich nie lubię, ale podczas wizyt w Rybaczówce przekonuję się, że jest inaczej.
Restauracja znajduje się w miłych okolicznościach przyrody. Stoły pod zadaszeniem są ustawione wśród sosen. Dzikie wino porosło całość. Rzeka płynie za płotem, co pozwala mieć nadzieję, że ryby pochodzą z niezbyt daleka.
Znakomite dania pozwalają nawet zapomnieć o niedbałym stroju pana właściciela i kelnera w jednej osobie. Czyli jednak potrzeby podniebienia wygrywają.