Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

15.07.2019
poniedziałek

Letnia niedziela w mieście

15 lipca 2019, poniedziałek,

Od wielu (o rany ilu!) lat w każdą niedzielę wyjeżdżałam do ukochanej wiejskiej chałupy. W tym tygodniu, bez żadnych szczególnych powodów, spróbowałam zostać w Warszawie na cały weekend. Po pierwsze przekonałam się, że życie w mieście w ciepłą, letnią, niehandlową niedzielę istnieje. Wolne miejsce po handlowej niedzieli zajęły udatnie niedzielne jarmarki, targi i inne imprezy, w czasie których nie mają głównego znaczenia towary, lecz możliwość połażenia wśród nich, pomiędzy stoiskami, pogadanie na luzie ze sprzedawcami. Zauważone w ostatnią niedzielę przeze mnie na „moim” targu stoisko z prawdziwymi serami włoskimi i oliwą, gdzie sprzedawał mówiący po swojemu Włoch było dla mnie szczególnie miłe.
Pełno tu bywa dzieci z młodymi rodzicami, psów, którym nikt tu nie zabrania wstępu ani wdychania pysznych zapachów. Nadal mnie zadziwia, że nie niszczy się trawników, mimo, że całe rodziny obok targu rozkładają na nich kocyki.
Weekend w Warszawie to były dla mnie również sobotnie wycieczki po różnych mokotowskich sklepikach. Pewnie znacie mokotowski sklep rybny, skąd nie sposób wyjść bez pysznych, choć nietanich, zakupów. Tuż obok, już kilka miesięcy, istnieje nieduży sklep hiszpański, prowadzony przez rodowitego Hiszpana. Nieco dalej, na Puławskiej mamy duży, wypełniony po brzegi pysznościami, także hiszpański, sklep; w innym miejscu tejże ulicy – sklep włoski. Coraz liczniejsze gruzińskie piekarnie można tu także znaleźć. No i oczywiście chińskie knajpeczki, włoskie lody, kebebownie. Można powiedzieć, że letni weekend w Warszawie, na Mokotowie, to „streszczenie” kilku turystycznych wypraw, które trzebaby odbywać w skwarze. A u nas chwilowo pogoda jak marzenie, daje się spacerować bez zmęczenia.

12.07.2019
piątek

Z Podlasia

12 lipca 2019, piątek,

Małe miasteczka przyciągają. Tym, które dotąd zachowały charakter, grozi jego utrata pod naporem turystów.
Już od wielu lat Kazimierz Dolny przeżywa oblężenie w każdy weekend. Znalezienie stolika w restauracji to wyczyn.
W ostatnią niedzielę przejeżdżaliśmy przez Podlasie. Najpierw był Knyszyn, gdzie postanowiliśmy zwiedzić, co jest do zwiedzenia. Bardziej przykuła naszą uwagę tablica z opisem niż sam drewniany budynek, piękny zresztą. Okazało się, że dokonano tu „operacji przeniesienia i renowacji (…) mającej na celu wzrost efektywności wykorzystania posiadanych zasobów dziedzictwa kulturowego (…) poprzez translokację, renowację i konserwację zabytkowego lamusa”. Przez kilka lat fascynowałam się takimi tablicami i mam wiele ich zdjęć, ale ta zrobiła na mnie wrażenie. Autor wykazał się dużą wyobraźnią językową. Wiem, że na zwykłe przeniesienie budynku, nie dostałby funduszy, ale wydaje mi się, że tu twórczość poszła może ciut za daleko.
Potem dotarliśmy do Tykocina, który pamiętaliśmy sprzed około 10 lat jako dość spokojne miejsce z dwiema restauracjami. Dziś jest ich dużo więcej, a ludzi o wiele więcej. Kolejki klientów czekających na stolik odmieniły senną atmosferę miasteczka. Pełno samochodów, tłumy… Rynek nadal śliczny, ale dookoła sporo śladów prób nadążenia za wymogami turystyki.
W żydowskiej Tejszy nie było miejsc, ale dosiedliśmy się do stolika miłych państwa w regionalnej knajpce na rynku. W menu podlaskie dania regionalne: kartacze, pierogi z kaszą gryczaną i serem, kiszka ziemniaczana. Wszystko bardzo smaczne.
Chciałoby się, żeby więcej było takich małych miasteczek z charakterem. Trudno do nich zaliczyć miasteczka nadmorskie, czy mazurskie, gdzie chęć wyciśnięcia paru groszy z każdego centymetra kwadratowego w ciągu krótkiego sezonu, zabija zdrowy rozsądek. Jeśli znacie takie miejsca warte polecenia, chętnie je poznamy.

18.06.2019
wtorek

O sztuce wyrzucania i nie tylko

18 czerwca 2019, wtorek,

Podwórko w moim domu, nosi elegancką nazwę „ patio”. Aksamitne trawniki, zadbane krzaczki, po prostu miły widok z okna. Cisza i spokój. Zieleń.
W ubiegłym tygodniu na jednym z trawników urządzono piknik „Poznajmy się” i rozpoczęła sie produkcja kolorowej waty cukrowej, malowanie dziecięcych buziaków, zabawy i rozrywki. Dzieciaków stawiło się około 30 osobników. A starszych ponad setka. Przyniesiono fury frykasów własnego wyrobu, góry owoców, lodów, zimnych napojów. Na ławkach sadowiły się osoby, które właśnie się poznały. Prawdę mówiąc piknik spełnił swe zadanie: w ciągu tych dwóch godzin nawiązały się liczne znajomości.
Tuż obok stołów ze smakołykami stanął stolik, przy którym miała się odbyć (i odbyła) najważniejsza część pikniku: wykład, jak wyrzucać śmieci w nowym systemie. Okazało się, że to wcale nie jest sztuka łatwa, że wątpliwości jest bardzo wiele. Ale wszystkie zostały rozwiane, zgodziliśmy się, że odtąd na pewno nie będziemy się mylić. Padły także bardzo ważne dla mnie informacje.
Od pewnego czasu z podejrzliwością patrzyłam na zamontowany pod zlewem młynek. Myślałam, jak rozdrobnione obierki i skrawki warzyw, zmielone przeze mnie, wędrują do natury, tworząc pożywkę dla wrednych bakterii. Okazało się jednak, że młynek to bardzo sprzyjające ekologii urządzenie, bowiem współdziała z oczyszczalniami, do których muszą trafiać oprócz przeważających ilości nieczystości chemicznych, również organiczne. Co oznacza, że moje zmielone odpady organiczne są pomocą w oczyszczalni.
Wypłynęła jeszcze jedna sprawa: mycie przed wyrzuceniem plastikowych pojemniczków, za czym nie przepadam. Dowiedzieliśmy się, że nie muszą być umyte do zupełnej czystości, jedynie nadmierne resztki powinny być usunięte. Czyściutkie, starannie wymyte pojemniczki to przecież większe zużycie wody.
I wreszcie ostatni rozwiązany na pikniku problem. Pewnie w nowo urządzanych mieszkaniach przewiduje się miejsce na 5 pojemników na różne typy odpadków. W starszych zazwyczaj poprzestawano na miejscu na jedno wiadro. Pomysłów jak sobie poradzić w nowej sytuacji było wiele. Ja się z Wami podzielę swoim pomysłem: suche odpadki, takie jak papier, puste butelki, plastikowe woreczki, chowam w niedużych osobnych pojemnikach na balkonie, schowane w wiklinowym siedzisku. Ma ono podnoszony wierzch i dotąd były tam stare plastikowe doniczki. Można się ich pozbyć wrzucając do żółtego pojemnika a na ich miejsce wstawić pojemniki na suche, nie wydzielające zapachu odpady.
I na zakończenie zaskakująca obserwacja: spokojne zawsze patio od czasu pikniku jest codziennie miejscem spotkań małych mieszkańców, którzy nawiązali szczególnie atrakcyjne znajomości. Codziennie do 20 (tylko, na szczęście!) rozlegają się wesołe krzyki. I moje uczucia wobec skutków pikniku wobec tego są nieco zmącone. Ale co tam. W końcu pod moim balkonem bawią się moi mali sąsiedzi.

14.06.2019
piątek

Bez mięsa

14 czerwca 2019, piątek,

Mam wrażenie, że to zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej jest wokół mnie wegetarian. Odchodzą od mięsa starsi i młodsi. Gdy tylko poczęstuję kogoś jakąś potrawą bezmięsną, zaraz pojawia się prośba o przepis. Jeszcze kilka lat temu, kiedy podczas imienin wszystkie potrawy były wegetariańskie, kilka osób szukało pomiędzy naprawdę doskonałymi daniami czegoś mięsnego (może dlatego, że miało to miejsce zimą!). W czasie ostatniej imprezy nikt nawet nie wspominał o mięsie, a raczej o jego braku.
My w domu mięso ograniczamy, choć bez ortodoksji. Wędliny po prostu nam nie smakują, za to pasztet z soczewicy i pasty z różnych warzyw jak najbardziej. Wciąż mnie jednak dziwią osoby młode, które stosują wymyślne diety i bardzo uważają na to, co jedzą. Aż chciałoby się powiedzieć, „ja w ich wieku”. Naprawdę jeszcze kilkanaście lat temu osoba dwudziestoletnia chciała się przede wszystkim bez większego wysiłku najeść. Wegetarianie zaliczani byli zwykle do dziwaków.
Gotowanie wegetariańskie, o ile nie polega na jedzeniu ugotowanego makaronu z masłem lub oliwą, wymaga na pewno sporo inwencji i czasu. Ale muszę powiedzieć, że warto, bo smaki wegetariańskie są warte grzechu. Przyjemna jest też myśl, że co jakiś czas, między jednym risotto a drugim, można sobie schrupać pyszną kaczuszkę, na przykład z jabłkami albo glazurowaną miodem. Bo najgorszy ze wszystkiego jest fanatyzm.
Znalazłam ostatnio bardzo dobry przepis na zupę porowo-batatową z mleczkiem kokosowym. Oto on:
Podsmażyć pokrojonego pora (1 duży lub dwa małe, tylko jasne części) w garnku na oliwie, dodać pokrojonego batata, zalać szklanką wywaru warzywnego (ja własnej produkcji, ale może być kostkowy) i małą puszką mleczka kokosowego. Dodać 2 łyżeczki masła orzechowego, imbir. Gotować aż batat będzie miękki. Zmiksować, posolić i doprawić curry w proszku do smaku. Podawać z listkami kolendry. Moim zdaniem pyszna.

13.06.2019
czwartek

Truskawki

13 czerwca 2019, czwartek,

Czy zgodzicie się, że dawno nie były tak smaczne? Widocznie w przeciwieństwie do większości z nas uwielbiają gorące słońce, z którego czerpią ową miodową słodycz. Nie są też specjalnie drogie: choć ich cena nie spada poniżej 6-7 złotych za kilogram, zdarzają się niekiedy lepsze okazje.
Biadolenie, że pewnie w tym roku wzrosną ceny warzyw spowodowały, że stało się to już, szybciutko i za włoszczyznę płacimy około 6 złotych. A przecież przez lata przekonywano nas, że warzywa są nie tylko doskonałe dla zdrowia, lecz także tanie. Proszę Państwa: zdrowe pozostały (no, może z wyjątkiem tych najdorodniejszych, które podejrzewam o chemiczne wspomaganie urody), ale już ich taniości w tym roku ponoć nie będziemy mogli potwierdzić.
Czy przestaniemy je jadać? Z pewnością nie, bo po prostu polubiliśmy warzywne posiłki a zwłaszcza, kiedy rtęć wspięła się blisko końca skali termometrów, lubimy pominąć mięsny dodatek białkowy, pożywić się kalafiorem, fasolką czy sałatą z dodatkami.
A właśnie: jeśli będziecie przygotowywać zieloną sałatę z rozmaitymi dodatkami a także z jajkiem na twardo czy z pieczonym kurczakiem, szczególnie polecaną potrawę na gorące dni, pamiętajcie: dodanie soczystych, dorodnych truskawek do kompletu smaków pozwoli osiągnąć smak bliski doskonałości. No i może jeszcze warto specjalnie postarać się o dobry smak sosu. Doskonały jest przygotowany z oleju z pestek winogron i gęstego syropu owocowego z octu balsamicznego, z dodatkami (sól, cukier, czosnek). Choć może ktoś ma lepszy pomysł, wypróbowany na gościach i rodzinie? Napiszcie.

6.06.2019
czwartek

Co gotować? Jak gotować?

6 czerwca 2019, czwartek,

Przede wszystkim smacznie, a także zdrowo. Od XIX wieku, kiedy pojawiło się szczególnie wiele autorek oraz autorów porad kulinarnych ważnym aspektem domowej kuchni była dodatkowo jej taniość. Niezależnie od tego, czy gospodarzy stać było na frykasy, czy musieli zaciskać pasa, oszczędność w kuchni miała wielki walor, była godna pochwały. Wiele kulinarnych książek już w tytule obiecywało, że zawarte tam przepisy nie są kosztowne.
Cały „okres słusznie miniony” to było zastępowanie składników drogich lub niedostępnych, tańszymi, co z tego, że nie mającymi tych samych efektów smakowych. W ostatnich latach, także dzięki tanim (?) hipermarketom, mamy szerokie możliwości spróbowania ekskluzywnych pyszności, takich jak foie gras, perliczki, dziczyzna czy francuskie sery po nie wygórowanych cenach. Ale teraz za ekskluzywną uznaje się przede wszystkim żywność zdrową, ekologiczną, nawet jeśli jest kupowana po cenach znacząco wyższych. Żegnaj więc „tania kuchnio”.
Ze wszystkich stron słyszymy, że relatywnie tanie dotychczas warzywa zdrożeją znacznie w tym roku. Najpierw winna była okropna susza, teraz, po obfitych opadach, warzywa pozostały droższe i będą podobno jeszcze drożeć. Ale czy możemy się bez nich obejść? A skądże. W tak ciepłe dni, jakie mamy obecnie, po prostu warzywa w różnej postaci są najlepszymi daniami.
Ostatnio (no, przynajmniej od 3 lat) bardzo modne stały się krajalnice do warzyw, dzięki którym możemy pokroić błyskawicznie ogórki, cukinie czy marchew w ładne, długie nitki, kształtu spaghetti. Bywają to sprzęty proste, tanie, ale skuteczne – lub bardziej „fachowe”, droższe, które poruszamy korbką. Myślę, że warto, w zależności od apetytu, jeśli jej nie mamy w szufladzie, zainwestować w jeden z rodzajów krajalnic. Wtedy będzie można przygotować doskonały i zdrowy letni obiad w 10 minut. Oto przepis na 1 osobę:
1 średnia cukinia.
Na sos: ząbek czosnku, cebulka dymka, spora garść pomidorków koktajlowych, kawałek marynowanej papryki, odrobina ostrej papryczki, kilka listków bazylii, sól, pieprz, ew. kilka kropel dobrej oliwy (ale nie koniecznie).
Tniemy cukinię na spaghetti (jeśli skórka jest delikatna, można nie obierać).Składniki sosu rozdrabniamy w blenderze, polewamy nimi cukiniowe spaghetti, mieszamy i zjadamy na letni nie tuczący obiad. Smacznego!

28.05.2019
wtorek

Nowoczesność w domu i zagrodzie

28 maja 2019, wtorek,

Gdyby w naszych kuchniach musiały odnaleźć się nasze babki lub prababki byłaby niezła heca. Nie tylko thermomixy i kuchenki indukcyjne stałyby się fortecami nie do zdobycia od samego początku. Nie mniej tajemnicze, zadziwiające i pewnie zupełnie niepotrzebne wydałyby się im liczne produkty spożywcze, z którymi my obcujemy na co dzień.
Ale i w międzywojennej kuchni wprowadzono do użytku wiele urządzeń i produktów, które, w unowocześnionej nieco formie używane są do dziś. Ostatnimi czasy dostałam w prezencie trzy międzywojenne broszury, których autorzy starali się zaprezentować na rynku, do codziennego domowego użycia margarynę, proszki budyniowe, owocowe galaretki do przygotowywania na deser oraz aromaty i proszki do pieczenia ciast. Wymienione jest też urządzenie o nazwie „Czarodziej ”, służące między innymi do gotowania knedli. Ciekawe jak wyglądało i jaką czynność ułatwiało to urządzenie…
Każda z broszur kosztowała niebagatelną sumę (20 groszy) ale przynosiła też sporą porcję wiedzy kuchennej. Ciekawe, czy kogokolwiek zainteresuje taki przepis z jednego z tych opracowań. Cytuję dokładnie.
Kluski kartoflane
Dodatki: 75 deka gotowanych ziemniaków, 25 deka białego chleba,1 paczka Dra Oetkera proszku „Backin”, 6 jaj, trochę soli
Sposób przyrządzenia: skórkę białego chleba pokrajać w drobne kawałki i usmażyć w maśle na ostrym ogniu, utrzeć ośrodek chleba i ugotowane ziemniaki tak, by nie pozostały żadne grupki, które przeszkadzają spoistości. Do utartego chleba i ziemniaków dodać twardo spieczoną skórkę, jaja, trochę soli, proszek „Backin”. Przerobić wszystko starannie, a jeśli ciasto za miękkie jeszcze, dodać trochę mąki. Z gotowego ciasta zrobić 6 klusek, które gotuje się w gorącej wodzie około 20 minut. Zaleca się przekrajać 1 kluskę i spróbować, czy jest ugotowana. Kluski te są szczególnie odpowiednie do zająca lub pieczeni z octu, można również jeść je z kompotem. Najlepsza pora na nie jest wiosna, gdy ziemniaki są mniej smaczne.
Jeśli mam być szczera, spróbowałabym takiej kluchy chętnie. Choć może niekoniecznie do kompotu… Smacznego.

20.05.2019
poniedziałek

Oto jest pytanie

20 maja 2019, poniedziałek,

Jakie? Najprostsze: jeść czy nie jeść. A chodzi o nowalijki. Przelewające się z warzywnych straganów truskawki, rzodkiewki, pomidory (rzadko smakowite), ogórki, sałaty i co tam jeszcze sobie wymarzymy to krzepiący sygnał dostatku. A wszystko to wyrasta jeszcze o tej porze roku pod dachem, na specjalnym podłożu, zasilane i chronione chemicznie. Oczywiście, przymiotnik „chemiczny” nie oznacza czegoś niezdrowego, ale nawet smak tych specjałów, rosnących w skąpym sztucznym świetle i pędzone ludzką przemyślnością dowodzi, że jakość jest różna od jakości gruntowych. Czy jednak gorsza?
Na ten temat wypowiedzi są różne i mylące. Niepożądane składniki wedle jednych absolutnie niweczą zdrowotny skutek zjadania świeżych warzyw i owoców. Wedle innych nie jest to niekorzystny dla naszej diety dodatek lecz witaminowa bomba. Dla innych wreszcie zyski przeważają straty: dieta wczesnowiosenna jest tak smakowita, że spychamy na drugi plan świadomość, czy jest dobroczynna dla zdrowia. Każda postawa ma podstawy w opiniach naukowców. A my nadal musimy się kierować zdrowym rozsądkiem, apetytem i czym tam jeszcze chcemy. Istnieją wskazówki płynące od dietetyków, aby nie jadać tych specjałów częściej niż dwa razy w tygodniu, jednak jest to dość mętnie sformułowane, niezbyt przekonująco, bo jaka jest alternatywa? Zeszłoroczna kapusta, marchew czy buraki, doskonale przechowujące się jabłka, które i tak jadamy przez całą zimę? Albo przewiezione z cieplejszych krain warzywa i owoce? Jedyna pociecha to nasze, wyrastające na polach szparagi, na które właśnie teraz mamy sezon. A są w tym roku dorodne, smakowite. Zwłaszcza te zielone, do których przekonałam się tak dalece, że już mi nie smakują białe, które do niedawna jadaliśmy jako jedyne. Uwielbiam zwłaszcza upieczone z kilkoma kroplami oliwy, podane z dipem z jajka na twardo doprawionego solą, pieprzem i pachnącą oliwą. A jaka pyszna jest zupa. Lepsza, moim zdaniem, z tych białych, ale prawdę mówiąc, jedyna różnica w barwie. Można podawać klasycznie ugotowane w posłodzonej i posolonej wodzie (niektórzy dodają do niej troszkę masła), polane tartą bułką z masłem. Ilość pomysłów na zapiekanki czy tarty ze szparagami jest ogromna. Doskonałe jest też risotto ze szparagami, które stało się specjalnością Agaty, a które nie wiem, czy nie zajmie w moim prywatnym rankingu miejsca przed pieczonymi szparagami z jajecznym dipem. No a przy tym jaka prosta to potrawa.
Wystarczy pokroić zielone szparagi na krótkie kawałki, lekko podsmażyć na odrobinie oliwy i odstawić. Podsmażyć posiekaną cebulkę i ząbek czosnku na maśle. Gdy się zeszkli, wsypać włoski ryż i smażyć chwilę. A potem już tylko dolewać po odrobinie wywaru warzywnego, mieszać i czekać aż się wchłonie. Jeśli mam otwartą butelkę białego wina, dolewam również trochę wina. Po kilku minutach dodać szparagi do ryżu i dalej dolewać wywar i lekko mieszać potrawę, aż ryż będzie gotowy. Oczywiście nie całkiem miękki. Posypać tartym parmezanem. Dodać łyżeczkę zimnego, pokrojonego na kawałki masła.
Smacznego!

8.05.2019
środa

Smaki i smaczki

8 maja 2019, środa,

Po co chodzimy do restauracji? Z najróżniejszych przyczyn, z których chęć zaspokojenia głodu wcale nie jest najważniejsza. Wydaje się, że często kierujemy się chęcią doświadczenia „co też oni wymyślą”. Nikogo już nie interesowałoby podanie tradycyjnego dania, najbardziej choćby przyrządzonego. Obecnie powszechna stała się moda na modyfikowanie, „łamanie” smaków, zaskakiwanie, nieoczekiwane i nieoczywiste ich łączenie. No cóż, gotowanie jest jedną ze sztuk, a szukanie nowych sposobów wyrazu, znaczeń i technik jest cechą immanentną innych współczesnych rodzajów sztuk. Nikt już nie może malować, komponować ani pisać tak jak dawniej. Także w kuchni musimy wyrażać smaki po nowemu.
Po co ten wstęp? Otóż poszłam wczoraj do restauracji, gdzie m. in. z okazji moniuszkowskiej rocznicy, znany z twórczego czytania starych przepisów Maciej Nowicki wprowadził do menu transkrypcje dawnych przepisów z okresu, kiedy żył i tworzył kompozytor. Maciej Nowicki oraz Agnieszka Kręglicka, właścicielka restauracji, proponują zarówno chłodnik z ogórków, roladę z głowizny, rosół na rurze wołowej, jesiotra z płatkami słoniny, bliny z wędzoną śmietaną, jak deserowy, piwny kalteszal. Czy było to smaczne? Bardzo. W dodatku pomysłowe, wymagające zarówno wiedzy historycznej, jak fantazji i pewnej śmiałości. Ale skoro muzykę z tamtego czasu gra się na nowo, dlaczego zmiany nie miałyby dotyczyć także potraw. Nie od dziś wiadomo, że muzyka i jedzenie są sobie bliskie.
Po naprawdę smakowitym posiłku pomyślałam, że równie doskonale uczciłoby muzykę i muzyka dosłowne odwzorowanie niektórych potraw. Wiek XIX był okresem, kiedy upowszechniła się na polskich ziemiach najdoskonalsza chyba kuchnia, a niektóre przepisy zasługują na zapamiętanie. Choćby gotowany w wywarze warzywnym sandacz z dodatkiem siekanych jaj na twardo i stopionego masła, zrazy a la Nelson czy bitki cielęce w subtelnym sosie śmietankowym z pieczarkami. A zupy i desery czy ciasta, a doskonałe „jarzynki”? To byłoby również pyszne.

29.04.2019
poniedziałek

Smakołyki, smakołyki

29 kwietnia 2019, poniedziałek,

Przez kilka tysiącleci przyjęliśmy pewne reguły: jedno jadamy, czego innego na pewno nie. Instynktownie ludzie odrzucali coś lub akceptowali, bo niczego nie badano przecież naukowo. Ważne były, między innymi, zasady religijne lub higieniczne. Niejedzenie wołowiny w krajach hinduizmu to po prostu ochrona cennych krów i tego, co dzięki nim zyskiwano (mleka), niejedzenie wieprzowiny to przepis higieniczny, który zyskał sankcję religijną. Dlaczego jadamy krewetki a tłuste pędraki nie zyskują naszej aprobaty? Czemu delektujemy się krwistym befsztykiem, a nie jadamy surowego, jeszcze ciepłego mięsa? Może dlatego, że jako istoty ludzkie, zaczynaliśmy od zjadania robaków i surowego mięsa. Zapomnieliśmy chętnie o prymitywnym żywieniu, stworzyliśmy wielkie kuchnie i w naszym konsumpcyjnym repertuarze pozostało, jak nam się wydawało, jedynie to, co najlepsze.
Żyjemy w przeludnionym świecie, jako realne postrzegamy niebezpieczeństwo, że zabraknie jedzenia. Ale z całą pewnością nie to jest powodem, że rozwija się moda na poszukiwanie nowych albo od pradawnych czasów zapomnianych pokarmów i doszukiwanie się w nich nadzwyczajnych, niedocenionych właściwości.
Jednym z najbardziej znanych polskich poszukiwaczy smaków tam, gdzie ich istnienia nie podejrzewamy, jest dr Łukasz Łuczaj. Z każdej wyprawy do lasu przynosi rośliny, które później skrupulatnie pożytkuje. Sałatki, zupy, polewki, jarzynki – wszystko to ma za podstawę dzikie rośliny. Naturalną koleją zainteresował się też niewykorzystywanymi w naszej kulturze bezkręgowcami, robalami, które jednak jedzone niegdyś na przykład przez Indian, pozwalały im przetrwać w nieprzyjaznych warunkach przyrodniczych.
Nasze kulturowe obrzydzenie nie jest racjonalne wedle autora „Podręcznika robakożercy”, dlatego w imię doświadczeń przyrządził doskonały rosół z potrąconej przez siebie na drodze żaby. Szokujące? A niby czemu, skoro jako delicje traktujemy żabie udka? A zachwalany przez autora dodatek prażonych koników polnych, nadających smak potrawie z leśnych roślin jest już tylko logicznym dalszym ciągiem. Nawiasem mówiąc uczestniczyłam kiedyś w degustacji owadów hodowlanych. Choć nie byłam pełna zachwytu, prażone chrząszcze nie były dla mnie wielkim problemem. W końcu sardynki zjadamy także w całości, z dobrodziejstwem wewnętrznego inwentarza, a ostrygi nawet z wodą morską, ich naturalnym środowiskiem. Nie skusiłam się jednak na duże, tłuste pędraki, choć krewetki, jakże podobne w pokroju, zjadam z wielkim apetytem.
Przyszłość nie jest nigdy taka, jak ją sobie wyobrażamy (vide Jules Verne, czy nawet bliższy nam Stanisław Lem). Nie będę więc gdybać, jak to przyroda nieznana i dzika umożliwi nam przeżycie.
Pozwolicie jednak, że nie podam przepisu na ślimaki po francusku, który może byłby tu na miejscu. Zaproponuję za to jajecznicę z lebiodą, która może stać się śniadaniowym hitem. Na patelni roztapiamy łyżeczkę masła, rozbijamy 2 jajka w kubeczku; garść lebiodowych listków sparzamy gorącą wodą, odciskamy, dodajemy do jajek i wylewamy na patelnię z roztopionym masłem, lekko solimy, mieszamy do uzyskania ulubionej konsystencji i zjadamy ze smakiem. Proste. I bardzo modne! A i na majówkę jak znalazł.