Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu Gotuj się! - Polskie pasje kulinarne i kultura stołu

26.03.2020
czwartek

Widok z dziupli

26 marca 2020, czwartek,

Musimy przewartościować tak wiele spraw, że pewnie do końca siedzenia w dziupli, czyli w domu, ich nie ogarniemy. Jeszcze kilkanaście dni temu nie wyobrażaliśmy sobie, abyśmy mogli tak diametralnie zmienić swoje codzienne obyczaje, podporządkować się tak wielu ograniczeniom, których nigdy nie zaznaliśmy. To wszystko wydaje się fantazją zbyt twórczego autora sf.

Zamknięcie sklepów i galerii, gdzie toczyło się gorączkowe kupowanie tego, co wyobrażaliśmy sobie jako przedmioty niezbędne dożycia spowodowało, że nie kupujemy. I nic. Zamknięcie granic spowodowało, że nie podróżujemy. I nic. Nie spotykamy się towarzysko. I nic. Znamy wszyscy całą listę działań, których musimy unikać. I nie dzieje się nic. Oprócz tego, że zniżkuje nam nastrój (czasami), że tęsknimy do bliskich, których nie widujemy, że pojawiają się myśli „co dalej”. Nikt nam jednak nie odpowie, co wydarzy się „po”.

Dla wielu osób, z którymi komunikuję się telefonicznie, częścią codziennych rytuałów stało się wymyślanie posiłków. Na razie nas to wszystkich bawi, wymieniamy się chętnie przepisami kuchennymi. Oto przepis od mojej kuzynki Agnieszki, który brzmi świetnie. I wykorzystam go w najbliższym (?) czasie, kiedy będę miała dla kogo, czyli kiedy zasady spotykania się nie będą już tak restrykcyjne. Ale podam Wam, bo lubię się dzielić czymś dobrym, a przepisy Agnieszki zawsze są dobre.

Biszkopt

Na biszkopt: 6 jaj,1 szklanka mąki,1 łyżka octu,1 szklanka cukru,1 łyżeczka proszku do pieczenia

Na nadzienie jabłkowe:1 kg jabłek, najlepiej renet, galaretka cytrynowa

Na krem: kostka masła, budyń śmietankowy, mleko (¾ podanej w przepisie na opakowaniu budyniu), 2−3 krople olejku waniliowego, sok z ½ cytryny, ½ szklanki cukru

Najpierw pieczemy biszkopt: ubijamy sztywną pianę dodając pod koniec cukier. W dość sporym naczyniu mieszamy żółtka najpierw z proszkiem do pieczenia, pod koniec dodając ocet. Teraz pora połączyć żółtka z białkami, powoli je mieszać, dodając po kopiastej łyżce, wsypując także po trochu mąkę. Piec w 180ºC około 40 minut. Odstawić biszkopt do ostudzenia.

Jabłka, obrać, pokroić na kawałki i rozgotować, doradzam nie dodawać cukru. Do gorących, rozgotowanych jabłek dodać sypką galaretkę cytrynową i mieszać, aż się rozpuści. Także wystudzić, a potem rozsmarować na wierzchu zimnego biszkoptu.

Wreszcie pora na krem, którym pokryjemy wierzch. Najpierw gotujemy budyń według przepisu na opakowaniu budyń (z mniejszą ilością mleka). Studzimy.

Masło rozcieramy mikserem lub w malakserze, dodajemy cukier oraz po trochu budyń, olejek waniliowy i sok cytrynowy. Krem wykładamy na warstwę jabłkową i możemy przybrać wierzch na przykład posypując kakao. To wspaniałe ciasto najlepiej odstawić na dobę do lodówki. Wówczas smakuje jeszcze lepiej.

No więc − smacznego!

24.03.2020
wtorek

Co słychać?

24 marca 2020, wtorek,

Warunki zewnętrzne znamy. Nie chcę nawet wypowiadać nazwy czynnika, który determinuje nasze życiowe działania, bezruch, wyczekiwanie i niepokoje. Jest jak jest, musimy przyjąć za pewnik życie z owym czynnikiem przez pewien czas. Nie sposób przecież unikać myślenia o nim. Przypominają o sytuacji choćby smętnie starzejące się zapasy jedzenia, zgromadzone środki higieniczne przekraczające zwyczajne dla naszych gospodarstw ilości, a przede wszystkim obecność w domu tych, którzy normalnie pojawiają się w nim skąpo.

A co pozostaje nam, siedzącym w odosobnieniu, z dala od towarzystwa, miłych spotkań, wypraw, czasem przechadzek po okolicy, spacerów po sklepach, wizyt w kinach, teatrach czy na wystawach. Zabrane nam zostało to wszystko, co stanowi o zwykłym bycie człowieka. Oczywiście szukamy sobie działań, które nas włączą w nurt normalnego życia. Przecież wszyscy przenieśliśmy się do świata internetu. Obserwuję dzięki czatowi życie mojej ukochanej prawnuczki, jej pierwsze próby zjedzenia „dorosłego” jedzenia. Codzienne rozmowy, czaty i sms-y dają mi prawie pełną orientację w rodzinnych i przyjacielskich sprawach.

 Ale nie ma rodzinnych i przyjacielskich wizyt związanych z podrzucaniem czegoś pysznego do jedzenia, co gotuje się przecież często dla poklasku i co rodzi specjalne porozumienie smakoszy. Gotujemy zatem dla siebie, a tak jest moim przypadku. To nigdy nie sprawiało mi przyjemności. Jednak pora odkryć walory takiej sytuacji. Znamy gust jedynego odbiorcy, lubimy go (no powiedzmy!), mamy czas, aby ów gust zrealizować. Jak wielokrotnie powtarzałam moim studentom (prawdę mówiąc do znudzenia, ale myślę, że skutecznie) „sztuka kuchenna” nie na próżno nazywa się właśnie sztuką. Tworzenie smaków to działalność artysty, o ile poświeci jej się wiedzę, staranność i pomysłowość.

Jesteśmy wszyscy smakoszami, łasuchami, lubimy jedzenie i jadanie, lubimy pichcenie, gotowanie i zestawianie smaków. Więc potraktujmy ten smętny czas jako okazję do podniesienia na wyższy poziom naszej kuchni. Niezależnie czy siedzimy w domu samotnie, czy mamy domowników, którym warto dogodzić. Od razu poprawi nam się humor, tym, którzy są rodzinni – relacje. I będzie okazja do odczucia, że to wcale nie koniec świata. Szczególnie cenne będą nowe, wymyślone dzięki przymusowemu urlopowi potrawy. Możecie się także łatwo pomysłami podzielić. Ale i powrót do tradycyjnej, pysznej, zapomnianej w pośpiechu kuchni babek czy prababek może się okazać znakomitą przygodą, która uda się dzięki temu, że mamy więcej czasu.

Ja nastawiłam się na surówki. Trochę dlatego, że lodówkowe zapasy każą mi łączyć wszystko ze wszystkim: młodą i tę jesienną poszatkowaną kapustę z innymi warzywami, owocami ,rodzynkami, suszonymi krojonymi morelami, rukolę z orzeszkami i żurawiną, paprykę, ogórki, pomidory, które wydają mi się zazwyczaj o tej porze roku bez smaku mieszam z tym, co mi się nawinie pod rękę. No i te sosy do sałat: oczywista mieszanka jogurtu ze śladową obecnością majonezu, z domieszką pieprzu, soli i ciemnego cukru, albo mieszanina zagęszczonego balsamico o smaku owocowym z olejem z pestek winogron i z lekkim dodatkiem soli. Niby odkrycia w tym nie ma, ale czasem przypadkowe zestawienia dają znakomite rezultaty a głównie chodzi o trochę witamin. Smacznego.

29.02.2020
sobota

Kartofle są pyszne

29 lutego 2020, sobota,

I naprawdę nie tuczące. Oczywiście pod warunkiem, że nie polejemy ich  gęstym tłustym sosem, nie pokrasimy masłem lub nie zjadamy z kotlecikiem z tłustej karkówki. Ostatnimi czasy odkryłam z wielką przyjemnością ziemniaki, które mogłyby mi częstokroć wystarczyć za cały obiad i tylko rozsądek mówi mi, że warto zjeść jeszcze coś ,aby obiad miał pewną wartość. Zawsze w  przeszłości brakowało mi czasu na ich ugotowanie dla głodnych domowników. Zastępowałam zatem ziemniaki krócej gotującymi się kaszami czy ryżem albo makaronem. Teraz zajadam się ziemniakami w najróżniejszej formie, zarówno bowiem gotowane jak pieczone, są dla mnie rarytasem.

Ale najbardziej smakowite wydają mi się pokrojone w ósemki po starannym umyciu skórki, wymieszane w łyżką oliwy, solą i odrobiną posiekanych listków rozmarynu. Pieczone przez 10-15  minut w piekarniku w temperaturze 200 stopni, po czym dopieczone w tej samej temperaturze, ale po włączeniu termoobiegu. Są wtedy z wierzchu rumiane a wyrodku mięciutkie i pyszne. W dodatku widać, czy są już dostatecznie rumiane czyli gotowe. Bardzo polecam tak pieczone ziemniaki na przyjęcia: gospodarze tylko muszą w odpowiednim czasie włożyć do lekko nagrzanego piekarnika półmisek żaroodporny lub brytfannę z wcześniej przygotowanymi ziemniaczanymi  ósemkami (oliwa zabezpiecza je przed ciemnieniem). Radzę spróbować,

25.02.2020
wtorek

Czyściochy

25 lutego 2020, wtorek,

O koronawirusie mówimy i pewnie myślimy wszyscy. Ponieważ jesteśmy globalną wioską informacyjną, wiemy na co i jak chorują w najdalszym zakątku świata, znamy objawy i skutki straszliwych chorób. Dzięki  oświacie sanitarnej wiemy na pewno, że jednym z powodów każdej epidemii jest brak sanitarnej staranności, brudne ręce.

Jeszcze zanim koronawirus pojawił się w naszej świadomości, w kilku publicznych miejscach zauważyłam urządzenia, które w zamyśle miały sprzyjać powszechnej higienie, aby można wytrzeć na przykład w sklepie dotykany dłonią drążek wózka czy koszyka i nie złapać cudzych bakterii. Kiedy zauważyłam  takie urządzenie  w pobliskim sklepie, postanowiłam  go użyć. Postawiono podobno  ten słupek z pojemnikiem na chusteczki i płyn dość dawno temu, ponieważ jednak nikt się przy nim nie zatrzymywał, nie rzucał się w oczy i dlatego ja  go także przeoczyłam. Okazało się jednak, że urządzenie jest, ale  suche chusteczki nie  spełniają swej roli. Odtąd mijam owo urządzenie, które okazało się jeszcze jednym „odfajkowaniem” słusznej inicjatywy.

W ogóle coraz częściej zauważam niechlujne sklepy (wychodzę nie robiąc tam zakupów), nawet niektóre sieciówki mają u mnie bardzo złą opinię. Widocznie kontrole nie są ani tak częste, ani tak dociekliwe, jak powinny być. Koszmarem  sanitarnym są według mnie sprzedawane w spożywczych sklepach drożdżówki i pączki: zazwyczaj stoją w pudłach koło kasy, „obchuchiwane” przez klientów. Smacznego!

19.02.2020
środa

Co nam smakuje

19 lutego 2020, środa,

Pokoleniowa przepaść istnieje właściwie w każdej dziedzinie życia: nosimy inne ubrania, oglądamy inne filmy, lubimy inne rozrywki niż nasze dzieci (i wnuki). W ostatnich latach bardzo wyraźnie dostrzegam, że mamy też inny smak.

Bywało tak, oczywiście, zawsze, bez tego nie byłoby postępu. Nigdy jednak te różnice nie kształtowały się w tak krótkim czasie. Czy w latach 80-tych jadaliśmy inaczej niż młodsze od nas i starsze pokolenie? W nieznacznym stopniu. Obecnie, zwłaszcza młodzi w mieście, czyli w dużych skupiskach, jadają różnie od starszego pokolenia.

Już kiedyś wspomniałam, że zaglądam ludziom do koszyków w sklepach. Tak, po prostu ze wścibstwa. W koszykach i wózkach starszych dostrzegam więcej mięsa, tradycyjnych warzyw, wędlin, które dla młodszych są „jadalne” tylko wówczas, jeśli producent zapewni klientów, że na przykład wędzona szynka jest super „bio ”(!). Młodzi ładują nowomodne kasze, nasionka, warzywa i owoce, które pojawiły się całkiem niedawno (lub bardzo dawno, jak na przykład kasza jaglana lub Jak się zastanowić, to wspólne dla pokoleń są na przykład pierogi, zwłaszcza te z oryginalnym nadzieniem, ale już makaron zupełnie nie po staremu, bo raczej razowy, przetwory owocowe bez cukru, mięsa rzadko albo wcale. Jajka i drób też niekiedy, a mleko raczej owsiane czy migdałowe niż poczciwa pochodna zielonej trawy. Proszę podnieść rękę − zwracam się do starszych czytelników − komu z Was smakuje sojowy pasztet czy kotlet z tofu. Tak z ręką na sercu, lepszy dla większości z nas pasztet jest ten poczciwy, mięsny i to z odpowiednią ilością tłuszczu a kotlet raczej cielęcy.

A co robić, jeśli wokół stołu spotkają się różne pokolenia (podobno w XXI wieku wyjątkowo duży będzie odsetek osób, które poznają własnych pradziadków). Czy pozostaje nam tylko mozolić się nad pierogami? Raczej doradzam przygotowywanie czegoś z nowoczesnego, młodzieżowego repertuaru. Może pójdźmy na smaczną (naprawdę!) łatwiznę. Międzypokoleniowe porozumienie gwarantowane.

Oto szybki mus z czerwonej fasoli

Puszka (40 dag) odsączonej z zalewy czerwonej fasoli, nieduża cebula, ząbek czosnku, łyżka oliwy z oliwek, po ½ łyżeczki mielonej kolendry i kminu rzymskiego, łyżeczka koncentratu pomidorowego i cały pokrojony pomidor, sól do smaku.

Najpierw na oliwie podsmażamy (bez rumienienia) posiekaną cebulę i czosnek, dodajemy fasolę, koncentrat, pokrojonego pomidora i chwilę razem dusimy. Miksujemy na puszystą masę i doprawiamy solą oraz, jeśli to nam odpowiada pieprzem. Podany w małych czareczkach ostudzony mus, zjadany z chrupiącym czarnym chlebem lub bagietką to naprawdę dobry początek obiadu.

28.01.2020
wtorek

Karnawał

28 stycznia 2020, wtorek,

Bawicie się w karnawale? Pewnie. Co więcej, bawimy się przez cały rok. Ale w karnawale mamy pewne dodatkowe obowiązki. Między innymi zjadanie faworków i pączków.

Ostatnimi laty popularność pączków wyprzedziła o spory dystans popularność faworków, które są kruche, delikatne i choć mają swoją wartość kaloryczną, nie mniejszą niż pączki, nie wydają się tak tuczące, jakby nieistotne dla tuszy. Uchodzą też za trudniejsze do przygotowania i dlatego przegrały z bardziej solidnymi pączkami.

Faworki mają też jedną wadę podstawową: kiedy siądziemy przy kopiastym półmisku tych kruchych cacek, nie sposób się od nich oderwać. Już kiedyś podawaliśmy w blogu przepis na faworki Agnieszki (to imię mojej kuzynki, od której mam ten przepis). Są one najdoskonalszym przykładem doskonałych faworków. Pozwólcie zatem, abym dla zachęty go powtórzyła, uświadamiając Czytelnikom, jak prosta to robota. A o smaku nic nie powiem: tego trzeba spróbować.

Faworki:

1,5 szklanki maki, 4 żółtka, szczypta soli, 3-4 łyżki śmietany (18 procentowej), 2 łyżki spirytusu

Z podanych składników zagniatamy ciasto i przez co najmniej 10-15 minut wałkiem tłuczemy je, wielokrotnie składając. Ciasto staje się jedwabiste, elastyczne, delikatne. Po dokładnym wybiciu (czyli wprowadzeniu weń pęcherzyków powietrza) wałkujemy po porcji na cienki a nawet bardzo cienki płat (wypróbujcie, jeśli macie, maszynkę do makaronu!) tniemy na paski długości ok.12-14 cm, przewijamy je przez przecięcie pośrodku i smażymy. No i teraz sami dokonajcie wyboru: bardziej klasyczne jest smażenie w rozgrzanym smalcu (1-2 kostki), ale można też smażyć w oleju. De gustibus!

Usmażone faworki wyjmujemy na złożony papierowy ręcznik i starannie odsączamy z obu stron, po czym, już na półmisku, posypujemy przez sitko cukrem pudrem.

Życzę zabawy przy smażeniu i przyjemności przy zjadaniu.

10.01.2020
piątek

Co jedzą inni

10 stycznia 2020, piątek,

Lubię zaglądać ludziom w oświetlone okna. Ostatnio nabrałam ochoty także na zaglądanie do marketowych wózków, aby zobaczyć, co do nich trafia. Oczywiście można też wnioskować wedle zawartości sklepowych półek, ale ja wolę sprawdzać, na co kto wydaje pieniądze. Bo na półkach mogą się znajdować produkty niechodliwe. W dodatku zestaw produktów w koszykach również daje do myślenia. Mamy, zwłaszcza wśród młodych kobiet, liczne zwolenniczki lekkiej, roślinnej diety, w ich wózkach warzywa i kasze większość stanowią produkty bio. Mamy także leciwych mężczyzn, którzy kupują mięso i coś mocniejszego. Jest grupa „zagonionych”, którzy zaopatrują swe lodówki i zamrażarki w gotowe dania: zupy w pudełkach i słoikach, głęboko mrożone lub pakowane próżniowo gotowe potrawy mięsne i rybne. Smak, nawet podobno nie najgorszy, jest dla przedstawicieli tej grupy na drugim miejscu. Najważniejsze, że obiad trafia na stół po szybkim podgrzaniu.

Inna grupa dokonująca specyficznych zakupów, wrzuca do koszy przede wszystkim soczki, przeciery i dania nadające się dla malców. Grupy składające się z tatusiów i mam ze starszymi dziećmi, najwyraźniej często uważają, że ich zakupy, nudne dla malca, muszą być nagradzane czymś słodkim.

Ostatnimi czasy zwróciłam uwagę, że maluchy, z jednym lub obojgiem rodziców, to właściwie nowy typ klienta. Klient taki poddawany jest piekielnemu kuszeniu. Ku mojemu zdumieniu mały człowiek sam coraz częściej udziela sobie wskazówek, że to nie będzie przecież dziś kupione. Słyszę, że w wielu rodzinach weekendy to jedyne słodkie dni dla dzieci, wtedy wolno im jadać słodycze. W inne dni biała trucizna zawarta w nęcących cukierkach jest zabroniona.

Jak obserwuję, propagowanie zdrowego stylu życia, mówienie w przedszkolach, domach czy szkołach o szkodliwości zjadania cukru tafia na podatny grunt. Ale drodzy handlowcy: czy musimy kusić niewinne duszyczki. Czy nie dałoby się tych śmiertelnie niezdrowych smakołyków umieszczać ponad linią wzroku najmłodszych klientów? Byłoby to dobrym uczynkiem ze strony handlu. Bo co z oczu to z serca.

31.12.2019
wtorek

Szczerze

31 grudnia 2019, wtorek,

Jeśli życzenia, to tylko szczere, bo podobno mają większą siłę przebicia u odpowiednich władz, kierujących naszymi losami. A więc do dzieła: życzymy większej życzliwości, zrozumienia i uprzejmości. Łatwe i proste? Ależ skąd. Znacznie łatwiej ich oczekiwać, niż samemu stosować w codziennym i niecodziennym życiu. Ale może w roku 2020 spróbujmy? My, gospodynie, w każdym razie życzymy wszystkim również pogody ducha, wiary w to, że rzeczy idą w dobrym kierunku i że się po drodze nie zagubimy. A tak w ogóle stawiajmy, jak zawsze, na pozytywne zachowania i przyjaźń. Do siego roku!

30.12.2019
poniedziałek

Zabytek

30 grudnia 2019, poniedziałek,

Nikogo z naszych blogowiczów nie trzeba przekonywać, że kuchnia i jedzenie to duży i ważny dział kultury. Uprawiane przez różne narody kuchnie to najlepszy wyróżnik, charakterystyczna cecha, wynikająca z lokalnego charakteru. Żadna kuchnia nie trwa i nie rozwija się w izolacji: kuchnia francuska wymieszała się z włoską, włoska nosi elementy wschodnie, kuchnia polska zawiera w sobie elementy kuchni wschodniego i zachodniego sąsiada, najeźdźców i osiadłych tu Żydów. Dopiero suma wszystkich elementów tworzy kuchnię, zjawisko, które nas zachwyca w różnych stronach świata.

Oczywiście to wchłonięcie obcych elementów bywa lepsze i gorsze, kuchnia niemiecka nie zdobyła wielkiej renomy mimo różnych pożyczek, a i angielska nie jest najwyżej ceniona w świecie, choć nie stoi wyłącznie na rodzimych produktach, dodatkach i recepturach.

Od kilkuset lat polskie gotowanie miało niezłe konotacje w świecie smakoszy. Ceniono dziczyznę przyrządzaną w doskonały sposób, słodkowodne ryby, podobno pyszności, puszyste, delikatne ciasta, konfitury i mnóstwo dań i produktów. Jakże często zdarza się, że na szyldzie restauracji z typowo polskim menu widnieje kotlet schabowy, którego jako żywo nie podawano jeszcze 150 lat temu albo ruskie pierogi, które owszem istniały, ale jako specyficzny wypiek.

Co nam zostało po polskiej kuchni ? Na pewno barszcz czerwony, liczne zupy, pieczenie, ale przegrywają one rywalizację z kotletem w watowatej bułce. Od czasu do czasu odzywają się głosy, nawołujące do rewitalizacji polskiej kuchni, przekonujące, że jej przepisów trzeba bronić niczym zabytkowych budowli czy obrazów. Cóż, ułatwiamy sobie życie zjadając dania za którymi wprawdzie nie stoi polska tradycja, ale za to łatwe, szybkie i pewnie tańsze. Kuchnia polska zawsze korzystała z doskonałych składników, nie może więc być supertania. Ale przecież warto ją reanimować i to w szlachetnej postaci.

Na tle ogólnopolskiej kuchni szczególnie wyróżniała się kuchnia warszawska. Od dwóch stuleci zasługi w świetnej jej prezentacji miały licznie działające tu restauracje. Powojenne czasy zniweczyły restauracyjną część kultury kulinarnej. I mamy to, co widać gołym okiem. Prędzej na warszawskich ulicach zobaczymy szyld japońskiej czy chińskiej restauracji niż dobrej prawdziwej polskiej. Mamy w powojennej historii restauracji takie trwałe zjawiska jak Fukier, Bristol czy Świętoszek. Wiemy, że jeśli zobaczymy tam w karcie danie z przymiotnikiem „polski”, zasmakujemy dobrze oddanego ducha tej potrawy. Nie są to jednak propozycje dla przeciętnego turysty. Powiem Wam jednak w tajemnicy, że powstaje pomysł na kuchnię warszawską na warszawskich ulicach i w warszawskich restauracjach. Może wtedy, kiedy ów renesans nastąpi, będziemy mogli posmakować zapomnianych niesłusznie, zaskakujących dań.

28.11.2019
czwartek

Co dziś gotować?

28 listopada 2019, czwartek,

To pytanie nurtowało panie domu i „kucharcie” przez całe dziesiątki lat a może nawet znacznie dłużej. Na pewno nie jest to już obecnie kwestią dręczącą dla pań domu, zwłaszcza tych pracujących poza domem. Po prostu zjada się to, co uda się bez kłopotu kupić po drodze do domu, a najlepiej resztki wczorajszej uczty.

Ale, ale, są szczęśliwcy, którzy nie muszą się wcale kłopotać sprawą menu, dostają bowiem gotowe posiłki do domu. Czasem stoją one w schludnej torbie pod drzwiami, co obserwuję u moich dbających o siebie sąsiadek, ale są przecież starannie i szczelnie opakowane. Chodzi o diety pudełkowe, które rozpowszechniły się niezwykle. I to o dziwo, bardzo szybko stają się modne, powszechne i lubiane w mniejszych miastach, gdzie życie podobno toczy się wolniej. Warszawa poddała melodię a teraz śpiewa tak cała niemal Polska. To dobre wyjście dla tych, którzy chcą o siebie zadbać, a nie mają czasu na gotowanie.

Nawet jeśli nie chce się schudnąć, utrzymać kondycji, przytyć czy żywić się specyficznie, firmy przygotowujące pudełkowe diety i takim „normalsom”, nie mającym po prostu czasu ,oferują kilka gotowych posiłków. I bądźmy szczerzy, raczej chodzi o całodzienną dietę dla solistów. Duża rodzina z dziećmi zwykle nie korzysta z pudełkowej diety. To wspaniałe, doskonałe wyjście. Cena w zależności od obfitości i rodzaju posiłków już od trzydziestu kilku złotych. I ma tylko jedną wadę. Kiedy wraca się po pracy do domu, po kilkunastu minutach nie parują na kuchni garnki wydając apetyczne zapachy.

Kiedy jeszcze nie było pomysłu na diety pudełkowe, zafrapowała mnie myśl, że warto zaproponować domowy zestaw obiadowy, którego przyrządzenie nie zajmie więcej czasu niż pół godziny, co czasem, dla domowych głodomorów jest zresztą także trudne do przetrzymania. Ale dokładnie wyliczyłam. Można ugotować ryż lub makaron czy jedną z wielu kasz, przygotować z umytych sałat doskonały witaminowy dodatek i usmażyć rybę lub mięso. Zresztą już wtedy, kiedy książkę „Gotuj z głową” pisałam, było w sprzedaży wiele półgotowych produktów, którym wystarczyło nadać szlif domowego smaku. Teraz ten wybór jeszcze się zwiększył.

Bardzo proszę – według gustu. Kto chce stosować dietę pudełkową, niech stosuje. A ja, ponieważ lubię sama decydować, powzięłam postanowienie, że ugotuję na dzisiejszy szybki obiad spaghetti z 3 serami i piersią pieczonego kurczaka. Proszę oto prosty przepis:

Makaron ekspresowy

(porcja dla 1 osoby)

Najpierw przygotowuję używając do tego włoskiej miarki z oliwnego drzewa jednoosobową porcję spaghetti: jest to najdokładniej tyle, ile może, powinien i chce zjeść jeden biesiadnik

Składniki na sos: 2 łyżki oliwy lub oleju z pestek winogron, ząbek czosnku, pół małej szalotki, 5 łyżek mleka lub słodkiej śmietanki 12-proc, 3 kopiaste łyżki startej mozzarelli (kupuję gotową),1/3 krążka sera camembert, 2 łyżki startego parmezanu (lub innego twardego sera), połówka pojedynczej piersi kurczęcej

Nastawiam wodę na makaron. Kiedy się zagotuje wkładam spaghetti i gotuję. Na głębszej patelni rozgrzewam oliwę, dodaję rozdrobniony czosnek i posiekaną szalotkę, chwilę podgrzewam, aby zeszkliły się. Teraz dodaję pokrojone w kostkę mięso i jeszcze chwilę smażę. Teraz przychodzi moment na dodanie mleka lub śmietanki a także serów, aby się rozpuściły. Na koniec dodajemy ugotowany i odcedzony makaron, a jeśli sos będzie zbyt gęsty kilku łyżek wody od gotowania makaronu. Posypanie zielonym ziółkiem, to znaczy pietruszką lub bazylią porwaną na kawałki znacznie doda urody i będzie smakować.