Chińska kuchnia

Rododendron aluzyjny! (czyli bez związku z dalszą częścią) Fot. Piotr Adamczewski

 

Przeczytałem książkę, która jest wstrząsającą lekturą. To „Lekcja chińskiego” z podtytułem „Dzieci rewolucji kulturalnej i dzisiejsze Chiny”. Napisał ją amerykański dziennikarz John Pomfret, który studiował w Nankinie, a potem pracował jako korespondent prasowy. Zna więc kraj i ludzi tak, jak  mało który cudzoziemiec. Zwłaszcza biały.

Odkrywam więc Chiny na nowo i usiłuje je zrozumieć. To niełatwe. Może zachęcą was do tej lektury dwa cytaty. A gdy książkę skończę chyba jeszcze o niej napiszę. Dziś tylko jeszcze jedno zdanie o tłumaczu: Jan Halbersztat błysnął już talentem translatorskim przekładając książkę o Tybecie. Tym razem – jak sądzę – miał jeszcze trudniejsze zadanie. I wybrnął z niego  bezbłędnie. Brawo!

Na początek scenka zabawna: „Późnym popołudniem na ulicę zaczęły wylewać się całe rodziny, aby przed domami o wąskich drzwiach jeść wspólny posiłek. Wszyscy siedzieli zgarbieni na małych stołeczkach, trzymając w jednej ręce miseczkę z ryżem, a w drugiej pałeczki, którymi wrzucali sobie jedzenie do ust. Kiedy wreszcie udało mi się znaleźć restaurację, było w niej już pełno ludzi. Gdy wszedłem, wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę – cudzoziemiec w przepoconym ubraniu nie był tu częstym widokiem. Mój chiński byl wtedy jeszcze bardzo słaby, więc przeszedłem się z kelnerką między stolikami, wskazując jej po prostu, co chciałbym zjeść. ” Co to jest? Wąż. A to? Sowa. A tamto? Cyweta.”

W moim wydziałowym podręczniku chińskiego można było znaleźć takie zwroty jak „awangarda proletariatu” czy „służyć ludowi”, ale nikt nie uczył nas jak powiedzieć: „Poproszę potrawkę z cywety w stylu generała Tso”. Ostatecznie wybrałem danie składające się z kawałeczków kurczaka z papryką i zielonymi warzywami oraz duszoną rybę. Do tego dostałem cztery miseczki ryżu i bliżej nieokreśloną ilość cienkiego piwa, także podawanego w miseczkach. Goście siedzący przy sąsiednich stolikach, o twarzach czerwonych od alkoholu, podchodzili do mnie chwiejnym krokiem, aby wznieść toast na cześć nowego  „amerykańskiego przyjaciela”. Tego dnia nauczyłem się nowego słowa: fantong dosłownie oznaczało „wiaderko ryżu”, a w przenośni – człowieka, który lubi zjeść. Ku uciesze współbiesiadników powtarzałem to coraz głośniej: „Jestem wiaderkiem ryżu. Jestem wiaderkiem ryżu”. Później dowiedziałem się, że mogło to także oznaczać „Jestem kretynem”.(…)

Zimą 2002 roku pojechałem w pobliże granicy między Chinami a Koreą Północną. Zbierałem materiały do tekstu o głodzie, który zabił co najmniej 2 miliony ludzi w „zakazanym królestwie”. Moi koledzy z roku i ich rówieśnicy zawsze dostrzegali analogię pomiędzy sytuacją Chin sprzed czterdziestu lat, a tym, co obecnie dzieje się w Korei Północnej pod przywództwem Kim Dzong Ila – paranoika i megalomana z fatalną fryzurą. Dzięki misjonarzom pracującym po chińskiej stronie granicy – Amerykanom koreańskiego pochodzenia – udało mi się porozmawiać z grupą niedożywionych, chorych i przerażonych uchodźców z Korei. Nigdy nie zapomnę pewnego rodzeństwa – brata i siostry, których spotkaliśmy tuż po tym, jak udało im się prześliznąć przez zasypaną śniegiem granicę do Chin. Mimo przejmującego zimna ubrani byli w nędzne łachmany. Moi opiekunowie odprowadzili ich do bezpiecznego schronienia, gdzie zostali nakarmieni i mogli się wykąpać. Kiedy wszedłem do pokoju, para spojrzała na mnie i zaczęła się trząść ze strachu.
– Czy przyszedłeś nas zjeść? – zapytała dziewczyna. Nie żartowała.”

Takich i jeszcze bardziej wstrząsających opisów jest na tych kartach wiele. Nawet zbyt wiele jak na lekturę bez dużych przerw.