27.01.2012
piątek

Trochę wiosny tej zimy

27 stycznia 2012, piątek,

Przeczytałem w ubiegłą sobotę tekst mojej ulubionej autorki Agnieszki Kręglickiej o żabich udkach. W chwile po lekturze sięgnąłem do moich starych książek kucharskich i potwierdzam spostrzeżenia Agnieszki: co książka to odmienne opinie. Jedne autorki twierdzą, że żabie udka jeść należy na wiosnę, bo wówczas są najsmaczniejsze, inne, że tylko pod koniec lata ponieważ wtedy żaby nabrały więcej ciała i udka są bardziej mięsiste, a inne jeszcze, iż tylko w zimie, bo rozmrożone mięso dziczyzny  jest najlepsze. Stąd wniosek, że żaby zaliczane  do rodziny dzików, jeleni i zajęcy.
Nie wdając się w ten spór po prostu kupiłem dwie paczki żabich udek w moim ulubionym ( i najbliższym) sklepie, rozmroziłem i przyrządziłem udka na dwa sposoby. Obiad był wspaniały i wszystkim smakował. Ale nawet podwójne głosowanie nie doprowadziło do orzeczenia, która metoda jest lepsza: czy smakowitsze były udka w potrawce czy te panierowane chrupkie.
Myślę, że blogowicze podzielający moją sympatię do żab na talerzu sami zadecydują co jest smaczniejsze. Najpierw więc przepis bardziej skomplikowany:

Żabie udka w potrawce
2 szalotki, 4 pieczarki, 10 dag masła, 1/2 kg żabich udek, 1 łyżka maki, sól, świeżo zmielony pieprz, 1/4 l wina muscatel, 1/4 l śmietany, 2 żółtka, sok z cytryny, kilka gałązek natki pietruszki
1.Szalotki drobno posiekać. Pieczarki umyć i pokroić w cienkie paseczki.
2.Na patelni rozgrzać 2/3 masła i podsmażyć żabie udka na złocisto. Podsmażone obtoczyć w mące i doprawić solą oraz pieprzem. Teraz dodać szalotki, grzyby i wino.
3.Gotować na patelni 5 minut. Wyjąć udka i odłożyć w ciepłe miejsce.
4.Zmniejszyć temperaturę i czekać aż sos zredukuje się o 1/4 i zagęścić go śmietaną oraz żółtkiem. Dodać resztę masła i sok z cytryny.
5.Żabie udka ułożyć na półmisku, polać sosem i posypać posiekaną natką pietruszki.

A teraz pora na przepis znacznie prostszy ale nie mniej pyszny:
Żabie udka na chrupko
4 - 5 udek na osobę, 3 łyżki sklarowanego masła, 3 łyżki mąki, 2 ząbki czosnku, sól, pieprz
1.Żabie udka rozmrozić, umyć, osączyć. Posolić i posypać pieprzem oraz obtoczyć w mące.
2.Rozgrzać na patelni masło i smażyć udka przewracając. Gdy zaczynają się rumienić dodać czosnek wyciśnięty przez praskę i jeszcze chwilę smażyć nadal odwracając udka, by czosnek mógł je równo oblepić.
3.Podawać gorące z odgrzaną, chrupiącą bagietką.

Delikatne danie wymaga delikatnego białego wina. A o tym jakiego każdy musi zadecydować już sam. Ja wyciągnąłem ostatnią butelkę Passerina przywiezioną z Marche.

26.01.2012
czwartek

Jeśli to karnawał, to muszą być faworki

26 stycznia 2012, czwartek,

Tylko tyle na naszym stole, reszta pączków (sztuk 40) wyemigrowała do wnucząt

Cały dom pachnie smalcem. Nie jest to najbardziej lubiany zapach kuchenny ale myśl, że w rezultacie kilkugodzinnego podgrzewania tego wonnego tłuszczu, leżą na półmiskach i kuszą stosy delikatnych i kruchych faworków (zwanych w innych okolicach chrustem) pomaga przetrzymać bez narzekania ten czas. Są jak widać i pączki. Prawdę mówiąc dom łatwo przewietrzyć. A w dodatku jeśli ma się w kuchni dobry i silny wyciąg, to ów aromat (tak mówią najzagorzalsi miłośnicy faworków) nie jest przesadnie dolegliwy.
Tym razem faworki udały się wspaniale. Zostały zrobione według przepisu naszej kuzynki z Mrągowa. Dzięki ścisłego trzymania się jej zaleceń stały się one niebywale delikatne, kruche i wspaniałe w smaku. Prawdę mówiąc trudno się oprzeć i przerwać łasuchowanie.
Na dodatek sama praca w kuchni miała też zalety terapeutyczne. Ciasto na faworki bowiem, jeśli ma być właśnie takie delikatne, wymaga kilkunastominutowego maltretowania. I to ja waliłem w nie drewnianym wałkiem przez niemal kwadrans. Ciasto nałykało się powietrza a moja prawa ręka nabrała siły. Nie mówiąc już o rozładowaniu złych emocji, które przecież czasem zbierają się w każdym najłagodniejszym nawet osobniku.
A ponieważ karnawał jeszcze trwa to udostępniam wszystkim ten przepis. Jednym dla rozkoszy łasowania, innym dla wyładowania się w kuchni. I tylko w kuchni!

 
Faworki Agnieszki

 1,5 szklanki mąki tortowej (to ok. 20 dag), szczypta soli, 4 żółtka, łyżka stołowa masła, 3 – 4 łyżki kwaśnej śmietany, łyżka spirytusu (opcjonalnie rumu lub w ostateczności octu), olej stopiony ze smalcem (tyle, aby faworki pływały swobodnie w garnku), cukier puder z wanilią do posypania.

1.Na stolnicę wysypać mąkę, zrobić dołek, dodać  żółtka, sól, masło, spirytus, śmietanę. Wszystkie składniki zagnieść bardzo dokładnie. Należy się starać jak najmniej podsypywać mąką.
2.Wyrobione ciasto wybijać 10 minut  wałkiem (można też uderzać  w nie tłuczkiem do kotletów). Ciasto ma być bardzo elastyczne, o konsystencji ciasta na makaron.
3. Owinąć  ciasto w pergamin i pozostawić  na pół godziny, aby odpoczęło. Nie może wyschnąć, więc musi być szczelnie zawinięte, warto  przykryć je jeszcze miską.
4.Odcinać  po kawałku  ciasta i sukcesywnie wałkować  bardzo cienko. Kroić  radełkiem na paski, nacinać, przewijać  i smażyć  na tłuszczu na złoto: tłuszcz ma być tak gorący, że kawałek ciasta natychmiast wypływa na wierzch.
5.Wyjmować  gotowe faworki  długim widelcem i po chwili posypywać  cukrem pudrem

Kto to zrobi nie będzie żałował. Smacznego!

25.01.2012
środa

Zgadnij co gotujemy

25 stycznia 2012, środa,

Dziś nagroda niezwykła, bo książka której jeszcze nie ma w sprzedaży. To wywiad-rzeka z Danielem Passentem przeprowadzony przez Jana Ordyńskiego. Wiem, że na blogu jest spora grupa sympatyków Daniela więc jego spowiedź życia (jak sam określił tę książkę) i to opatrzona autografem, będzie chyba nagrodą  atrakcyjną.
          Na okładce Daniel Passent wyznaje: „Kiedy pięć lat temu urodził się mój wnuk, Kubuś, rozpłakałem   się ze szczęścia. Dostałem od życia wszystko. Pora na rachunek. W gazetach pełno jest ludzi, którzy wystawiają rachunki innym. Własnych nie regulują. Ja uważam, że czas się pakować. Od pewnego momentu Agnieszka Osiecka miała w swoim pokoju małe zielone pudełko, a w nim najważniejsze dokumenty: metrykę urodzenia, zaświadczenie z banku, akt własności mieszkania. Ta książka to moje zielone pudełko.”
Drugi cytat to epitety i komplementy, którymi Passenta najczęściej obdarzali wrogowie i przyjaciele: ” Klasyk / legenda polskiego dziennikarstwa / publicysta stanu wojennego/denerwujący felietonista/ towarzysz Szmaciak / krętacz unio / najlepszy polski dziennikarz powojenny / najbardziej znany polski publicysta / żałośniak / będzie w podręcznikach i encyklopediach / najbardziej popularny autor „Polityki”
/ najlepszy autor Kabaretu Pod Egidą / koryfeusz felietonu / najlepszy felietonista w rankingu „Press” 2011″

Usłyszałem opinię, że ta książka to najbardziej szczere wyznania człowieka decydującego się na opowieść o swoim życiu. Aby ją otrzymać należy odpowiedzieć na trzy kulinarne pytania i je wysłać  na adres internet@polityka.com.pl  Oto pytania związane z krajami, w których mieszkał autor opowieści:

1. Co to za danie - pastel del choclo?

2. Z czego robione jest niemieckie danie zwane Himmel und Erde?

3. Czym wyróżnia się Virginia ham spośród innych szynek robionych w Europie (w tym i w Polsce)?

Teraz proszę o szybkie wysłanie odpowiedzi i  dzieło zostanie wyekspediowany pod wskazany adres.

24.01.2012
wtorek

Wedgwood – życie po życiu

24 stycznia 2012, wtorek,

Najnowsze nabytki w mojej kolekcji

Nie mogę się oprzeć pokusie, by pokazać nowe nabytki z bazaru na Kole. Oczywiście chodzi o niebieski fajans angielski. Ostatnio ulubionym moim motywem są konie i jeźdźcy. Basia więc zamawia u kupców na bazarze talerze, półmiski, zupierki z angielskimi dżokejami. I w minioną niedzielę udało się kupić (pokazany wyżej) ten piękny półmisek i 12 talerzy do drugiego dania.
Te zakupy spowodowały, że zacząłem szukać informacji o najsłynniejszej angielskiej firmie czyli Wedgwood, o której jakiś czas temu pisałem tu za fachową prasą, iż nadszedł jej absolutny koniec.  Przytoczyłem wówczas fragmenty tekstu znawcy tematu – Władysława Serwatowskiego.
Autor kończył artykuł sugerując, że Anglicy nie dopuszczą do upadku firmy tak znaczącej w historii sztuki i rozsławiającej kunszt mistrzów fajansu oraz porcelany z Wielkiej Brytanii. Wygląda na to, że tak się stało. Wedgwood chyba został ocalony. Potwierdzają to i handlarze z Koła przywożący z zachodu całkiem nowe wyroby tej wspaniałej firmy. Są wśród nich nowe projekty ale - na szczęście dla takich zbieraczy jak ja - i produkowane według najstarszych wzorów.
Jeszcze raz więc (nie zważając na zarzuty, iż się powtarzam) przypomnę informacje o założycielu firmy oraz o związkach jego fabryki z Polską.
Wedgwood to jeden z najbardziej znanych na świecie producentów porcelany, którego historia sięga niemal 250 lat. Manufaktura założona w 1759 r. przez Josiaha Wedgwooda I z biegiem lat przekształciła się w międzynarodowy koncern, który jednak pozostał wierny tradycji i niezmiennie zachwyca swoimi produktami. Ceramika Wedgwood przez stulecia gościła na stołach arystokracji, koronowanych głów i wybitnych osobistości, zdobiła wytworne salony. Josiah Wedgwood, nazywany „ojcem angielskich garncarzy”, w 1765 r. za wykonanie serwisu dla królowej Charlotty otrzymał tytuł Garncarza Jej Królewskiej Mości. Był też wielkim wynalazcą – to jemu garncarstwo zawdzięcza takie tworzywa jak fajans delikatny (tzw. fajans królowej), kamionka bazaltowa i delikatna kamionka jaspisowa. Wyroby z tych materiałów – nie tylko zastawa stołowa, ale także inne naczynia i przedmioty dekoracyjne, np. wazy czy popiersia – przez wiele lat były znakiem rozpoznawczym Wedgwooda. Od ponad 100 lat firma produkuje porcelanę fine bone china, która charakteryzuje się trwałością, odpornością na stłuczenia i pięknym odcieniem bieli.
Porcelana Wedgwooda była zamawiana na stoły królów Anglii, króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, rosyjskiego cara Aleksandra I, szacha Persji i arystokrację europejską. W Polsce ceramikę stołową Wedgwooda stosowano w książęcych pałacach Radziwiłłów, Sanguszków i Jabłonowskich. Porcelana stołowa Wedgwooda utrwalała historię okolicznościowymi serwisami lub oryginalnymi formami sztuki użytkowej. Tak upamiętniono koronacje króla Jerzego VI w 1937 r. i królowej Elżbiety II w 1953 r. oraz jubileusz   25-lecia   panowania królowej Elżbiety II. Pierwszą wizytę Papieża Jana Pawia II w Wielkiej Brytanii w maju 1982 r. Wedgwood uhonorował zaprojektowaniem talerza, zaliczanego bardziej do obiektów muzealno-pamiątkowych niż stołowych. Na przełomie XVIII i XIX wieku na ceramice Wedgwooda ukazały się plakiety dekoracyjne z wizerunkami króla Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz medaliony jaspisowe hetmanów Stanisława Żółkiewskiego, Jana Zamoyskiego i Stefana Czarnieckiego (w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie). Na polskich stołach spotyka się porcelanę kostną Gold Chelsea projektowaną przez Michaela Dillona, głównego modelatora Wedgwooda w latach 1980 -1990, autora głów reliefowych Jana Pawia II i Lady Dianę Spencer, jako księżnej Walii.
Chwała więc tym, którzy nie pozwalają, by taka firma upadła.

23.01.2012
poniedziałek

Śnieg pada, a bazie zapowiadają wiosnę

23 stycznia 2012, poniedziałek,

 

Znowu biegaliśmy po lesie w Sękocinie. Tym razem mieliśmy w rękach kijki narciarskie, nie te nowomodne, do norweskich spacerów. A na nogach oczywiście biegówki. Niby to zima, bo las pokryty warstewką mokrego śniegu ale nowa zieleń przebija przez białą pokrywę. Na niektórych drzewach zaś pojawiły się zielono-złociste bazie. Las daje nam sygnał, że do wiosny nie tak daleko. Zatrzymaliśmy się przy baziach i dokładnie im przyglądaliśmy się, bo ciekawiło nas, co to za drzewo tak wcześnie ożywiło się. Wokół pełno było śladów saren, które najwyraźniej zjadały zwisające bazie.

Po powrocie do domu sięgnąłem więc do książki „Na początku było drzewo” (rozmawialiśmy już na ten temat parę razy) wydanej przez Baobab. Najpierw trafiłem na ilustracje żywcem przypominające bazie z Sękocina. Obok zaś tekst o osice: „Robert Graves podaje, że złote diademy w kształcie liści osiki znajdowano w grobach z terenu Mezopotamii datowanych na 3000 lat p.n.e. Czy w tych zamierzchłych czasach osika już drżała? Najprawdo­podobniej tak, gdyż wedle większości opowieści tłumaczących to zjawi­sko, osika drży ze zgrozy na wspomnienie czynów, jakich dopuściła się w zamierzchłej przeszłości. Po pierwsze, podsunęła swoją gałąź Kainowi poszukującemu pałki do zabicia młodszego brata Abla (co ciekawe, nie­którzy utrzymują, że owa pałka, zgubiona przez skazanego na tułacz­kę Kaina, znajduje się dzisiaj w Żywcu). Po drugie, gdy Święta Rodzina uciekała do Egiptu, osika (inaczej niż leszczyna) odmówiła jej schronie­nia pod swoimi konarami, tłumacząc się obawą przed zemstą Heroda. Po trzecie, istnieje przypuszczenie, że krzyż Chrystusa wykonany był z osiny. I wreszcie po czwarte, że to na osice, a nie na czarnym bzie, powiesił się po­tem zdrajca Judasz. Któż by nie drżał, mając tyle na sumieniu? Dlatego też w starożytności była osika symbolem bólu i skargi.

Jednak we wcześniejszych opisach znaleźć można wzmianki o tym, że delikatnie kołyszące się i szepczące gałęzie osiki przedstawiają w rzeczy­wistości westchnienia zmarłych dusz. Pojawiają się również wierzenia, w których osika związana jest z komuniko­waniem się z mieszkańcami zaświatów. Włożony pod język liść osiki obdarzał ponoć darem elokwencji, zaś gdy ktoś stanął pod osiką, mógł zasłuchać się w magiczna pieśń do tego stopnia, że znikał w zaświatach.”

Oczywiście nie zabrakło opisów osinowych kołków, którymi walczono z wampirami przebijając serca ludzi podejrzewanych o te niecne skłonności.

Na koniec znalazłem kilka zdań o użyteczności osinowych gałązek, bazi i liści, którymi karmiono kozy. Ten pokarm jest ulubionym daniem bobrów a także - co naocznie stwierdziliśmy - saren.

Kilka stron dalej zobaczyłem ilustracje, które wprawiły mnie w rozterkę. Niemal identyczne bazie ma także topola. A że przy drzewie w Sękocinie nie było odpowiedniej wizytówki (choć przy niektórych drzewach są tabliczki z opisem i to nawet w alfabecie brajla) to przytoczę i fragment topolowego tekstu. Zwłaszcza, że tym razem jest mowa o likierze, co usprawiedliwia pojawienie się tej opowiastki na kulinarnym blogu.

„Ojczyzną tej topoli są lasy Ameryki Północnej i Syberji; u nas oswojona w wielu znajduje się ogrodach i parkach. W korzenie szeroko się rozrasta i liczne z nich puszcza wyrostki. Wielkie jej pączki liściowe pociągnione są, szczególnie na wiosnę, żółtawą lepką żywicą, smaku gorzkiego i mocno balsamicznego, dość przyjemnego zapachu, któren w niejakiej odległo­ści czuć się daje. W Irkucku pączki zebrane na wiosnę nalewają gorzałką; z tego robi się likier dość przyjemny w zażyciu, mający własność poruszania uryny oraz w cierpieniach szkorbutycznych bardzo skuteczny. U nas robi się podobnym sposobem balsam na świeże rany wielce pomocny.”

Jak widać spacer lub bieg po lesie dobrze wpływa na człowieka. Zachęca do lektur, daje odprężenie i zapomnienie o niemiłych sytuacjach, których w życiu trudno jest uniknąć. Zalecam więc wszystkim więcej świeżego powietrza. Wtedy - mam nadzieję - znikną z blogu niemiłe utarczki i uszczypliwości. To miejsce było bowiem w zamierzeniu terenem spotkań miłośników kuchni, wymiany opinii, myśli i pomysłów jak spędzić czas za stołem biesiadnym. Pomału jednak zamienia się w arenę złośliwych wycieczek i dokuczliwych wypowiedzi. Szkoda na to czasu i nerwów. Nie chcę dłużej ględzić (bo i tak rzadko przynosi to właściwe rezultaty) więc dodam, że nie uczestniczę i nie będę uczestniczyć w owych potyczkach. Ale skrajnie brutalne i wyraźnie jątrzące wypowiedzi będę blokował.

20.01.2012
piątek

Dawne cukiernie i ich wyroby

20 stycznia 2012, piątek,

Życie kawiarniane w Warszawie kwitnie. I to od ponad trzech wieków, mimo, że liczne zawieruchy wojenne wielokrotnie pustoszyły miasto. Są nawet takie lokale, które wszystkie zawirowania przetrwały ku radości swoich klientów.

Być może ta liczba mnoga to lekka przesada ale…

Pierwsza kawiarnia warszawska powstała prawdopodobnie w 1724 roku, a w 1780 roku cukierni i kawiarni było już dwadzieścia. Pierwsze lokale były oszczędnie urządzone: miały długie stoły na krzyżakach a przy nich ciężkie ławy. Po jakimś czasie pojawiły się  czteroosobowe stoliki,  kryte na ogół ceratą, a ławy zastąpiono krzesłami.
Przez długi czas bywalcami cukierni byli wyłącznie mężczyźni, kobiety ze względu na reputację nie miały tam wstępu. Damy zaczęły bywać w lokalach dopiero pod koniec XIX wieku, co wyszło kawiarniom i cukierniom na korzyść, szefowie zaczęli bowiem dbać o wygląd swoich lokali.
Pierwsza kawiarnia w ogrodzie powstała w drugiej połowie XVIII wieku, nosiła nazwę „Wiejskiej kawy” i była własnością wdowy po warszawskim kupcu, pani Nejbergowej. Początkowo mieściła się na Solcu, potem została przeniesiona na Wiejską. Dwa wieki temu było to daleko za miastem. W „Wiejskiej kawie” stoliki były ustawione pod drzewami, wśród kwiatów. Popularna była również kawiarnia w ogrodach na Foksal, ale potem teren wykupili arystokraci: Przeździeccy oraz Zamoyscy i wznieśli swoje pałacyki. Publiczność przeniosła się wówczas do cukierni Carluccia Palmoniego  na placu Krasińskich. Ten lokal  słynął przede wszystkim  z pysznych lodów.
Historycy twierdzą, że pączki wynalazł cukiernik o nazwisku Czutowski, mający w połowie XVIII wieku pracownię przy ulicy  Nowowiejskiej. Zrobiły one ogromną furorę i nawet cukiernie prowadzone przez Szwajcarów miały je w karcie. Są jednak głosy twierdzące, że pączki to wynalazek cukierników wiedeńskich.
Około 1827 roku powstała cukiernia Wawrzyńca Tosio u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia z ulicą Kozią. Gdy odsłaniano postawiony obok pomnik Mickiewicza była tam cukiernia Botta, w czasach PRL kawiarnia nosiła nazwę  „Telimena”. Niestety, nie ma już w tym miejscu kawiarni. Po 180 latach nieprzerwanego żywota cukierniczo-kawiarnianego historyczny lokal  upadł. Teraz jest tu galeria plastyczna.
Do najsłynniejszych warszawskich cukierni należały lokale Szwajcarów i Włochów cukiernia Włocha Lessla, założona w 1727 roku. Początkowo mieściła się w drewnianej altanie w Ogrodzie Saskim, potem Lessl przeniósł ją na Królewską 10, gdzie wybudował sobie dom. Cukiernia mieściła sie w rotundzie od strony Ogrodu. Po pewnym czasie przejął ją następny słynny warszawski cukiernik, Józef Semadeni. Ostatnim właścicielem był Jan Jackowski. Kamienica dotrwała do wojny.
Znana była cukiernia szwajcara Loursa, założona w 1821 roku u zbiegu Miodowej i Kapitulnej na wprost kościoła kapucynów. Była to już elegancka cukiernia. Wewnątrz miała wielkie lustra, marmurowe stoły, zrobiona na modłę paryską. Na zewnątrz wzrok przyciągały eleganckie wystawy, którym często miejsce poświęcała warszawska prasa ze względu na niespotykane gdzie indziej dekoracje cukiernicze. Wielkie powodzenie sprzyjało rozwojowi i Lourse wkrótce otworzył następną cukiernię w gmachu Teatru Narodowego na placu Krasińskich. Poziom jego wyrobów i obsługa były na tak wysokim poziomie, że otrzymał ważny przywilej – prawo prowadzenia bufetów w teatrach miejskich.
W 1827 roku w pałacu Andrzeja Zamoyskiego otworzył cukiernię dawny subiekt Lessla, Jacek Szymański.
Rodzina Semadenich miała wiele cukierni, do nich należała też ta, w której do niedawna mieściła się kawiarnia Nowy Świat. Najsłynniejsza jednak mieściła się w gmachu Teatru Wielkiego.
W 1869 roku swoją cukiernię przy Nowym Świecie założył Antoni Blikle. Większość klientów stanowili tu aktorzy i pisarze. Cukiernia w czasie Powstania Warszawskiego spłonęła. Zaraz po wyzwoleniu Blikle otworzył lokal w Alejach Jerozolimskich 51 ale w 1948 roku wrócił na Nowy Świat. I trwa tu - rozrastając się – do dziś!
Na przełomie XIX i XX wieku znana była bardzo kawiarnia „Pod dzwonnicą”. Mieściła się na Krakowskim Przedmieściu obok dzwonnicy kościoła św. Anny w nieistniejącym już budynku tuz przy Nowym Zjeździe. Ciepły, niemal rodzinny nastrój przyciągał i studentów, i emerytów. Bywali tu też literaci i artyści.

19.01.2012
czwartek

Coraz ciszej brzęczą pszczoły

19 stycznia 2012, czwartek,

 Wprawdzie do pierwszych oblotów jeszcze parę tygodni ale nawet w marcu - gdy pszczoły wychodzą z uli, by znaleźć pokarm - brzęczenie tych miododajnych owadów będzie słychać ciszej niż w poprzednim roku.
Od lat 90. pszczelarze na świecie obserwują bardzo niepokojące zjawisko:
wymieranie i znikanie pszczół. Drastyczny skok śmiertelności został odnotowany w latach 2006 - 2007 w Ameryce Północnej, gdzie wyginęła
nagle jedna trzecia pszczół. W Europie od kilku lat zjawisko nasila się, a naukowcy oraz organizacje ekologiczne biją na alarm.
Zdaniem uczonych badających ten problem wśród przyczyn zagłady pasiek są m.in.:  bakterie, wirusy, pasożyty - jeden z najbardziej niebezpiecznych to warroza, a także grzyby np. nosema cerenae; pestycydy takie jak neonikotynoidy, które stosowane są w środkach zabezpieczających uprawy (nawet ich niewielkie użycie powoduje u pszczół dezorientację, utratę pamięci lub śmiertelne zatrucie); brak pożywienia i utrata naturalnych siedlisk, których powodem są rolnictwo przemysłowe, a także rozrost miast; brak bioróżnorodności oraz wielkie, monokulturowe obszary rolnicze (często obficie wspomagane chemią i pestycydami). W 2008 roku w Badenii-Wirtembergii podczas siewu roślin pokrytych zaprawą owadobójczą, zawierającą substancję aktywną chlotianidynę, zginęło około 300 milionów pszczół. Podobne sytuacje miały miejsce również we Francji.

Spadek liczebności pszczół ma poważne skutki dla gospodarki. Ostatnie dane dotyczące UE pochodzą z 1989 r., gdy w jej skład wchodziło 12 członków, wartość zapylania przez pszczoły miodne tylko 30 upraw szacowano na 4,25 miliarda dzisiejszych euro rocznie. W Polsce ze sprzedaży miodu uzyskuje się 400 mln złotych. Zaś wartość warzyw i owoców, które powstają dzięki trudowi pszczół  szacuje się na 6 mld zł. Zniknięcie pasiek - jak widać - to byłby poważny ubytek w ekonomii kraju.
Aż 80 procent roślin na ziemi to gatunki owadopylne.  Pszczół zastąpić się nie da. (Pewne próby w tej mierze czynione są w Chinach. Ludzie  zapylają tam sady. Jeden Chińczyk jest w stanie zapylić dziennie do 30 drzew lub krzewów.) Coraz wyraźniej widać, że śmierć pszczół grozi  załamaniem światowego rynku żywności. Kolejnym gatunkiem skazanym na zagładę będzie  wówczas człowiek.

18.01.2012
środa

Zgadnij co gotujemy

18 stycznia 2012, środa,

Dziś - po raz pierwszy - quiz obrazkowy. W epoce cywilizacji obrazkowej każde medium musi się do wymogów chwili dostosować. Aby stać się właścicielem księgi    też bogato zilustrowanej i pełnej przepisów a napisanej przez Jamiego Olivera wystarczy tym razem rozpoznać co przedstawiają fotografie i  odpowiedzi wysłać  na adres internet@polityka.com.pl  Oto zdjęciopytania:

1. Co to leży na straganie?

2. A  co to na półmisku?

3.I jeszcze co jest na tym zdjęciu?

Teraz proszę o szybkie wysłanie odpowiedzi i grubaśne dzieło zostanie wyekspediowany pod wskazany adres.

17.01.2012
wtorek

Rozkosz w gębie

17 stycznia 2012, wtorek,

 

Kolacja w Parmie – szynka z melonem była jako antipasto

Szynkę parmeńską, jak nazwa wskazuje, produkuje się w Parmie i jej okolicach. Jest  wędliną i zarazem czymś znacznie więcej: to element włoskiej kultury kulinarnej, a jednocześnie bogactwo, ważny produkt eksportowy, powstający tylko w licencjonowanych wytwórniach. Specjalne metody jej produkcji sprawiają, że smak szynki parmeńskiej pozostaje ten sam od lat, gwarantowany przez wytwórców. Już w XVI wieku kucharz papieża Piusa V sformułował charakterystykę tej niezwykłej wędliny: „Mało słona, wonna wędlina z pochodzącego z gór prosięcia”. I, o ile wiadomo, jest ona produkowana wedle tych samych co w owym czasie receptur, zawsze z karmionych naturalnie prosiąt. Tak więc śmiało można zaryzykować twierdzenie, że zjadając cieniutki, przezroczysty płatek prosciutto, dotykamy historii. Ta delikatna, a zarazem wyrazista w smaku wędlina musi być w sklepie odpowiednio cienko pokrojona i za pomocą specjalnych szczypczyków ułożona na pergaminie. Wystarczy podać ją z dojrzałym melonem lub figami, aby otrzymać wytworną, pyszną przekąskę, ale można też spożywać ją po prostu z pszennym świeżym chlebem. Kupując szynkę parmeńską, warto zwrócić uwagę, żeby plasterki były pokrojone cienko i przełożone pergaminem, aby łatwo można je było oddzielić, a najważniejsze - żeby  na szynce widniał znak firmowy: korona i napis PARMA, bo jest to dowód na oryginalność produktu. Ta wędlina doskonale współgra też ze smakiem różnych potraw, dodając im wytworności.

Szparagi pieczone z szynką parmeńską

1 pęczek zielonych szparagów, 5 dag szynki parmeńskiej, 1 łyżka listków bazylii, 2 – 3 łyżki oliwy z oliwek, sól,  na czubek łyżeczki  mielonego pieprzu.
 
Szparagi obrać z twardszej skórki za pomocą specjalnego nożyka lub nożykiem do obierania warzyw, umyć je i dokładnie osuszyć. Dodać do nich pieprz z solą i oliwą (uprzednio ze sobą wymieszane) i ułożyć na blaszce. Nagrzać piekarnik do temperatury 190 st. C. Na szparagach ułożyć plasterki szynki parmeńskiej i wstawić do piekarnika na 20 minut: w tym czasie szparagi zmiękną, a szynka stanie się chrupiąca. Od razu podawać.

16.01.2012
poniedziałek

Smak na koniuszkach palców

16 stycznia 2012, poniedziałek,

To było dla mnie fascynujące zadanie. Wspominałem już o nim ale dość oględnie, bo nie byłem pewien jak się skończy. Teraz, gdy trzy opasłe tomy drukowane pismem brajla i znacznie mniejszy tomik w tradycyjnym druku, leżą przede mną mogę pochwalić się tą pracą. To książka kucharska i przewodnik po muzeach oraz pięknych zakątkach Mazowsza dla niewidomych i niedowidzących. Jej pomysłodawcą i współautorem jest Marek Kalbarczyk - szef Fundacji Szansa dla Niewidomych. To on - znając mnie z audycji radiowych i książek (czytanych mu przez żonę) - zaproponował  udział w tym przedsięwzięciu.
Trudno Marka przedstawić, bo to postać wręcz renesansowa. Na skrzydełku okładki książki można przeczytać:
„Marek Kalbarczyk- informatyk, menadżer, autor poradników matematycznych i rehabilitacyjnych. Jest współautorem pierwszego dostępnego na rynku syntezatora mowy mówiącego po polsku, projektantem i twórcą oprogramowania oraz wielu książek, m.in.: „Świat otwarty dla niewidomych”, „Czy niewidomy może zostać prezydentem?”, „I ty możesz zostać matematykiem”, „Mazowsze to nie tylko Warszawa”, „100 najpiękniejszych miejsc w Polsce – zabytki i krajobrazy wreszcie dostępne dla niewidomych i słabowidzących”, „Dotknij Wrocławia”.
Na okładce pierwszej z wymienionych publikacji czytamy słowa Krzysztofa Zanussiego: „Książka Pana Marka Kalbarczyka jest jasna, przebija z niej nadzieja. Tchnie optymizmem płynącym z odnalezienia sensu życia. Polecam ją wszystkim, którzy chcą wejść w świat niewidomych i wynieść z tego spotkania osobisty pożytek.”.
Niniejsza publikacja jest kontynuacją starań autora o to, by świat zrozumiał, iż być niewidomym, oznacza co innego niż kiedyś. Teraz to tylko utrudnienie, a nie dyskwalifikujące kalectwo. Autor jest dobrym na to przykładem, gdy jako niewidomy tak samo, jak pisze, potrafi też gotować.

A sam Marek we wstępie do naszej książki tak pisze:

„Co jest ciekawsze: zwiedzanie zabytków, gdy jeździ się od miasta do miasta, przeglądanie menu w uroczych restauracjach i smakowanie wybranych potraw, na które ma się największą ochotę, a może zrobienie czegoś smacznego we własnej kuchni, gdy pomimo, że jest się amatorem, coś dobrego wreszcie nam wychodzi? To wszystko jest równie fascynujące. Gdy opowiadam o naszej przygodzie szykowania kolacji dla przyjaciół, gdy zabrakło światła, nie myślę o tych atrakcjach, lecz przypominam sobie dzień sprzed ponad trzydziestu lat, gdy szykowaliśmy z mamą pasztet. Niechcący potrąciłem miskę z mięsem gotowym do pieczenia, która spadła na podłogę! Stanęliśmy jak wryci, najpierw załamani i zniechęceni, a po chwili wybuchliśmy śmiechem. Taki stosunek mieliśmy do naszego kucharzenia. Wiedzieliśmy, że lubimy to robić. I tak zostało do dzisiaj. Co tam brak światła lub wzroku. To nie jest najważniejsze. Zaraz zrobiliśmy drugi pasztet, który okazał się najlepszy. Oba pasztety, ten wywalony na podłogę i ten drugi przeszły do historii rodziny. Przez lata, nadal bezwzrokowo, ugotowałem wiele improwizowanych potraw i czekam na następną okazję. To jest prawdziwy relaks i zajęcia rehabilitacyjne – może czasem trudne, ale jak smacznie się kończą!”

I to jest najlepsza charakterystyka Kalbarczyka. To facet, który się nie załamuje i wszelkie przeciwności losu oraz napotkane po drodze przeszkody traktuje z humorem. Wie, że przy odrobinie uporu można je pokonać. I pokonuje - codziennie. Dzięki temu żyje pełnią życia. Ma dużą rodzinę i jeszcze większe grono przyjaciół. Pracuje i odnosi sukcesy. A - co najważniejsze - swoim stosunkiem do życia zaraża innych. Zwłaszcza tych, którzy tak jak on, są pozbawieni jakże ważnego zmysłu: WZROKU.
W książce znaleźć można precyzyjne porady  jak działać w kuchni bezwzrokowo a nie pokaleczyć się i nie poparzyć. Są tu także przepisy kulinarne i porady doświadczonego kucharza. Jest ta książka także przewodnikiem po mazowieckich miasteczkach, zabytkach historycznych i muzeach zwiedzanych przez niewidomego.  W tych podróżach autor nie omijał również zajazdów i restauracji. Po każdej podróży zaś zjawiał się w swojej kuchni, by coś nowego ugotować.

Do częstych wizyt w kuchni tak ja zachęcam przyszłych czytelników: Kuchnia – dla mnie, ale mam nadzieję, że i dla moich słuchaczy oraz czytelników także – jest lepszym miejscem l niż gabinet psychoterapeuty. Gotowanie, smażenie, siekanie, a zwłaszcza wyrabianie ciasta to cudowna recepta na stresy dnia codziennego. Trochę trudniej,   gdy   muszę   działać   po ciemku, ale porządek w kuchennych szafkach, trwałe reguły w ustawianiu sprzętów i przypraw przezwyciężają i to. Zwłaszcza, że szybko posiadłem umiejętność odróżniania kształtów produktów przy pomocy dotyku. Opuszki palców to czuły instrument. A przyrządzanie kolacji to najprostsza droga do sukcesu – i do serca lubianej osoby. Warto więc jak najczęściej spędzać czas w kuchni, wytężając słuch podczas nalewania płynów, węch, do którego trafiają zapachy z patelni i piekarnika oraz wyobraźnię w oczekiwaniu radosnego wyrazu na twarzach gości podczas jedzenia! Takie seanse terapeutyczne funduję sobie codziennie. Zachęcam więc do tego wszystkich…

Od teraz wszystko w rękach czytelników. A właściwie na koniuszkach ich palców.

Nie bez kozery tę prezentację nowej książki zamieszczam dziś czyli po blogowej burzy. Mam nadzieję, że podrzucony temat pomoże nam odzyskać równowagę i właściwą ocenę tego co w życiu jest ważne.

PS.

Dziękuję Markowi Kulikowskiemu za zdjęcie, które wykorzystałem na IV okładce książki.

13.01.2012
piątek

Kto trzyma w domu beczkę whiskey?

13 stycznia 2012, piątek,

 

Lubię ten trunek - myślę o whiskey z Tenessee - sączyć od czasu do czasu podczas wieczornej lektury jakiejś pasjonującej książki. Zwłaszcza jeśli są to dzienniki jakiejś ważnej historycznej postaci: polityka, artysty, uczonego.

Wyraźny aromat dębu, odrobina karmelowej słodyczy połączone z ostrością smaku wyostrza nie tylko zmysł smaku ale i wyczula na wszelkie subtelności lektury. Mam więc zwykle na podorędziu taką kanciastą butelkę z destylarni w Lynchburg w stanie Tenessee. I nie trzeba mnie zachęcać do tego bym od czasu do czasu nabywał kolejną flaszę.

W pięknie wydanym prospekcie reklamowym amerykańskiej firmy przeczytałem jak można stać się właścicielem nie jednej butelki whiskey lecz całej jej dębowej beczki (to około 260 flaszek). Twórcy reklamy nie dodali tylko, że to interes wymagający sporego zasobu gotowki. Wyszli widac z założenia, że whiskey tak rozjaśnia nam umysł, iż każdy wie jak gruby powinien być jego portfel, by podjąć się tej operacji.

 Jack Daniels Single Barrel - czytam w prospekcie –  to jedyna na świecie whiskey typu Single Barrel poddawana procesowi charcoal-mellowing, czyli filtrowaniu przez warstwy węgla drzewnego. O jej wyjątkowości świadczy również fakt, iż dojrzewa na najwyższych piętrach naszych magazynów. To tam nabiera koloru i pełni aromatu wraz ze zmieniającymi się w Tennessee porami roku. Wyrafinowany cykl tworzenia naszej whiskey pozwała doświadczać smaku doskonałego w każdej kropli. Oto Jack Daniels Single Barrel -  whiskey pochodząca z jednej beczki.

Swego czasu, przywilej poznawania smakowych niuansów whiskey pochodzącej z jednej beczki zarezerwowany był wyłącznie dla naszego Master Distillera. Dziś, koneserzy whiskey na całym świecie, mogą rozkoszować się tymi doznaniami kupując własną beczkę Jack Daniels Single Barrel.

Ideą programu „Buy The Barrel” (Kup beczkę) jest przekonanie, ze satysfakcja płynąca z posiadania własnej beczki powinna być dostępna dla wszystkich miłośników tego trunku.

Przeczytałem z zainteresowaniem. Wiem nieco więcej o trunku z Tenessee. Beczki nie kupię, zgodnie z polskim porzekadłem: aby napić się mleka nie trzeba zaraz kupować krowy.

12.01.2012
czwartek

Zastąp wino herbatą

12 stycznia 2012, czwartek,

 

Odbiór zebranych liśtków herbaty na cejlońskiej plantacji

Miłośnicy herbaty uważają, że napar z delikatnych listków fermentowanych, rolowanych i  suszonych może z powodzeniem zastąpić wszelkie inne napoje. Wprawdzie  sam się zaliczam do gorących wielbicieli herbaty ale aż tak daleko bym się nie posuwał. Są bowiem momenty, w których lubię zamienić napar herbaciany na filiżankę mocnej kawy. Lubię też do kolacji wypić kieliszek lub dwa dobrego i dobrze dobranego do potraw wina. Inna sprawa, że całą taką ucztę i tak kończy w moim przypadku filiżanka herbaty.
Są jednak smakosze uważający, że herbata może zastąpić wino z powodzeniem. Np. jako napój towarzyszący serom. Wybitny ekspert, znawca herbat i win, autor wielu tekstów na ten temat Edwin Soon mieszkający w Singapurze pokusił się o sugestie doboru odpowiednich gatunków herbaty do różnych gatunków sera.
Aby stworzyć dobre połączenie herbaty i sera, należy dobrze zrozumieć zachodzące między ich smakami relacje. Mogą się one wzajemnie dopełniać dzięki podobnym elementom (smak, tekstura, komponenty) lub tworzyć kontrast, w którym dwa różne elementy wzajemnie podkreślają swoją wyjątkowość, Oczywiście można także natrafić na kombinacje, które okażą się nieudane. Smak jest subiektywny, ale warto zastosować poniższe rady, aby uniknąć smakowych nieporozumień:
*Herbaty o mocnym charakterze, obdarzone bogatym, złożonym smakiem pasują doskonale do sera z niebieską żyłką, który ma bardzo asertywny smak.
*Mocne, ciemne herbaty o słodowym posmaku dobrze łączą się z kremowymi serami, a to ze względu na podobieństwo między ciężarem herbaty i bogactwem smaku sera.
*Słodowe, nizinne herbaty pasują do serów o intensywnym smaku, np. wędzonych, dojrzałych itp.
*Pieprz przydaje serowi ostrości – do niego dobrze jest pić herbatę o charakterze owocowym, słodzoną lub nie.
*Białe i zielone herbaty zawierają mniej agresywne, mniej ściągające polifenole, stąd uważa się, że trudniej dopasować je do serów. O tym, że biała herbata lubi sery, już pisaliśmy. Warto jednak także wypróbować pod tym względem herbatę zieloną, której roślinne nuty odzwierciedlają trawiaste aromaty obecne w niektórych odmianach kremowych serów.
*Zielone herbaty oraz ulung pasują do serów z ziołami i serów smakowych,
*Herbata z cytryną oraz napary ziołowe mogą stanowić dobre towarzystwo dla pikantnych serów kozich lub serów dojrzałych.
Herbata może złagodzić ostrość sera lub wydobyć z niego więcej smaków. Z drugiej strony ser potrafi uwydatnić słodowe akcenty herbaty lub skontrastować  jej gorycz. Mocne herbaty sprostają kremowości niektórych serów, z kolei łagodne bywają na tyle czyste w smaku, że przebijają się przez tę kremowość. Istnieje wiele sposobów na tworzenie udanych kombinacji.
Wypróbuj poniższe pary:
*Ser pleśniowy i Souchong
 *Ser kozi i zielona herbata


*Ser kozi i osłodzony Assam
*Herbata imbirowa lub cynamonowa i ser wędzony
*Pu-erh z dojrzałym cheddarem
*Ulung z kremowym serem z krowiego mleka
*Sencha z serem Asiago lub Manchego
*Darjeeling z camembertem

Tyle porad singapurskiego enologa i herbaciarka zarazem. Nawet jeśli na stałe nie będziemy się stosować do jego zaleceń, to można choć raz spróbować zestawić ulubiony ser z wybraną herbatą. Może też i nam będzie smakować assam z kozim serem.

11.01.2012
środa

Zgadnij co gotujemy

11 stycznia 2012, środa,

 Jak zapowiedziałem - dziś nagroda dla miłośników wędrówek po Ukrainie. To album dwojga autorów Magdy i Mirka Osip-Pokrywka, podróżników, fotografów, autorów wielu ciekawych tekstów i zdjęć. Tym razem Wydawnictwo Carta Blanca wydało plon ich wieloletnich wędrówek  po zachodniej Ukrainie. Dzieło będące rezultatem podróży po rodzinnych stronach autorów obfituje nie tylko w piękne zdjęcia ale także teksty historyczne, obyczajowe i relacje reporterskie. Ten album jest więc wzbogaconym przewodnikiem po krainie leżącej za naszą wschodnią granicą. Aby stać się właścicielem „Sentymentalnej Ukrainy”  wystarczy - jak zwykle - odpowiedzieć na trzy pytania i wysłać je na adres internet@polityka.com.pl  Oto pytania:

1. Co to takiego oskoła?

2. A co się kryje pod nazwą gałuszki?

3.Lody z makiem to niezwykle oryginalna odmiana tego deseru; lody nazywają się tak jak nadmorski region, w którym można je dostać?

Teraz proszę o szybkie wysłanie odpowiedzi i piękne dzieło sławiące Ukrainę zostanie wyekspediowany pod wskazany adres.

10.01.2012
wtorek

Rośnie na śmietniku, kupujesz w delikatesach

10 stycznia 2012, wtorek,

Pamiętam z dzieciństwa smaczne bulwy, które w moim domu babcia przyrządzała jako jarzynę obiadową. Ja, smarkacz byłem bardzo grymaśny, opierałem się gwałtownie i głośno gdy na talerzu pojawiał się szpinak, kalafior lub marchewka. A na bulwy topinamburu reagowałem przyjaźnie. Może powodowały to złociste kwiaty tego warzywa, a może zapach dobywający się z patelni - nie wiem.


Po latach o szpinaku w każdej postaci mówię z rozrzewnieniem, kalafiora na ostro z papryką  uwielbiam a marchewkę mógłbym jadać codziennie. I tylko topinambur wykreśliłem z domowego jadłospisu na całe lata. Zniknął on bowiem z naszego rynku.
Ale ostatnio, coraz częściej, można tę zapomnianą bulwę znaleźć w delikatesach, tzw. dobrych sklepach warzywnych a nawet na niektórych jarmarkach. Topinambur wraca - warto więc o nim co nieco wiedzieć.

Okazuje się, że i to zawdzięczamy Kolumbowie oraz jego towarzyszom. Odkrywcy Ameryki przywieźli do Europy różne egzotyczne rośliny. Wśród nich, podobną do słonecznika, uprawianą przez Indian, roślinę o nazwie topinambur. Jej podziemne bulwy od wieków były dla Indian zarówno pożywieniem, jak i lekarstwem. Pierwszym Europejczykiem, który skosztował tego przysmaku był sam Krzysztof Kolumb. Później zauważyli ją również francuscy kolonizatorzy. Z historii wiemy, że ta słodkawa roślina, przysmak Indian zamieszkujących Krainę Wielkich Jezior, uratowała w 1612 roku od śmierci głodowej kanadyjskich osadników, gdy zajęte przez nich tereny nawiedziła straszna susza. Trzy lata później topinambur poświęcił papież jako roślinę ratującą od chorób i głodu.
Topinambur (Helianthus tuberosus) znany jest obecnie w Polsce jako słonecznik bulwiasty. Jadalne są tylko jego rosnące pod ziemią bulwy o żółtobeżowej, białej lub różowej skórce. Z wyglądu przypominają gruzłowate ziemniaki. W smaku zaś – gruszkę lub ziemniaka. Można bulwy te jeść na surowo np. w sałatkach, ale także piec i gotować.
Dziś topinambur najbardziej znany jest leśnikom, którzy uprawiają poletka tej rośliny z myślą o jeleniach, dzikach, sarnach, a nawet bażantach. Ze względu na wyższe plony w porównaniu z innymi roślinami pastewnymi, łatwość upraw, a przede wszystkim z uwagi na większą zawartość białka, topinambur zasługuje na szersze spopularyzowanie upraw. W jednym z doświadczeń, przy jednakowym nawożeniu, na luźnym piasku plon ziemniaków wyniósł 6 ton z ha, a topinamburu 12 ton. Na dobrze uprawianych średnich glebach plon może dochodzić do 40 ton z hektara. Jeśli porównalibyśmy zawartość białka - przewyższa ziemniaki i buraki pastewne dwu-, a nawet trzykrotnie.
We Francji bulwy topinamburu są powszechnym składnikiem sałatek. W Niemczech można spotkać wódkę - „Topinambur brandy”, jako że wydajność alkoholu z tej rośliny jest imponująca.
Na uprawę topinamburu można przeznaczyć skrawki gruntu koło obejścia gospodarskiego, jak również różne nieużytki. W uprawie polowej przeznacza się dla niej pole wyłączone z płodozmianu, gdyż jest rośliną trwałą, mogącą na tym polu pozostawać kilka lat. By zlikwidować plantację, przez dwa lata trzeba uprawiać  po nim rośliny pastewne lub okopowe w celu wyniszczenia pozostałych bulw, które odbijają i zachwaszczają nowe zasiewy.
Bulwy wykopane jesienią najlepiej przechowywać w kopcach podobnie jak marchew. Ponieważ kłęby łatwo się psują, trzeba je przesypywać warstwami suchego piasku. Można je też przechowywać w piwnicach, utrzymując temperaturę O st. C. Podczas łagodnych zim bulwy wykopuje się w miarę potrzeb. Jest to najlepszy sposób przechowywania.
Wiara Indian w życiodajną moc tej rośliny miały podstawy. Badania naukowe wykazały, że bulwy topinamburu zawierają niezwykle cenne makro- i mikroelementy. Oprócz krzemu, potasu, wapnia, fosforu, żelaza i cynku zawierają fruktozę, błonnik pektynowy i aminokwasy.
Topinambur obniża poziom złego cholesterolu w organizmie, reguluje ciśnienie krwi oraz pracę przewodu pokarmowego, podnosi odporność organizmu i dodaje energii.
Badania radiestezyjne wykazały bardzo wysoki poziom bioenergii, wyższy niż czosnku. Bulwy zawierają witaminy: A, B1, B2, B6, C, i E. Warto więc wprowadzić tę roślinę do naszego jadłospisu. Polecana jest chorym na cukrzycę, szczególnie w początkowym stadium rozwoju choroby. Pomocna może być w leczeniu prostaty, jak i wielu innych chorób, chociażby chorób płucnych.  Tak twierdzi znawca problemu Stanisław Stuchlik z którego tekstu zaczerpnąłem całą swą wiedzę na temat tej rośliny. Moja bowiem ogranicza się wyłącznie do stwierdzenia, że topinambur jest pyszny.

9.01.2012
poniedziałek

Mazowieckie smaki i przysmaki

9 stycznia 2012, poniedziałek,

Kurczęta po polsku to mazowiecki i warszawski przysmak 

Z mazowiecką kuchnią i smakosze, i kucharze, i etnografowie zawsze mieli sporo kłopotów.  Bardzo trudno bowiem odpowiedzieć na pytanie o jej wyróżniki. Potrawy z innych regionów: z Podhala, Śląska, Wielkopolski czy  Kaszub łatwo wymienić. Mają one swoją długą historię, znane wszystkim nazwy i odróżniający je smak. Chyba każdy wie że pyry z gzikiem wywodzą się z Poznańskiego, kwaśnica z Podhala, modro kapusta ze Śląska a rebno prażnica to jajecznica z Kaszub. Na Mazowszu trudno o takie słynne wyróżniki. W pewnym  stopniu można uznać za potrawę mazowiecką  rej bak lub gęś po kurpiowsku, flaki z pulpetami po warszawsku, pryskane ziemniaki płońskie czy śledzie po łowicku. Ale są to dania znane w wąskim kręgu mieszkańców małych regionów.
Kłopot  z wyodrębnieniem mazowieckich smaków powoduje sąsiedztwo Warszawy. W każdym kraju stolica i jej okolice asymilują potrawy z innych regionów czyli ogólnonarodowe. I tak było od wielu stuleci. W Warszawie bowiem miały miejsce sejmiki, elekcje, spotkania szlachty ze wszystkich polskich prowincji. Tu były także liczne karczmy żydowskie. Wpływ kuchni żydowskiej na mazowiecką jest także bardzo wyraźny.
Jak widać więc na przestrzeni dziejów kuchnia mazowiecka czerpała (i czerpie nadal) wzorce z kuchni wszystkich regionów ale także i ze świata. Aby jednak nie ograniczyć się wyłącznie do narzekań trzeba wymienić choć kilka cech kuchni mazowieckiej.
Jak wiadomo specyfika kuchni regionalnych zależy od położenia geograficznego i klimatu, czyli że przyroda decyduje o tym, co mamy w garnku oraz na talerzu. Duże połacie mazowieckich puszcz i lasów spowodowały, że w kuchni tej króluje dziczyzna, grzyby, czarne jagody, borówki. Wisła, Narew, Bug i inne rzeki oraz jeziora i liczne stawy  dostarczały wielkiego wyboru  ryb i raków. Wymienione wyżej produkty królowały oczywiście na stołach w dworkach szlacheckich. Na mazowieckiej wsi dominowała prosta kuchnia oparta na potrawach mącznych i ziemniaczanych: pyzy, pierogi, podpłomyki i inne  placki, wreszcie chleb, w tym bardzo specyficzny chleb z ziemniakami podawany często do jajecznicy z cebulą.
W kuchni Mazowsza całkiem odrębną kategorię stanowiły potrawy łowickie i kurpiowskie. Przykładem są fafernuchy - ciasteczka marchewkowo-miodowe (ich inna wersja to kopytka polewane syropem z buraków), zupa fasolowa – sabelwon, zupa z zielonych gąsek zwanych tu prośniankami, prażucha, kluski, racuszki, a nawet gryczane kołacze. Wyjątkową pozycję zajmował  wspaniały  miód  z leśnych pasiek. Niezrównaną i raczej gdzie indziej nieznaną potrawą były kotlety przyrządzane z kaszy gryczanej, suszonych grzybów, cebuli z dodatkiem tymianku oraz ziemniaki po staropolsku czyli  grube plastry ziemniaków smażone na silnie rozgrzanym smalcu, posypane solą, pieprzem i majerankiem. Obowiązkowo trzeba wspomnieć o krupniku kurpiowskim i kurpiowskiej wątróbce szpikowanej słoniną. Najbardziej znanym tutejszym deserem były mendrzyki czyli placuszki z sera.
W niedużych, ale dość licznych mazowieckich majątkach, na stołach przeważał drób faszerowany: gęsi, kurczaki, kaczki. W większych mazowieckich  miastach, szczególnie w Warszawie znaleźć można w menu  potrawy znanych także i w całej Polsce: bigosy, flaki, białą kiełbasę. Dania te były od dawna podstawą posiłków podawanych w przydrożnych gościńcach. Słynne bowiem były zarówno warszawskie karczmy, jak i kawiarnie, w których podawano lekkie, pyszne pączki, tak chwalone przez cudzoziemców odwiedzających Warszawę.
Przeniesienie stolicy do Warszawy w 1596 roku sprawiło, że od tego czasu kuchnia królewska, szlachecka i mieszczańska ulegała wpływom m.in. kuchni francuskiej, niemieckiej i rosyjskiej, a kuchnia stołeczna przybrała podwójne oblicze: prostej kuchni prostych ludzi i wykwintnej, królewskiej i magnackiej kuchni Wazów oraz Sasów.
Popularną potrawą na Mazowszu była zawsze gęś, którą pieczono z jabłkami lub czerwoną kapustą, a pozostały z niej tłuszcz wykorzystywano do smarowania chleba.
Słynny był też - i na szczęście jest nadal -  kurczak po polsku nadziewany siekanymi podrobami wymieszanymi z natką pietruszki, bułką i jajkiem.
Widać więc, że kuchnia mazowiecka ma swoje wyróżniki, choć funkcjonują one głównie poza stolicą i znane są w niezbyt licznych środowiskach regionalnych smakoszy. Jeżdżąc jednak po dzisiejszym województwie mazowieckim warto zatrzymywać pod coraz liczniejszymi zajazdami i karczmami, by popróbować tego, co tu warzono w kociołkach od stuleci. Smacznego!

PS.

Czasem niesympatyczne  i złośliwe uwagi wywołują całkiem niezamierzone efekty. Tak jest i tym razem. Alicja szarpana za męską koszulę, przypomniała sobie treść makatki (czy raczej wielu makatek) zdobiących w dawnych czasach ściany domowych kuchni i głoszących m.in. że „Dobra żona tym się chlubi, że gotuje co mąż lubi” lub „Dobra żona męża korona”. W jednym z muzeów była nawet wystawa  pt. „Makatki – kicz czy sztuka?”. Nasza koleżanka z Kanady proponuje odkurzenie i przypomnienie makatkowych treści oraz zamieszczenie ich w naszych archiwalnych zbiorach.