Zmora dzieciństwa, rozkosz dla dorosłych

2010/09/2, czwartek

To częsty przypadek. Gdy byłem dzieckiem zamęczano mnie ohydną zielona papką. Do tego z czosnkiem i śmietaną. Gdy dorosłem - uwielbiam szpinak pod każdą postacią. Nawet taki sam jak ten podawany w dzieciństwie. I nie jestem w tym osamotniony.

Polacy bowiem dzielą się na stronnictwo zielonych - amatorów szpinaku pod wieloma postaciami i na antyzielonych - jego wrogów, wstrząsających się, gdy widzą podłużne charakterystyczne listki. Naszym stołem i jadłospisem moda rządzi w stopniu o wiele większym niż strojami. W tej dziedzinie jest to zazwyczaj wypadkowa popytu i podaży, ceny i snobizmu. W ostatniej kolejności zaś smaku i wartości zdrowotnych. Są też produkty czy dania, które zyskują popularność dzięki szczęśliwemu połączeniu tych wszystkich czynników. Taki właśnie jest szpinak (łac. nazwa spinacia oleracea) - hit ostatnich lat, modny i ceniony w kilkunastu rożnych rolach.

Regionem, w którym najwcześniej doceniono smak oraz wartości tego warzywa (tam zaczęto uprawę szpinaku) był teren dzisiejszego Iranu, czyli starożytna Persja. Wraz z Arabami osiedlającymi się w Hiszpanii, trafił w XI wieku do Europy i szybko rozprzestrzenił się. Krajami, w których szczególnie ceni się dania ze szpinaku są Włochy, Francja i Niemcy.

Warto jeść szpinak przede wszystkim dlatego, że - odpowiednio przygotowany - jest pyszny, a to dla smakosza kwalifikacja najważniejsza. Ale trudno też o inne warzywo równie bogate w sole mineralne, enzymy, witaminy i niezbędne dla zdrowia pierwiastki. Lista bogactw szpinaku to potężny wykaz, zawierający zarówno witaminy z grupy B, jak i witaminę C, nienasycone kwasy tłuszczowe i białko, a także cenne pierwiastki, takie jak potas, magnez czy żelazo.

Nie należy gotować szpinaku zbyt długo (wystarczy 3 - 4 minuty i doprawić do smaku). Najlepiej zjadać od razu po przyrządzeniu, bez odgrzewania, aby nie dopuścić do przekształcenia się azotanów w azotyny, które nie są obojętne dla zdrowia. Warto też zadbać o to, aby w potrawie ze szpinaku znalazło się nieco mleka, śmietany lub sera, co pozwoli lepiej wykorzystać znajdujące się w nim żelazo.
Niejedną osobę ucieszy kolejna dobra informacja: zjadając 2 szklanki liści szpinaku pochłania się zaledwie 13 kcal.
Szpinak z rodzynkami
Liście szpinaku, oliwa, czosnek, rodzynki, orzeszki pinii,  gałka muszkatołowa
Na oliwę wrzucić rodzynki, po chwili, gdy tylko spęcznieją, posiekany czosnek i orzeszki pinii. Nie dopuścić do zbrązowienia czosnku. Zblanszować liście szpinaku, wrzucić na patelnię z odrobiną soli i z tartą gałką muszkatołową. Podawać z plasterkami cienko pokrojonego parmezanu.
Szpinak z truskawkami
Paczka włoskiego szpinaku, 15 dag truskawek, 2 jaja, winegret
Szpinak opłukać pod bieżącą wodą, osaczyć na papierowym ręczniku. Truskawki umyć i pokroić na połówki lub ćwiartki. Jaja ugotować na twardo, obrać i pokroić w ósemki. Ułożyć szpinak na półmisku, przystroić pokrojonymi truskawkami jajami. Polać sosem winegret. Odstawić (przykryte folią) na pól godziny do lodówki.

 

Dziękuję Ci Ateno!

2010/09/1, środa

Wszyscy znamy piękny mit o Atenie, która konkurując z Posejdonem o prymat na Olimpie zasadziła pierwsze drzewo oliwne i dała nam, ludziom, możliwość używania oliwy lub oliwek. Dlatego też najpierw do bogini mądrości kieruje podziękowania a później przytoczę fragment książki Bryana Bruce’a, który dużo pisał o dziele Ateny.

“Oliwa z oliwek od wieków znajdowała zastosowanie w lecznictwie. Hipokrates, często zwany “ojcem medycyny”, polecał ją przy leczeniu wrzodów, do łagodzenia bólu przy ząbkowaniu, jako lekarstwo na cholerę oraz bóle mięśni. Dioskurides Pedanios, grecki lekarz i botanik żyjący w I wieku naszej ery (który prawdopodobnie był najlepszym wytwórcą maści, jaki kiedykolwiek żył) używał oliwy z oliwek jako podstawy dla niemal wszystkich swoich lekarstw. Na przykład jego maść z owoców oraz liści drzewa laurowego wymieszanych z oliwą z oliwek rozgrzewała i rozszerzała pory skóry, redukując ból. Z kolei maść z płatków róży wspomagała leczenie ran i łagodziła skurcze miesiączkowe. Mieszał on też z oliwą żywicę, wosk, tłuszcz wołowy i mirrę, przygotowując inne lecznicze maści dobre na wszystko od zmiękczania strupów po pomoc przy porodzie.

W czasach nam współczesnych badania nad tłuszczami spożywanymi w diecie i poziomem cholesterolu we krwi udowodniły, że oliwa z oliwek to tłuszcz jednonienasycony, który pomaga obniżyć poziom lipoprotein o małej gęstości (LDL zwanych też “złym” cholesterolem), odpowiedzialnych za tworzenie się zatorów w żyłach. Oliwa podwyższa też poziom lipoprotein o wysokiej gęstości (HDL), które usuwają cholesterol zalegający w żyłach i transportują go z powrotem do wątroby, skąd zostaje wydalony. Niezwykle wysoki poziom spożycia oliwy z oliwek przez mieszkańców terenów śródziemnomorskich może być przyczyną, dla której rzadziej zapadają oni na choroby serca niż na przykład Amerykanie.

Oliwa nie tylko zapewnia zdrowie wewnętrzne, ale też od tysięcy lat odgrywa znaczącą rolę w pielęgnacji urody. Oliwki i oliwa są niezwykle bogate w kwasy tłuszczowe i działają jak przeciwutleniacze, chroniąc naskórek przed wolnymi rodnikami, które stanowią główną przyczynę starzenia się skóry. Stymulują też naturalną reakcję odpornościową, która przyspiesza regenerację komórek, i działają jak środki przeciwgrzybiczne i detoksykujące.

Na Środkowym Wschodzie, gdzie oliwa zawsze była podstawą balsamów i mikstur, nadal jest ona najpopularniejszym kosmetykiem do pielęgnacji ciała. Kilku kropel perfumowanej oliwy używa się do namaszczenia głów ukochanych osób podczas rytuałów religijnych, jest też używana w medycynie hinduskiej do masażu. Wielu miłośników oliwy zna Savon de Marseille, pochodzące z Francji mydło na bazie oliwy z oliwek, a zawierające oliwę produkty Palmolive są popularne na całym świecie.
Ze względu na koszty i zmiany w modzie większość specyfików na bazie oliwy z oliwek zniknęła z zachodnich półek sklepowych, ale ostatnio przeżywają one swego rodzaju “come back” jako składniki pielęgnujące skórę, ponieważ ludzie szukają coraz bardziej “naturalnych” kosmetyków.”

Teraz w poczuciu spełnionego obowiązku sięgam do szafki, w której w ciemnościach i niewysokiej temperaturze stoi butelka złotego płynu. Na etykiecie widnieją zaś takie słowa: “Il Casolare Grezzo naturale Olio Extra Vergine di Oliva stratto a freddo Farchioni 1 L”.

Otwieram, napawam się aromatem i piję dwa potężne łyki. Jest pysznie!

Grande pizza to nie granda tylko rekord Guinnessa

2010/08/31, wtorek

Wzięliśmy udział w wydarzeniu, które odnotowano w Księdze Rekordów Guinnessa czyli pieczeniu na krakowskich Błoniach najdłuższej pizzy świata. Nazwa imprezy: Pizza w skali Makro ujawnia kto za tym wydarzeniem stoi. A że Makro - a zwłaszcza jej departament zajmujący się kształcenie kucharzy i innych fachowców działających w gastronomii kierowany a przez Grzegorza Kazubskiego czyli HoReCa - ma spore zasługi w dziedzinie dostarczania do Polski najlepszych i najświeższych produktów kulinarnych, to przyjęliśmy zaproszenie z radością.

Pizza, że końca nie widać…

W przeddzień bicia rekordu i kucharze ( a było ich 200) i prowadzący imprezę Włoch Vito Casetti ( Paolo Cozza    dołączył następnego dnia) oraz goście ze świata artystycznego uczestniczyli w konferencji prasowej, podczas której ujawniono liczby dowodzące, że było to iscie gargantuiczne przedsięwzięcie. Do upieczenia pizzy giganta zużyto 4 tony maki, 1500 litrów sosu pomidorowego, 1600kg sera mozzarella. Zbudowano  ponad  tysiąc metrów liczący stół i obok niego tor, po którym przesuwał się specjalny piec przypominający pociąg. Ów pociąg przesuwał się po szynach i piekł kolejne odcinki włoskiego placka. Dyrygujący operacją mistrz kucharski Grzegorz Kazubski przeistoczył się w generała dowodzącego bitwą. A była to bitwa, którą dziś można określić mianem zwycięstwa polskich kucharzy na miarę wiedeńskiej odsieczy. Tym razem pokonali oni wprawdzie nie Turków lecz Włochów z Toskanii, do których należał poprzedni rekord (zaledwie 500 m).

Z pizzy w skali Makro wykrojono 25 tysięcy kawałków, które w mgnieniu oka zostały pochłonięte przez zgromadzona na Błoniach publiczność. Dla nas nie został nawet okruszek. Na szczęście jednak poprzedniego dnia, po konferencji prasowej kilkoro gości imprezy ( w tym także i my czyli autorzy książek kulinarnych od lat  piejący z zachwytu nad włoska kuchnią) przygotowało pizze normalnych rozmiarów, które także zjedzono ze smakiem. Wśród pizzeiolo byli m.in. aktorki Ewa Gawryluk, Grażyna Wolszczak i Monika Mrozowska, scenarzysta Cezary Harasimowicz, aktor Waldemar Błaszczyk, dziennikarz-smakosz Paweł Loroch no i tandem Adamczewskich. Fakt, że i te pizze nie leżały długo na talerzach świadczy o ich jakości. Nasza zaś wyróżniała się formą, bo jako jedyna miała uszy i oczy co pozwoliło nadać jej nazwę Topolino czyli Myszka. I ona właśnie zniknęła najprędzej.

Od tej pory Kraków odzyskał swoją stołeczność. Tu bowiem mieści się stolica Grande Pizza  przeniesiona z Neapolu.

Fot Grzegorz Kozakiewicz/Studio 69

 

W papieskiej kuchni

2010/08/30, poniedziałek

To chyba ostatnie posiedzenie polskich biskupów na Jasnej Górze spowodowało, że najpierw sięgnąłem po książkę Josefa Imbacha o papieskiej kuchni a potem znów sięgnąłem do dzieła Eleny Kostioukovitch. Biskupi w Częstochowie siedzieli wiele godzin i wygotowali raczej zakalec. W obu wymienionych książkach zaś opisy apetytu papieży i umiejętności ich kucharzy wydały mi się bardziej smakowite:

“Około połowy XVI wieku na papieskim tronie zasiadł Juliusz III (był papieżem w latach 1550-1555), który, jak wiemy z ówczesnych biografii, przeżył ostatnie lata swego pontyfikatu w zbytkownej willi niedaleko Rzymu, oddając się ziemskim rozkoszom. Pewien młody awanturnik o imieniu Innocenzo został przez niego wyniesiony do godności kardynała i został wszechpotężnym jałmużnikiem na papieskim dworze. Wielu krewnych papieża, choć były to osoby niegodne, obejmowało ważne stanowiska i godności kościelne, podaje rosyjski słownik encyklopedyczny Brockhausa-Efrona.

Innocenty został mianowany kardynałem w dwudziestym roku życia. Prałaci, którzy najbardziej odczuwali potrzebę zmiany zwyczajów Kościoła, aby przeciwstawić się protestanckiej reformie, daremnie protestowali przeciwko jego nominacji. Niektóre osoby z otoczenia papieża złośliwie tłumaczyły przywiązanie Juliusza III do tego chłopca-kardynała tym, że wyznaczył mu szczególną funkcję opiekuna papieskiej małpy. Z tego powodu zyskał przezwisko Bertuccino - ?Koczkodan”. Z dziennych rejestrów papieskich kucharzy wynika, że ów Juliusz III codziennie kazał przynosić sobie do swych prywatnych pokojów faszerowane pawie (potrawę bogatych arystokratów, z pewnością nie pokutników) i cebulki z Gaety (opowiadano, że miały być wspaniałym afrodyzjakiem).

Paweł IV, który został papieżem niedługo potem (1555-1559), potrafił spędzić przy stole nawet pięć godzin, smakując jedną po drugiej dwadzieścia potraw.

Natomiast Pius V (1566-1572), później kanonizowany, przywrócił Kościołowi surową prostotę. Ten dominikanin i fanatyczny prześladowca heretyków, zanim został papieżem, działał jako inkwizytor. Po otrzymaniu papieskiej tiary zabronił urządzania w Rzymie świeckich uczt. Szlachcice, którzy łamali ten zakaz, musieli płacić grzywnę. Wszystkich innych za pierwszym razem skazywano na pokutę, za drugim na publiczną chłostę, I a za trzecim na galery. Do klasztorów wprowadzono przepisy tak surowe, I że nie wszyscy byli w stanie się do nich stosować. Inkwizycja karała przestępstwa popełnione dwadzieścia lat wcześniej, a papież nigdy nie łagodził wyroków, wprost przeciwnie, jeśli egzekucji było niewiele, odwoływał sędziów za brak gorliwości. Sam Pius V był wolny od pospolitych przywar, skłonności do nepotyzmu, niegodziwości (to on obłożył ekskomuniką angielską królową Elżbietę I) i choć jadał bez świadków, bezpośrednie świadectwa papieskiego apetytu pozostawił jego prywatny kucharz - który okazał nie tylko mistrzostwo kulinarne, ale także talent literacki. Kucharzem tym był nie kto inny, tylko Bartolomeo  Scappi, autor pierwszej poważnej włoskiej książki kucharskiej i reformator zachodnioeuropejskiej kuchni. W dziele z 1570 roku, Opera de arte del cucinare (Dzieło o sztuce kulinarnej), Scappi opisał kilka ulubionych potraw papieża, na przykład słodkowodną rybę z jeziora Garda i rybę z Morza Liguryjskiego oraz czarny kawior z egipskiej Aleksandrii.”

Warto w tych czasach było być papieżem. I tylko ciekawi mnie czy mieli oni w swoim ogródku takie borowiki. Ten, znaleziony w piątek rano, zapowiada niezły wysyp.

 

Czym się różnią Włosi od innych nacji (przy stole)

2010/08/27, piątek

 

Lubię siedzieć przy stole z mieszkańcami Italii. Są weseli, rozmowni, dowcipni i wiedzą co jedzą. Nie widziałem też nigdy by pogwałcili bezmyślnie obyczaje i reguły obowiązujące od stuleci a dotyczące kolejności podawanych dań i towarzyszących im napojów. W dodatku rozmowa przy włoskim stole jest bardzo atrakcyjna. Zwłaszcza gdy dotyczy jedzenia. Znają bowiem oni historię niemal każdego dania i produktu. A są to historie wprost fascynujące. I wtedy okazuje się, że kierowca ciężarówki (warto ich śladem jechać w porze posiłku do najdziwniej nawet wyglądającej trattorii), rybak, kelner ma wiedzę na ten temat równą profesorowi, pisarzowi czy artyście. A znajomość historii spaghetti,  grissini czy gorgonzoli to po prostu historia poszczególnych regionów Włoch. I to od czasów antycznych.

Moim zdaniem nie ma innej nacji, której członkowie mogą stanowić tak ciekawe towarzystwo przy stole. No, może Francuzi. Ale tu mam znacznie mniejsze doświadczenie.

Ostatnio przeczytałem dwie pyszne anegdotki dobitnie prezentujące różnice między Włochami a Rosjanami i Amerykanami. Oczywiście przy stole.

“W Rzymie, w mieszkaniu tłumaczki i specjalistki od kultury rosyjskiej, odbywa się przyjęcie na cześć pisarza, który przyjechał z Moskwy. Jest trzynasta, podano obiad. Po obiedzie pisarz pyta, kiedy będzie mógł napić się herbaty. “Oniemiałam ale nie upadłam na duchu” - śmieje się pani domu. “Postanowiłam zabawić wszystkich. Wyobraźcie sobie, co wymyśliłam! Powiedziałam: teraz wszyscy pijemy herbatę! I nikt nie mrugnął okiem. Przyniosłam filiżanki i wszyscy zaczęli popijać! I tak wybrnęłam z kłopotu”. Pomyślmy: jeśli znawczyni rosyjskiej kultury, która przez dziesięć lat mieszkała w Moskwie, uważą za coś aż tak dziwnego i niezwykłego prośbę o herbatę o nieodpowiedniej porze, to czego można oczekiwać od innych Włochów? “Ale dlaczego ona oniemiała?” - zapytają Rosjanie, nie wiedząc, że po obiedzie Włosi piją tylko kawę i to dopiero po deserze. “Więc niech im będzie powie Rosjanin. Ale jeśli w domu była herbata i można ja było zaparzyć, co było złego w podaniu gościowi herbaty razem z deserem?” W Rosji nie  byłoby to nic złego, ale we Włoszech coś takiego jest nie do pomyślenia” - opowiada Rosjanka Galina Murawiewa.”

Traumatyczną przygodę (zdaniem jej bohatera) przeżył słynny boloński restaurator Mario Zurla. Zapytany przez znawcę włoskiego obyczaju kulinarnego, pisarza Cesare Marchi o najgorszy dzień w zawodowym życiu odpowiedział: “Dzień, w którym Amerykanie wyzwolili miasto. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Wyczekiwałem  zwycięstwa aliantów, więc kiedy przyszedł do mnie oficer, żeby mi powiedzieć, że sztab piątej armii amerykańskiej zamierza uczcić to wydarzenie wielkim obiadem w moim lokalu, przeżyłem jedna z najradośniejszych chwil w swoim życiu. Oficer poinformował mnie, że o produkty zadbają oni sami, żebym nie musiał się martwić zbytnio o kartki żywnościowe ani korzystać z czarnego rynku. Pozostawiono mi pełną swobodę w wyborze menu. “Tortellini w rosole”? - zaproponowałem. “Bardzo dobrze” - odpowiedział oficer. Potem zasugerowałem pieczonego indyka. I on pasował doskonale. Dodałem troche gotowanego mięsa, kiełbasę cotechino, faszerowane nóżki wieprzowe, nawet soczewicę. Oficer zaakceptował wszystko bez sprzeciwów. “A co do picia?”. “Czekoladę” - odparł oficer. O mało nie zemdlałem. Czekolada i tortellini, z nóżka wieprzową? Historia nie z tego świata. Oficer zorientował się, że popełnił gafę i natychmiast się poprawił: “Och, signor Zurla, jeżeli czekolada nie pasuje, możemy popijać coca-colą”. Co mogłem odpowiedzieć na tę kolejną gastronomiczną herezję? Nic. Rzekłem tylko “Jak pan sobie życzy”. I z miłości do wyzwolonej ojczyzny zająłem się garnkami.”

Jak silne to musiało być przeżycie, że nie bez zdenerwowania relacjonował je Zurla  po 50 latach. Bo Włosi swoją kuchnię traktują bardzo serio. Ja też!

 

Na zakupy czy na kurki?

2010/08/26, czwartek

 

Aby nie doszło do niepotrzebnej rodzinnej scysji poszliśmy na kompromis: i tu, i tu. Najpierw więc krótkie zakupy w Pułtusku, w którym sklepy są zaopatrzone jak w każdym dużym mieście. Kupiliśmy więc mój ulubiony chleb razowy z ziarenkami w piekarni pana Białczaka. Naszym zdaniem to najlepszy piekarz w mieście. Podobnie myślą i inni mieszkańcy okolicy, bo w piekarni zawsze tłoczno
Potem zajrzeliśmy do rybnego po porcję krewetek, by wg. blogowego przepisu Aliny zrobić pasztet.
Na targu kupiliśmy pomidory, które w tym roku są niebywale piękne i bardzo smaczne. Były też resztki moreli, które zostaną zamienione na kwaskowate konfitury, by goście mogli jadać słynne torty Basi.
U rzeźnika (jest sklep z wyrobami regionalnymi) - kiszkę ziemniaczaną ze skwarkami oraz niebywałego smaku półgęsek.

Na koniec wpadliśmy do Lidla po sałatę lodową. Tylko tu bowiem jest sałata. W żadnym sklepie warzywnym ani na targowisku jej nie ma. Czekam wiec na ten moment, gdy te zielone (albo i czerwone) liściaste kule  pojawią się w całym mieście. I wierzę, że to nastąpi. Podobnie było z oliwą. Najpierw nie było jej nigdzie a teraz jest w wielu sklepach i w wielu gatunkach. A wszystko dzięki naciskowi klientów czyli naszemu stałemu dopytywaniu się o to, kiedy wreszcie będzie ten najzdrowszy i najsmaczniejszy gatunek tłuszczu.
Na koniec pojechaliśmy do sąsiedniej wsi, gdzie jest sklep z używanymi meblami zwożonymi z Niemiec i Holandii. Meble nas nie interesują ale porcelana lub fajans i owszem. I tym razem Basia wypatrzyła kilka półmisków i talerzy do przekąsek błękitnej serii bawarskiej.

W drodze powrotnej do domu pojechaliśmy (zgodnie z umową) do lasu za cmentarzem. Tam, tuż przed końcem lasu i początkiem pól, od lat zbieramy kurki. I tym razem znaleźliśmy parę tych smakowitych grzybków. Nie był to jednak obfity zbiór ale na śniadanie dla dwóch osób będzie wspaniała jajecznica. Zwłaszcza, że kurki własnoocznie wypatrzone i własnoręcznie zebrane a jajka też przyniesione wprost z kurnika, co ma dobry wpływ na smak potrawy.

I tak minął kolejny dzień. (O pracy przy komputerze nie wspominam, by nie psuć miłego nastroju!)

 

 

La finanziera czyli genitalia w winie

2010/08/25, środa

Proszę nie gorszyć się tym tytułem. To prawdziwa atrakcja kulinarna, która jest jeszcze przede mną, Nie byłem bowiem Dotąd nigdy w Piemoncie. Ale po przeczytaniu jakie atrakcje kulinarne tam na mnie czekają postanowiłem, ze w przyszłym roku w drodze nad morze zawadzę o okolice Turynu, bo niewątpliwie warto. Tamtejsza kuchnia różni się diametralnie od pozostałych regionalnych kuchni Italii. I kusi mnie zarówno winem Barolo jak i truflami z Alby, serem Castelmagno czy karłowatymi karczochami, które można jeść na surowo. Ale najbardziej ciekawi mnie spotkanie z trzema daniami: bagna cauda, gran bollito i wspomniana już la finanziera.

Zanim poznam ich smak muszę napawać się tylko opisem. Siłą rzeczy i wy także. Wszystkie te dania wykluczają smakowanie ich jednocześnie w czasie jednego posiłku. Są na to nadmiernie sycące. Oto ich spis alfabetyczny:

1.Bagna cauda - to danie jednogarnkowe w skład którego wchodzą sardele (3 rybki na każdego biesiadnika), czosnek (10 ząbków na ucztującego), oliwa (kieliszek na osobe), siedem gatunków piemonckich jarzyn np. karłowate karczochy, papryka, rzepa, topinambur, różne kapusty, cykoria, endywia, pory, szalotki. Gotowanie trwa krótko, mimo, że na małym ogniu. Do tego dużo piemonckiego chleba, parę plasterków surowego salami konserwowanego długo w słoiku z wieprzowym smalcem. No i parę kieliszków młodego wina Barbera.

2. Gran bollito - to półmisek gotowanych mięs. Przy jego gotowaniu obowiązuje reguła siedmiu: siedem rodzajów mięsa, siedem ozdób i siedem sosów. Mięsa to cielęca karkówka, pręgi, łaty, tylna część udźca, środek łopatki, mostek z podgardlem, rolada  czyli plaster z tzw. górki z farszem ze słoniny, salami, jaj, marchewki, ziół, pieprzu. Siedem ozdób zaś stanowią głowizna z pyskiem, ozór, faszerowana nóżka wieprzowa, ogon, kura, kiełbasa cotechino i tłusty płat mięsa pstro przypieczony na ogniu
3. La finanziera - wołowe flaki i genitalia gotowane w mieszance octu z winem Marsala. W końcowym etapie doprawione najlepszym miejscowym winem Barolo. W kociołku muszą znaleźć się także cynaderki, móżdżek cielęcy, wątróbka, mleczko cielęce, grzebienie kogutów i dowolne leśne grzyby. Danie to podaje się bądź na cieście francuskim, bądź w białym risotto
I to wszystko czeka na mnie a ja na te nowe smaki. Pocieszam się, że do kolejnej wyprawy już tylko 11 miesięcy.

 

Przy stole królowej Wiktorii

2010/08/24, wtorek

Bardzo chętnie sięgam po biografie. Znacznie częściej niż po beletrystykę. Prawdziwe życie wydaje mi się znacznie ciekawsze niż to, które wymyślił nawet najbardziej utalentowany pisarz.

W trakcie urlopu przeczytałem m.in. ciekawą książkę wydaną przez Ossolineum, pióra Mariusza Misztala - “Królowa Wiktoria”. To portret nie tylko wielkiej angielskiej władczyni ale także wnikliwy obraz Europy jej czasów.

Mnie interesowała najbardziej część dotycząca obyczajów, w tym zwłaszcza kulinarnych. Na szczęście autor opisał dość precyzyjnie kilka uczt królewskich nie ograniczając się do najczęściej stosowanego w polskim piśmiennictwie zwrotu: “wszyscy zasiedli do stołu i z wielkim apetytem jedli”. Przytoczę więc fragment książki Misztala pokazujący wpływy kuchni francuskiej, bardzo silne w tamtym czasie na brytyjskim dworze.

“Przynajmniej w pierwszych latach panowania (królowej Wiktorii - przyp. P.Ad.), kiedy głównym kucharzem na dworze był Charles Elme’ Francatelli, Obowiązywał coraz popularniejszy wśród arystokracji sposób serwowania posiłków a’  la francaise. Inaczej niż nakazywała angielska tradycja, nie serwowano wszystkich dań naraz, aby goście wybierali, na co mieli ochotę, ale na francuską modę poszczególne dania były podawane przez liczną służbę w ściśle określonej kolejności. Najpierw podawano zupy (potages), consomme’ i zabielane śmietaną, do których pito hiszpańskie sherry. Danie rybne skladało się zwykle z dwóch potraw, takich jak grillowane ostrygi, łosoś, pstrąg lub też homar w sosie śmietanowym, podawane  z winem mozelskim. Po rybach szły przystawki (hors d’oeuvres), następnie releves, lekkie dania między dwoma wymyślnymi, np. pasztet z krewetek, potem danie główne (entrees), pieczyste, białe i czerwone, w zawiesistych sosach. Po zaprawionych rumem lub porto sorbetach, które oczyszczały podniebienie, znowu szły releves, np. dzikie ptactwo i smażone warzywa w sosach winnych, a na koniec desery, flancs, główna atrakcja wieczoru i contre-flancs, mniej wymyślne słodycze, do których podawano szampana. Dania serwowano na chińskiej porcelanie i złotych lub srebrnych zastawach, których dworska kolekcja ważyła ponad pięć ton. Każdego prawie dnia zwożono do pałacu góry jedzenia, np. 250 jagnięcych ćwierci z Walii, olbrzymie boki wołowe i wieprzowe z Windsoru, kilkaset kurcząt, bażantów i przepiórek, sarninę i dziczyznę ze Szkocji, pudła rzadkich trufli z Italii, krewetki i małże z Kornwalii, olbrzymie 7-kilogramowe głowy cukru oraz kilkadziesiąt kilogramów masła i serów. (…)

Skończywszy posiłek, królowa wstawała od stołu i nie lubiła, gdy mężczyźni - jak to było w zwyczaju - zostawali długo po jej wyjściu w jadalni, paląc papierosy, pijąc wino, dowcipkując.”

Z licznych portretów, które stanowią silną stronę książki oraz z zamieszczonych relacji dworzan i rodziny królewskiej, Wiktoria jawi się jako osóbka maleńka lecz - łagodnie mówiąc - okrąglutka. Przez większą część życia starała się nie zauważać swej nadwagi. W późniejszych latach jednak znaczna otyłość utrudniała jej  chodzenie a także ulubiony sport czyli jazdę konną. Ale czyż można się dziwić temu czytając o obfitości królewskiej spiżarni i atrakcyjności stołu?

 

Eros lubi siedzieć przy stole

2010/08/23, poniedziałek

 

Parę razy pisałem o wpływie dobrego jadła na życie erotyczne. Wywoływało to zwykle ciekawą rozmowę z większością blogowiczów. Prym wiódł w tej mierze Pan Lulek. Mam nadzieję, że przy jego ożywieniu w ostatnich dniach i tym razem zabierze głos dzieląc się z nami swymi niebanalnymi spostrzeżeniami. Jako inspirację do wynurzeń przytoczę fragment cytowanej i popularyzowanej ostatnio przeze mnie  książki Eleny Kostioukovitch “Sekrety włoskiej kuchni”:

“Gdziekolwiek spojrzeć, kuchenne słownictwo kipi od erotyzmu. Cały świat zna deser tiramisu, sławne są też baci Perugina. Niewiele osób wie, że w 1922 roku, gdy wynaleziono te czekoladki, poproszono futurystycznego poetę, żeby wymyślił dla nich nazwę - w tamtych czasach zdarzało się to często. Starając się wyłowić jakąś ludową tradycję, futurysta ten natychmiast  znalazł dla nich bardzo agresywne określenie cazzotti (”szturchańce”, lale cazzo to wulgarne określenie męskiego członka); dopiero po kilku latach właściciel fabryki, Giovanni Buitoni, przechrzci! je na baci (pocałunki) i zaczął wsuwać do każdego opakowania karteczkę z ckliwym tekstem.

W obrazowej i żywej gwarze toskańskiej nawet bułce przypisuje się zdolność do “zajścia w ciążę” po “zgrzeszeniu” z plasterkiem szynki (przygotowała mu dwie ciężarne bułki, które w krajach pozbawionych seksualnej wyobraźni nazywają sandwiczami).

“Żenią się” smaki lodów w rożku i jarzyny w sałatce.

W kuchni neapolitańskiej obecna jest minestra maritata (”ożeniona” zupa), to znaczy zupa jarzynowa z mięsem. Element wegetariański ma charakter pokutny, pełen “bojaźni bożej”, a zupa jarzynowa jest wolna od grzechu. Trafiając do tej postnej zupy, mięso wprowadza zmianę, którą pojmuje się jako utratę dziewictwa, stąd myśl, że zupa “się żeni”. Analogiczne znaczenie ma nazwa maritozzi, słodyczy o zdecydowanie fallicznym kształcie. A o sfałszowanych produktach żywnościowych mówi się, także w oficjalnym słownictwie sądowym, że są adulterati (od adulterare - “fałszować”, ale również “cudzołożyć”).

Nazwy niektórych czynności kuchennych nabierają w języku potocznym podwójnego znaczenia, który odsyła do sfery erotycznej. Według słowników wyraźnie seksualne są aluzje zawarte w zwrotach intingere il biscotto (umoczyć biszkopt) albo menare la polenta (czasownik menare ma wiele znaczeń, m.in. “wodzić za nos”, “poruszać”). Ale także w sensie dosłownym czynności te budzą szczególne skojarzenia. Na obrazie Pietra Longhiego - La polenta (Ca’ Rezzonico, Wenecja) można zobaczyć podniecone pokojówki, które nalewają z garnka płynną polentę na tle białego płótna rozciągniętego na stole. Obraz oddaje zarówno uwodzicielski wdzięk kobiecego ciała, jak i zapał wkładany w owo nalewanie polenty na talerz. Równie dużo żywej zmysłowości kryje się w innym weneckim dziele, tym razem teatralnym: chodzi o dialog Rosaury i Arlekina w komedii Carla Goldoniego La donna di garbo (Układna kobieta, 1743). Rosaura przyrzeka przyrządzić Arlekinowi treściwą polentę:
- Posłuchaj: zaczekamy, aż wszyscy pójdą do łóżka, także ten sprytny Brighella, na którego nie mogę patrzeć. Potem oboje pójdziemy po cichutku do kuchni. [...] Kiedy woda zacznie szumieć, wezmę trochę tego proszku ślicznego jak złoto, który nazywają żółtą mąką, i powoli będę jej dosypywała do garnka, a ty będziesz robił w nim kijaszkiem bardzo zręczne kółka i kreski. A gdy zawartość już zgęstnieje, zdejmiemy garnek z ognia i zgodnie, każde z łyżką w dłoni, przelejemy ją z garnka na talerz. I nałożymy na nią mnóstwo świeżego, żółtego i delikatnego masełka, a potem tyle samo tłustego, żółtego i miałko utartego sera…
- Och, bądź cicho, kochana, bo zaraz zemdleję.
Nie przypadkiem słowem polenta zastępuje się w zwrotach wykrzyknikowych Madonnę, której wzywanie “nadaremno” jest zabronione (Santa polenta!).”

I tyle cytatu. Teraz pora na ciekawą rozmowę.

Przecinka

2010/08/20, piątek

Nie przecinek lecz przecinka. Specjalista łączący w swych umiejętnościach wspinaczkę wysokogórską ze robotą drwala i wiedzą dendrologa zrobił u nas właśnie przecinkę.
Zachciało się Basi prawdziwego trawnika wokół werandy. Przyszła pani z pobliskiego Centrum Ogrodniczego w Grabówcu i orzekła. Bez przecinki ani rusz. I poleciła pana Wojciecha Stalmacha z pobliskiej Jachranki. Pan Wojtek okazał się świetnym fachowcem działającym punktualnie, solidnie i bardzo fachowo.

Przyjechali z samego rana, obejrzeli teren i orzekli: to wyciąć, i to wyciąć, a to zdecydowanie wyciąć. Resztę przerzedzić i przystrzyc usuwając suche zbędne gałęzie.

Przez trzy godziny jeździli na linach po modrzewiach i sosnach. Wybrane drzewa padały precyzyjnie tam gdzie chcieli nie łamiąc nic po drodze. Drewno pocięli, zjedli drugie śniadanie i wypili kawę. Zainkasowali okrągłą sumę i wyjechali. Ich wizyta przypomniała nam dawno nie używany przepis nazwany przez Francuzów “Jaja drwala”. Warto więc go odkurzyć i podać:

8 jaj, 8 grzanek z bułki, 10 dag szynki lub boczku, 6 dag masła, sól, pieprz
Żaroodporne naczynie wysmarować masłem. Dno wyłożyć usmażonymi na maśle grzankami. Przykryć szynką lub boczkiem. Ubić pianę z białek i przykryć grzanki. Zrobić dziurki w pianie i wlać w nie żółtka. Piec w gorącym piekarniku 6 - 8 minut.


Teraz czekamy na panią Olgę i jej pracowników, by założyli trawnik, który po czterystu latach strzyżenia będzie jak w ogrodzie pod Pałacem Buckingham.

 

Pamiętasz Capri tę wyspę kochanków?…

2010/08/19, czwartek

Pamiętam, oczywiście, że pamiętam. Zwłaszcza, ze tak niewiele czasu upłynęło od momentu gdy z Basią i Zuzią wędrowaliśmy po stromych uliczkach miasteczka. Napawaliśmy się widokiem jachtów na morzu, pięknym ogrodem cesarza Augusta utrzymywanym dzięki pieniądzom Kruppa, kamienistą plażą tuż przy porcie i ruinami pozostałymi po willi Tyberiusza.

Widok ze statku w drodze na Capri

Piękna też była droga, którą przebyliśmy statkiem z Salerno. Widok na Amalfi, Positano i inne miasteczka leżące na lądzie pośród skał jest niezapomniany. Barbara, mimo kłopotów z błędnikiem i skłonności do choroby morskiej, ani przez chwilę nie schodziła z górnego pokładu, by nie uronić widoku żadnej wysepki, ani żadnej willi czy winnicy. Emocje pozwoliły przezwyciężyć kłopoty organizmu.

I już jesteśmy, wpływamu do portu

Potem kawa na tarasie jednego z hoteli (pięciokrotnie droższa niż na stałym lądzie czyli w naszym Paestum).No i te kalmary z frytury podane w knajpce portowej! Słowem Capri to raj! Ale nawet raj miewa rysy i pęknięcia.

Pierwsza rysa to tłok na uliczkach, w kawiarniach, na plaży - wszędzie. Tysiące turystów, których dowożą tu promy, statki spacerowe i prywatne jachty tworzą taki tłum, że szybko człek myśli jak się stąd wydostać.
Druga zaś to właśnie ceny. Jest rynek, są klienci - to i ceny szybują wyżej niż latają tutejsze mewy. No cóż luksus cesarski musi kosztować. Tak więc na kolację wróciliśmy na stały ląd. Są bowiem granice rozrzutności, których staram się (bez potrzeby) nie przekraczać.

Z Capri zostały więc tylko zdjęcia i wspomnienia.

 

Wycieczka w przeszłość

2010/08/18, środa

Mimo iście włoskich  upałów, temperatura w cieniu naszej werandy przekraczała systematycznie 33 stopnie, wybraliśmy się z parą przyjaciół na wycieczkę po Mazowszu. Wprawdzie w obydwu wybranych miejscach już byliśmy ale było to dwa lub nawet więcej lat temu, a i okolica i same zabytkowe budowle są warte parokrotnego oglądania. W dodatku to zaledwie godzina jazdy od naszej nadnarwiańskiej wsi. Ruszamy…

Od Pułtuska pod Ciechanów z przyjemnością podziwialiśmy pożniwny krajobraz. Przypomina on dziś obrazy malarzy abstrakcjonistów. Na polach bowiem zamiast tradycyjnych snopków zestawionych po trzy w kopki leżą olbrzymie walce słomy lub równie wielkie sześciany. To rezultat pracy kombajnów i pras do słomy. Dziwny to widok ale już oswojony więc piękny.

We wsiach przez które przejeżdżaliśmy nie widzieliśmy tradycyjnego dla mazowieckiego regionu bałaganu czy brudu. Nie było też rozwalających się zabudowań. Ta część naszego kraju dogania szybko bardziej rozwinięte tereny i zaczyna architektonicznie i cywilizacyjnie przypominać Wielkopolskę.

Wejście do zameczku w Opinogórze

W Opinogórze Muzeum Romantyzmu czyli rodzinny dom Zygmunta Krasińskiego już po remoncie. Jeszcze tylko trwa kończenie oranżerii, która będzie jednocześnie pełniła funkcje Sali koncertowej. A neogotycki zameczek hr Zygmunta i dwór rodzinny już przyjmują zwiedzających. Spędziliśmy u hrabiostwa na pokojach półtorej godziny. Informacji udzielali nam strażnicy z ochrony Muzeum wykazujący się zdumiewającą wiedzą na temat epoki oraz historii rodziny poety.

Zmęczeni wędrówką zatrzymaliśmy się na chwilę w Domku ogrodnika gdzie znajduje się kawiarnia. I tu obsługa nadzwyczaj miła. Tyle tylko, że kawa (zwłaszcza po Italii) wprost obrzydliwa. Myślę, że Krasińscy przewracają się w grobach patrząc na krzywiących się gości. A przecież wystarczy kupić dobry ekspres i równie dobry gatunek kawy. To tak niewiele a jednocześnie tak dużo.

Zostawiliśmy więc niedopite filiżanki i udaliśmy się do… grobowca. W kościele (jakże pięknym) w podziemiach leżą Krasińscy i ich krewni. Są tu też niezwykłej urody płaskorzeźby ilustrujące idee i tematy poruszane przez Zygmunta.

Obok zaś, na cmentarzu do dziś czynnym, obeszliśmy stare groby towarzyszy walk napoleońskich, którzy najpierw znaleźli przytulisko w majątku Krasińskich a potem obok ich grobów.

Gołotczyzna - dwór Aleksandry Bąkowskiej

Z Opinogóry w kwadrans dojechaliśmy do Gołotczyzny, gdzie w majątku Aleksandry Bąkowskiej jest Muzeum Świętochowskiego. Najpierw zwiedziliśmy budynek główny, który poświęcony jest m.in. oświacie organizowanej przez właścicielkę dla chłopskich córek oraz malarstwu. Potem zaś drugi dom, w którym mieszkał aż do śmierci Świętochowski. Tu najwięcej uwagi poświęciliśmy precyzyjnie odtworzonej kuchni, w której głównym sprzętem była lodownia domowa sprzed ponad stu lat.

Pracownik Muzeum prezentuje nam patefon na korbkę i stare płyty

Wczesnym popołudniem, po wyjściu z kuchni Świętochowskiego, postanowiliśmy coś przekąsić. Najbliższe restauracje były w pobliskim Ciechanowie. Tam też zajechaliśmy zachęceni wielkimi przydrożnymi reklamami, do “Panoramy”.  Nie będę relacjonował dokładnie tej wizyty. Kto zechce może zajrzeć do Rankingu restauracji pod adresem  www.polityka.pl/społeczeństwo , powiem tylko, że jedzenie było całkiem niezłe ale sam lokal odstraszający.

Na deser wróciliśmy więc do domu, gdzie czekał nas przepyszny strudel jabłkowy zrobiony przez Basię i butelka lodowatego wina rose z winnicy barona Rothschilda. Po wizycie u mazowieckich hrabiów nie wypadało odkorkować niczego innego.

Risotto czyli prawdziwa poezja

2010/08/17, wtorek

Przed jakimś czasem wpisał mi w witrynie  www.adamczewscy.pl  mój imiennik Piotr Siła (czasem zabierający głos także w blogu) krytyczną uwagę o polecanej (filmik) metodzie przyrządzania risotta. Piotr S. uważa, że risotto bez dolania wina to zykły polski ryż z dodatkami.

Coraz rzadziej mam ochotę na wdawanie się w polemiki, nawet o tak zasadniczej sprawie jak gotowanie, uważając, że sporów, kłótni, polemik i awantur jest wystarczająco dużo w życiu pozablogowym, by przenosić ten obyczaj tutaj. Nawiasem mówiąc obrażalstwo i pohukiwania - niestety - dotarło i do nas, co mnie autentycznie martwi.

Nie odpowiedziałem więc miłemu Piotrowi (to subtelny człowiek teatru więc może źle by zniósł moje uwagi) nic. Aż tu nagle znalazłem wsparcie innego artysty. Oto włoski pisarz Carlo Emilio Gadda (”Ohydna zbrodnia przy via Merulana”, “Cuda Włoch”) pisze o robieniu risotta tak: “Szpik zapewnia risottu, nie bardziej niż bardzo oszczędnie dozowane masło,  umiarkowane natłuszczenie ziaren i, jak się wydaje, wzmaga krwiotwórcze działanie naszego własnego szpiku. Przepis NIE ZALECA OBOWIĄZKOWEGO dodania dwóch lub więcej łyżek czerwonego mocnego wina (z Piemontu), ale pozostawia to indywidualnym gustom.”

Tak było i w omawianym przypadku. Gdy polecałem i pokazywałem jak robię risotto,  moimi gośćmi były dwie nastolatki (widoczne na filmie podczas pałaszowania dania), co powstrzymało mnie od sięgnięcia po flaszę z winem.

Wiele jest dań, które można robić na dziesiątki sposobów: z winem i bez, z cebulką lub bez niej, na maśle albo na oliwie. Każdy sposób jest dobry, zwłaszcza gdy rezultat bywa pyszny i zadowala biesiadników. Podobnie jest np. z używaniem łyżki podczas jedzenia spaghetti, która to metoda wspomniana niegdyś tutaj, wywołała lawinę inwektyw pod adresem polecającego łyżkę i widelec do makaronu.

Ale, co doskonale rozumiem, jedzenie może wzbudzać silne emocje. Tylko czy nie lepiej zamiast upierać się, że tylko jedna metoda i jeden przepis jest prawdziwy, zgodzić się na całkiem inne?
A jeszcze lepiej gdy różne dania a nawet kuchenne techniki zamiast kłótni wywołuja wenę twórczą i stają się osnową poematów. Oto przykład: Giovanni Pascoli, poeta z Romanii polemizował mową wiązaną z Augusto Guido Bianchim. Oba utwory dotyczą risotta. Przytoczę pierwszy z nich we fragmencie:

“… posiekanej cebuli włóż, pół kostki masła,
postaw rondel na ogniu, co wesoło trzaska,
a gdy cebula zacznie się zrumieniać,
surowego wsyp ryżu, ile ci potrzeba,
by do dna nie przywarł, mieszaj bez wytchnienia,
po czym rosół gorący zaczniesz doń dolewać.
Dodawaj go po trochu, żeby stale wrzało,
i na chwilę nawet, by nie wysychało.
Nie dolewaj rosołu niczym wody z kranu,
by gęsty ryż był, gdy skończysz gotowanie,
tartym parmezanem posyp wreszcie całość
i będziesz miał risotto, tak jak w Mediolanie.”

W tej sytuacji, po wykorzystaniu kolejnego cytatu z książki “Sekrety włoskiej kuchni” pokażę obrazek risotta marinara z ostatnich wakacji  czyli  podanego w… oczywiście  ”Zi Fiore”.

 

Załoga fachowa, miła i … śliczna

2010/08/16, poniedziałek

Katerina z synkiem Vicenzo

Zbliża się pora kolacji (cena - czyt. czena, to właśnie ten posiłek) pora więc na prysznic, włożenie czystej koszulki i w drogę do “Zi Fiore”. A tam już na nas czekają: Katerina z mężem Giuseppe czyli właściciele i jednocześnie pracownicy tej pysznej knajpki, Diana - kelnerka z Niemiec (rodaczka Kateriny), Antonio - szef kuchni ze swą pomocnicą Luaną, Wiktoria - kawiarka spod Carycyna, Urderico (cóż za piękne imię) - kelner witający gości i w końcu Zi - szef główny, kasjer i przy okazji ojciec mistrza pizzy czyli Giuseppe.

Szef kuchni wybrał doradę dla Zuzi

W trakcie pierwszej wizyty nie wiedzieliśmy jeszcze, że tu spędzimy aż 14 wieczorów. Ale,  sięgam do notatek by nie pomylić dań, i rozumiem dlaczego przysięgliśmy wierność tej knajpce.

Giuseppe przy piecu pizzowym

Przywitano nasza trójkę podając karty menu i fritelle czyli gorące kulki z mąki i rukoli. Potem usłyszawszy, że jesteśmy amatorami ryb i owoców morza przyniesiono wiaderko z lodem i doradzono butelkę Falanghina Aia del Colombi. To było świetne wino. Do tego na naszym stole stanęło antipasto ai mare (10 euro), pizza Margherita topolino (4 euro), tagliatelle Zi Fiore con funghi porcini e salsicia (10 euro), penne Alla boscaiola (8 euro), aqua minerale frizzante e aqua naturale, espresso i na koniec dolci.

Katerina zarządza 

Po kolacji i flirtach z Kateriną, Dianą oraz Wiktorią zrozumieliśmy, że to nasza knajpka na cały pobyt.
W następne dni było jeszcze lepiej. Pesce spada alla marinara con frutti di mare, seppia alla griglia, spaghetti con vongole veraci,  fravalie di trelia ( smażony narybek), fasolara cannolicce (małże w kształcie rurek grubości palca) i wina Falerno del Massico Primitivo czy Martines Fieno di Avellino.

Diana nawet w największym wirze pracy jest uśmiechnięta

Ale i tak najprzyjemniejsze były rozmowy z Kateriną, Dianą i Giuseppe. Szybko weszliśmy na listę ich przyjaciół i tak też się czuliśmy. Gdy powiedzieliśmy, że lubimy ristto, którego nie ma w karcie, na kolejną kolację dostaliśmy dwuosobową porcję risotto marinara. To było wzruszające.

Trzy gracje - Wika, Katerina i Diana oraz szef Zi

Razem martwiliśmy się gdy Vicenzo (fot. wyżej) - półtoraroczny synek gospodarzy - dostał wysokiej gorączki i razem cieszyliśmy się gdy wyzdrowiał. Obchodziliśmy też urodziny Kateriny dając jej w prezencie “Wędrówkę po stołach Europy” gdy  wcześniej nam powiedziała, że przyjmuje do pracy także młodą Polkę. Będzie więc miała tłumaczkę. A na odjazd dostaliśmy prezent my. Był to pięciokilowy worek mąki na pizzę, której w naszym kraju nie ma w sklepach.

 

I tylko żal, że za rok pojedziemy gdzie indziej, bo tyle tego półwyspu jeszcze do zwiedzenia.

 

Wieczory w Zi Fiore

2010/08/13, piątek

Pizza Margherita w kształcie myszki czyli topolino to danie dziecięce

Dziś będzie więcej zdjęć niż tekstu. Fotografie potraw są na ogół bardziej wymowne niż największe nawet zachwyty. Jak bowiem opowiedzieć aromat grillowanej dorady lub smażonych w głębokiej oliwie rybek czy kalmarów? A smak czy nawet kolor? Zwłaszcza jeśli facet taki jak ja nie jest w stanie odróżnić błękitu od szmaragdu i różu od fioletu.

Najpierw jednak tytułem wstępu kilka słów o restauracji, którą odwiedziliśmy 14 razy, ponieważ zachwycił nas i kucharz, i pizzeolo, i - przede wszystkim - śliczne, przemiłe i fachowe kelnerki.

Fritelle czyli malutkie kulki z mąki z rukolą smażone w oliwie

Restauracja nazywa się “Zi Fiore”. Mieści się przy głównej przelotowej ulicy Paestum. Większa część stolików znajduje się w ogrodzie, co dodaje uroku kolacjom. Z każdego niemal miejsca widać piec i uwijającego się przy nim pizzeolo.

Seppia prosto z grilla…

…i dorada

Załoga jest międzynarodowa: Włosi ( właściciele i kucharz oraz pizzeolo), Niemki (kelnerka i współwłaścicielka czyli żona speca od pizzy), Rosjanka (kawiarka).

Frito misto czyli morskie różności z frytury

Kuchnia klasyczna włoska a więc dziesiątki rodzajów pizzy, a pobliski Neapol to miejsce narodzin tego placka, tyleż gatunków past przy wielkiej różnorodności rodzajów makaronów, risotta, ryby (głównie z grilla lub z frytury), ośmiornice, kalmary, małże. Dla mięsożerców też coś się znajdzie, choć nie aż w tak bogatym wyborze. Można  np. zjeść befsztyk z toskańskiej wołowiny ale także  i z bawołów, które mieszkają tuż za miastem.

Desery klasyczne czyli tiramisu, panna cotta i sorbety.

Na koniec ważna informacja: rachunki nigdy nie przekraczały 100 euro mimo, że było nas troje, objadaliśmy się nadzwyczajnie i zamawialiśmy wina markowe z karty. Ceny dań bowiem kształtowały się w okolicach 10 - 15 euro. Wina zaś w granicach 15 - 20 euro.

Dziś pokazuję jak to wyglądało na talerzach a w następnym odcinku zaprezentuję naszych nowych przyjaciół czyli właścicieli i pracowników “Zi Fiore”.