20.01.2017
piątek

Przelewać, czy nie przelewać

20 stycznia 2017, piątek,

Ludzie dzielą się na tych, którzy kiedy zostanie im resztka jakiegoś dania przelewają ją do mniejszego naczynia, zanim schowają ją do lodówki i takich, którzy wstawiają w dużym garnku, nawet jeśli zostało trochę na dnie. Można by sądzić, że to zależy od tego jak dużą mają lodówkę, i jak wiele w niej zgromadzonych zapasów, ale to wniosek zbyt prosty, żeby nie powiedzieć prostacki.

Przelewanie lub nieprzelewanie ma głębsze uwarunkowania. Jedni uważają, że nie należy zajmować miejsca w lodówce, drudzy, że nie warto myć kolejnego garnka. Można powiedzieć, że to kolejna kwestia dzieląca społeczeństwo na dwie części, między którymi porozumienie wydaje się niemożliwe. Podobnie jak w kwestiach politycznych, najgorzej jeśli podział przebiega w poprzek rodzin. Tak jak u mojej koleżanki Maryśki. Mąż chowa w wielkich garach, ona przelewa.

To właśnie Maryśka poruszyła ten temat na miłym damskim spotkaniu. Wydawało mi się wtedy, że kwestia jest błaha, ale o dziwo rozgorzała dyskusja i przedstawicielki obu opinii spierały się zaciekle. W naszym kręgu towarzyskim ten temat jest dziś synonimem błahej sprawy, która potrafi podzielić ludzi i wzbudzić emocje. Bo w końcu, czy to nie wszystko jedno?

Oczywiście ja też mam swoje zdanie na ten temat, według mnie zachowaniem właściwszym jest przelewanie. Oczywiście o ile nie powiedzie się tzw. krańcowanie. Czyli nikt nie zje do końca. Ale na szczęście w tej sprawie daleko mi do fanatyzmu. Nie dalej jak przed chwilą wstawiłam do lodówki wielki garnek z resztką zupy. Z lenistwa.

17.01.2017
wtorek

Małe jest trudne

17 stycznia 2017, wtorek,

Mam na myśli jednoosobowe gospodarstwo, które z konieczności bywa czasem trudne do prowadzenia i nieoszczędne. Wiadomo, że doskonałym remedium na pozostające jedzenie jest włożenie go do zamrażarki. Kupienie mrożonych warzyw i zużywanie ich w jednoosobowych porcjach jest także dobrym wyjściem (o mrożeniu i mrożonkach rozmawiamy tu od kilku dni). Ale to nie załatwia wszystkich problemów.

Wszyscy rodzice, których dzieci wyfruwają z świat wiedzą, że przez długi czas nie sposób przyzwyczaić się do kupowania i gotowania zmniejszonych porcji. Po latach gotowania dla większej rodziny trafić dokładnie w zmniejszone zapotrzebowanie, to wielka sztuka. Przy tym większość produktów spożywczych kupuje się przecież w opakowaniach przygotowanych przez producenta, a więc w jego interesie dość sporych.

Można już kupić małe opakowanie mleka. Kasze, mąkę i cukier trzeba kupować w kilogramowych paczkach, ale te produkty wytrzymują na szczęście w domu dość długo, nie grozi im szybko przeterminowanie. Z zielonymi sałatami, takimi jak roszponka czy rukola, szpinak baby i rozmaite mieszanki jest gorzej kiedy kupimy opakowanie musimy zjeść listki bardzo szybko, bo zielenina traci szybko kolor i smak. Nie ma też mody na kupowanie plasterka szynki lub dwóch, trzeba, tak wypada, kupować 10 dkg, z czego połowa obsycha i nie jest już smaczna. A co ma zrobić amator kalafiora, który, choćby miał dobry apetyt, nie da rady zjeść całego na jeden posiłek?

Nawet jeśli bardzo się staramy nie marnować jedzenia, musimy jednak czasem wyrzucić nie zjedzone produkty czy dania. Sposób na niemarnowanie jedzenia jest ostatnio tematem moich twórczych rozmyślań. Wypróbowałam już woreczki próżniowe i próżniowe pudełeczka, z których wysysa się powietrze za pomocą specjalnej pompki. Sprawiają się dobrze, istotnie sałata ma się w nich doskonale nawet 3-4 dni, a szynka w próżniowym woreczku wytrzymuje do 10 dni, żółte sery sprawiają wrażenie, jakby przed chwilą krojone. Tyle, że jest z tym trochę zabawy, a zużyte woreczki muszę wyrzucać, bo po raz drugi już nie udaje mi się ich zamknąć hermetycznie. Sądzę, że wiele osób ma problemy ze zbyt dużą ilością kupowanego jedzenia. Ciekawe, jak je rozwiązują.

13.01.2017
piątek

Życie z mrożonki

13 stycznia 2017, piątek,

Wbrew pozorom nie będą to uwagi dotyczące towarzyszącej nam jeszcze dwa dni temu pogody. Odwiedziliśmy w listopadzie kolegę, który od niedawna pracuje w Paryżu. Rodzina została w Polsce i jedynie wpada do niego, więc mieszka przez większość czasu sam, czyli prowadzi kawalerskie gospodarstwo. Nie, nic z tych rzeczy, brudne skarpetki nie walają się po podłodze. Ale pozostaje problem gotowania. Nie żeby nie umiał, tylko gotowanie dla jednej osoby jest frustrujące. Zwyczajnie się nie chce. Stołówka dla studentów i pracowników naukowych okazała się równie tania, co niesmaczna.
Czytaj całość »

10.01.2017
wtorek

Słodko

10 stycznia 2017, wtorek,

Słodycze tuczą. To niezbyt odkrywcze stwierdzenie.Ale ja jestem przekonana, że złe słodycze tuczą bardziej. I w dodatku nie dostarczają takiej przyjemności, jak dobre domowe ciasto. Jedyną wadą ciasta domowego jest to, że stanowi pokusę. Innych stron ujemnych nie widzę. Nawet trud przygotowania nie powinien być przeszkodą, żeby zabierać się za domowe wypieki. Od lat nie jestem w stanie jadać kupnych ciast. Zbyt dużo zapachów i zbyt doskonała konsystencja dają mi do myślenia. W pewnym sklepie piekarniczym spostrzegłam niedawno cudnej urody placek drożdżowy, który miał lśniące, elastyczne ciasto, obfitą kruszonkę i w ogóle wyglądał jak klasyczny babciny drożdżowiec. Kupiłam plasterek, ale zjadłam zaledwie okruszek ,bo pachniał landrynkami i miał wyraźnie chemiczny posmak. Podczas kolejnej wizyty w sklepie spytałam, dlaczego ciasto miało dziwny smak. „Bo proszę pani jak upieczemy zwykłe ciasto, to klientom się nie podoba. Upieczone z gotowej mieszanki ciasto ma wygląd imponujący, jak na zdjęciach w kobiecych pismach i szybko się sprzedaje.”

Od wielu lat jestem wielką zwolenniczką szybkiego gotowania, spędzania w kuchni tylko jak najkrótszego czasu potrzebnego do przygotowania posiłku. Mam za sobą wydaną w wielu (pomińmy milczeniem ilu) egzemplarzach książkę „Gotuj z głową”, w której dowodziłam, że przy dobrej organizacji pracy i doborze dań, obiad z 3 dań można przygotować w pół godziny. Kolekcjonuję przepisy na szybkie a efektowne potrawy, wśród których oczywiście prym wiedzie „włoszczyzna”. Spaghetti z grzybami czy risotto z gruszką i gorgonzolą można przygotować w pół godziny. Doskonały schabowy także mieści się w tym limicie czasu, razem z sałatą i ziemniakami. Trochę gorzej wygląda sprawa ciast na deser. Ale mam na to dość prostą radę. W dniu, kiedy mam więcej czasu, zagniatam ciasto, które nazywam uniwersalnym (pewnie je znacie: z 3 szklanek mąki, szklanki śmietany i kostki masła). Odkładam je w plastikowym woreczku do lodówki. Wyjmuję po sporym kawałku, który w kilka minut rozwałkowuję i dzielę na kwadraty o wymiarach 5 x 5 cm. Nadziewam każdy kwadrat kawałkiem jabłka lub odrobiną dżemu czy konfitury, zbieram na czubku w węzełek i umieszczam w piekarniku na papierze pergaminowym .Piekę w temperaturze 180 stopni C. Są gotowe dokładnie w momencie, kiedy kończę przygotowywać obiad. Trzeba je tylko dla urody posypać odrobiną cukru pudru i jeszcze ciepłe podawać. Ręczę, że jest to smaczniejsze, tańsze i szybsze wyjście, niż wyprawa do sklepu po byle jaką porcję słodyczy.

6.01.2017
piątek

Warzywa inaczej

6 stycznia 2017, piątek,

Bardzo lubię warzywa. Mam też w domu wegetarianina-gawędziarza. Mój mąż chciałby jadać mało mięsa, no chyba, że, jak choćby dziś rano, natrafi na pętko białej kiełbasy zrobionej przez wujka. Jedząc pasztetu, boczek i inne temu podobne, nie przestaje jednak perorować o wyższości warzyw nad mięsem.

Słuchanie o tym mobilizuje mnie do ciągłych poszukiwań. Buraczki, marchewka i fasolka są pyszne, ale chodzi o to, żeby nie gotować w kółko tego samego. Soczewica i cieciorka w różnych postaciach też się nam chwilowo przejadły. Oto kilka moich najnowszych odkryć.

Ciągle zapominam o tym, jaki pyszny jest fenkuł gotowany na parze i jadamy go zwykle na surowo (z gruszką i gorgonzolą oraz sosem winegret). Tymczasem może on być podawany prosto z wody lub z bułeczką smażoną na maśle. Moim zdaniem nie wymaga doprawiania. Smakuje też wyśmienicie zapiekany pod beszamelem oraz, jak wyczytałam, bo tego jeszcze nie sprawdziłam, duszony z rukolą lub szpinakiem.

Wielkim przysmakiem w moim domu jest korzeń pietruszki pokrojony w kawałki wielkości frytek i usmażony lub upieczony po pokropieniu oliwą. Wraz z koleżanką odkryłyśmy zupę z pietruszki i uznałyśmy ją za wielki rarytas. To po prostu ugotowana pietruszka, przetarta na krem, doprawiona solą i pieprzem i z dodatkiem mleka. Goście zaproszeni na to danie (trzeba przyznać, że w dodatku niezwykle tanie) nie podzielali chyba jednak w pełni naszego zachwytu.

Moja mama dawno nie robiła smażonej cykorii. A szkoda, bo kiedy doleje się do niej na patelnię odrobinę słodkiego wina, uzyskuje ona wręcz niebiański smak.

Od pewnego czasu staram się zawsze mieć w lodówce 1–2 bataty. Pokrojone w kawałki i upieczone są pysznym dodatkiem do wielu dań. A jeśli ugotuje się obranego i pokrojonego batata z kawałkiem świeżego imbiru i zmiksuje, uzyskuje się wyśmienitą zupę, której smak sprawia wrażenie, jakbyśmy się nie wiem jak postarali. Jedynym niezbędnym dodatkiem jest sól, ja dodaję też trochę mleka. O ile zupa dyniowa bywa różna, zależnie od gatunku i jakości dyni oraz zestawu dodanych przypraw (muszę to przyznać, choć ją uwielbiam i często robię, że sama dynia jest w smaku nijaka) to zupa batatowa ma smak wyrazisty i po prostu nie może się nie udać.

Znalazłam jeszcze w przedwojennej książce Marii Disslowej „Jak gotować” dwa niecodzienne przepisy na sałatę gotowaną w mleku i gotowane ogórki. Dokonam próby. Jeśli zakończy się sukcesem, podzielę się przepisami.

3.01.2017
wtorek

Co nam zostało z dawnych lat

3 stycznia 2017, wtorek,

Odkąd pamiętam rodzinny dom, najpierw na Nowy Rok był zając. Pamiętam ten zapach w domu, zapach dziczyzny i przypiekającej się przerastanej mięsem słoninki, którą zanim danie było do końca gotowe podkradałam z piekarnika. Po polaniu zająca śmietaną już nie była ona chrupiąca i smakowita. Gdyby została w zajęczym combrze nie miałaby już tego smaku, na pewno wszyscy biesiadnicy wyjmowaliby ją jako niejadalny dodatek. Potem zające niespodziewanie zniknęły ze sklepów i zająca zastąpił w moim rodzinnym domu indyk. Też nie było go łatwo kupić, bo nigdy nie kupowało się, broń Boże, mrożonego, więc zamawiało się u Pani Cielęcinowej dostawę już przed świętami. Do indyka najlepiej było podawać domowe borówki, przygotowywane jesienią przez Mamę i konieczna czerwoną kapustę z jabłkiem krojonym w misterne paseczki.

Minęły lata i choć zrobiłam borówki do mięsa, nie było w tym roku indyka, jako rodzinnej tradycji pieczołowicie przeze mnie zachowywanej z okazji innych familijnych uroczystości. Nie było także zająca. Nie było ich z wielu powodów. Zające stały się dobrem zbyt rzadkim, nie widujemy ich w Łęcinie prawie w ogóle a to może znaczyć, że jest ich bardzo mało , więc nawet nie próbowałam szukać, aby nie przykładać ręki do ich wytępienia. Co do indyka to po prostu stał się potrawą codzienną i nie sposób potraktować go jako świątecznego menu. A poza tym większość bliskich wyjechała i dla tej garstki, która została, był pieczony aromatyczny, chrupiący kurczak i rosół z kury z francuskimi kluseczkami. Mało atrakcyjne menu? Ale jaki za to zapach i smak. O dziwo, wszystko to pachniało i smakowało zupełnie inaczej niż w inne dni. Może to znaczy, że zapowiada się trochę lepszy rok?

Proponuję konkurs: opiszcie tradycyjne potrawy, które przygotowywało się w waszej rodzinie na różne święta. Nie chodzi nam o przepisy, ale o wyjaśnienie z jakiej przyczyny jadało się potrawę, szczególnie pamiętaną, wspominaną i może jeszcze dotąd gotowaną przez kolejne pokolenia? Nagrody zdobędą dwie pierwsze osoby, które nadeślą w tym tygodniu swoje kilkuzdaniowe wspomnienia (nie więcej niż pół kartki maszynopisu). Nagrodami są:książka Katarzyny Meller „W kuchni Mamy i córki” i książka niespodzianka. Zapraszamy, piszcie.

31.12.2016
sobota

Sylwester

31 grudnia 2016, sobota,

Wszyscy się zwierzają, to i ja opowiem, co zamierzam robić w noc sylwestrową. Spędzam ją, jak już od paru lat, na nartach we Włoszech. Brzmi to bardzo przyjemnie, ale ma pewne minusy. Jestem tu, bo mój mąż, który jest maniakalnym instruktorem narciarskim, pracuje tu w szkole narciarskiej. Co oznacza, że przez cały dzień jeździ z kursantami. A ponieważ to settimana bianca, tradycyjne zimowe wakacje Włochów, kiedy jest drogo, trudno namówić znajomych na przyjazd w tym czasie. Oto dlaczego przez większą część dnia szusuję sama, a wokół przetaczają się wielkie włoskie rodziny.

20161229_folgariida

Drugi problem to włoski sposób obchodzenia sylwestra, który nie przestaje mnie szokować. Pomijając wstępne imprezy, takie jak przejazd instruktorów z pochodniami po stoku (mój mąż też, jedzie, więc idę obejrzeć), zabawa zaczyna się o 21. A polega według moich obserwacji głównie na jedzeniu. Włoskie kolacje są zawsze obfite, ale ta sylwestrowa przechodzi wszelkie wyobrażenia.

20161231_182820

Pamiętam, że kiedyś byliśmy w hotelu, w którym mieszkała bardzo duża polska grupa. Jej szef załatwił z obsługą, że muzyka zacznie grać już około 21.30, w przerwach między kolejnymi daniami. Polacy bawili się świetnie, ale Włosi czuli się najwyraźniej zagubieni. Przecież każdy wie, że w sylwestra tańce zaczynają się dopiero po 12.

Ale co by nie mówić, wprawdzie tego jedzenia jest za dużo, jest podawane dla mnie zbyt późno, ale jest naprawdę pyszne. I bardzo pięknie podane. W tym roku przebojem dekoracji potraw w naszym hotelu jest mazaniec – brzeg talerza dekoracyjnie maźnięty szerokim pasem kolorowego sosu. No i pojedyncze nitki pieczonego spaghetti układane na talerzach.

Mieszkamy zwykle w przeciętnych hotelikach, ale jedzenie jest w nich zupełnie nieprzeciętne. Zresztą pod menu popisany jest szef kuchni, który najwyraźniej jest dumny ze swoich osiągnięć. Po zakończeniu kolacji, czyli tuż przed północą wychodzi z kuchni do gości i zbiera pochwały.
A oto i menu na tegorocznego sylwestra.

20161231_174738

Pomiędzy kolejnymi daniami zamierzamy chodzić na spacery. Dowiedzieliśmy się też ze w kinie, które znajduje się po drugiej stronie ulicy, muzyka ma grać już od 23. Wybierzemy więc raczej możliwość potańczenia przed północą niż rozkosze podniebienia. Może to oznaczać, że ominie nas co najmniej deser.

30.12.2016
piątek

Czas podsumowań

30 grudnia 2016, piątek,

Zawsze kiedy kończy się jakaś podróż albo przedsięwzięcie i zaczynam je oceniać, mój mąż śmieje się ze mnie: „Oho, nadchodzi czas podsumowań”. Ale nie ma się co śmiać, posumowania to ważna rzecz. Podsumowania roku zwłaszcza. A obietnice noworoczne są jeszcze ważniejsze. Z moich dotrzymanych obietnic wynikło parę ważnych i fajnych rzeczy.
Czytaj całość »

27.12.2016
wtorek

Umiarkowane święta

27 grudnia 2016, wtorek,

Myślę, że nawyk kupowania zbyt dużej ilości jedzenia nie jest u mnie przypadkowy. Opowiadania starszego pokolenia o wojennych głodach a także młodość i dzieciństwo w warunkach socjalistycznej gospodarki braków zrobiły swoje. Lubię mieć dużo, zapas pozwalający nakarmić rodzinę i jeszcze parę osób, gdyby akurat wpadły. Nieco starsi czytelnicy pamiętają zapewne „rzucanie” różnych towarów do sklepów przed świętami i to tuż przed, aby zapasy nie zużyły się zbyt szybko. Kupowało się wtedy, co wpadło w rękę. Teraz, kiedy możemy w każdej chwili kupić dosłownie wszystko, (nawet chleb, który dawnymi czasy nabywało się z samego rana, aby starczyło!) mogłabym to robić mniej nerwicowo. Ale cóż, nie zmienia się zwyczaju tak łatwo.

W tym roku, muszę pochwalić całą rodzinę: kupiliśmy na Wigilię (piszę – na Wigilię – bo potem się wszyscy rozjeżdżali i nie przyrządzaliśmy już wiele na kolejne dni świąt) tylko tyle, ile naprawdę było potrzeba, wzajemnie się pilnowaliśmy. Te nadmiarowe drobiazgi, niemal okruchy zupełnie się nie liczą.

Ale mieliśmy przy okazji pewną wpadkę. Umówiliśmy się na podział zakupów i w ostatniej chwili okazało się, że nikt nie kupił karpia. Wprawdzie nikt nie przepada za tą rybą, ale tradycja zobowiązuje (choć to tradycja dość świeża, bo jeszcze wiek temu jadało się różne ryby, najchętniej szczupaki). Słowem o godzinie 12 w południe stanęliśmy wobec perspektywy braku smażonej ryby. Okazało się na szczęście, że w Supersamie w chłodni leżały apetyczne płaty karpia bez ości. Przy tym, pochodziły niewątpliwie z dobrej hodowli, bo były dobrze wypłukane, czyli nie pachniały błotkiem i miały świetny smak. O dziwo, w czasie kolacji wszyscy, którzy nie jada karpia zmietli z półmiska całość. Nie było go szczególnie dużo, ale też nie pozostał nawet jeden okruszek. Doszliśmy po raz kolejny do wniosku, że wielka podaż dóbr nie zwiększa na nie apetytu. Wszystkiego powinno być w miarę. Czego wszystkim Wam Przyjaciele nadal w tygodniu poświątecznym życzymy.

24.12.2016
sobota

Wszyscy wszystkim ślą życzenia

24 grudnia 2016, sobota,

Dziś zewsząd słyszymy życzenia. Można by sądzić, że dzięki temu ogromowi dobrej energii przekazywanej jednym przez drugich nastąpi wkrótce powszechne porozumienie i pokój. Jedni wybaczą drugim, podadzą sobie ręce i zaczną rozmawiać. Z taką nadzieją pozostańmy.
Czytaj całość »