24.03.2017
piątek

Cała Polska… piecze chleb

24 marca 2017, piątek,

Do niedawna mówiłam sobie, że nie dam się zwariować. Gotuję obiady, piekę w kółko ciasta, robię przetwory. Nie będę piekła chleba, skoro można kupić teraz całkiem niezłe pieczywo.

Rzeczywistość mnie dopadła, kiedy jeden z domowników dowiedział się od lekarza, że nie powinien jadać kupnego pieczywa, bo zawiera dużo polepszaczy smaku, spulchniaczy i innych utrwalaczy, które mu szkodzą.

Nie było zatem wyjścia. Poczytałam w internecie, pogadałam z koleżankami i zabrałam się do roboty.

Zauważyłam przy tym, że osoby piekące tworzą grupę wtajemniczonych. O pieczeniu się rozmawia. Dzieli się nie tylko zakwasem, ale i przepisami. Ci którzy nie pieką czują, że istnieje jakaś tajemnica, do której nie mają dostępu.

I teraz opiszę moje największe zdziwienie. Kiedy w pracowej kuchni, miejscu kluczowym dla każdej firmy, zaczęłyśmy z koleżanką podziwiać zakwas, który właśnie mi przyniosła, zainteresowali się nim prawie wszyscy obecni. Że osoby koło czterdziestki mogą się zajmować pieczeniem chleba, w to uwierzę bez problemu. Ale do rozmowy włączyli się też trzydziestolatkowie płci obojga, a nawet koleżanka przed trzydziestką. Zaczęli rzucać fachowe uwagi, które niezbicie dowodziły, że pieką. Mówili jakich dodają nasionek, czy chleb powinien rosnąć w piekarniku, czy poza oraz jak przechowywać zakwas. A sądziłam dotąd, że zajmuje ich raczej imprezowanie do białego rana, romanse, ewentualnie kariera.

20161015_082518

21.03.2017
wtorek

Coś dla solistów

21 marca 2017, wtorek,

Spotkałam na drodze pod Warszawą stojącą na poboczu zaparkowaną ciężarówkę z napisem „Zamów młodego” i numerem telefonu. Właściciel firmy przewozowej lub tylko ciężarówki uznał, że fakt, iż poprowadzi ją młody kierowca jest wystarczającą przynętą. Właściwie całość reklamy (oprócz środków paramedycznych na reumatyzm czy na inne dolegliwości osób leciwych) przeznaczona jest dla młodych.

Stoi to w jaskrawej sprzeczności ze statystykami mówiącymi o tym, że właśnie osoby starsze dysponują zupełnie sporymi możliwościami finansowymi choćby dlatego, że dysponują stałym, skromnym, ale pewnym dochodem. Inna sprawa, że rzadko można spotkać starsze osoby, które nadwyżki w swoim budżecie wydają na własne przyjemności, zakup modnej odzieży czy ułatwiających życie sprzętów.

Dawno zwróciłam też uwagę, że nie do starszych skierowane są reklamy smakołyków. A co, starszy człowiek nie może!? Przecież przyjemność płynąca z kupienia sobie czegoś smacznego mogłaby być naprawdę dostępna, łatwa i przynosić szybką radość. Spójrzcie na rubryki kulinarne. Tam, gdzie pisze się o kuchni dla seniorów (swoją drogą to eufemizm, który podobnie jak nazwa „złoty wiek” dorównuje hipokryzją wypikiwaniu brzydkich słów w radiu i telewizji przecież wiemy i tak o co chodzi! O osoby s t a r s z e!) przeczytacie wyłącznie o potrawach z d r o w y c h nie o s m a c z n y c h.

Ludzie starsi robiąc zakupy, napotykają na nieprzebyte przeszkody w postaci dużych opakowań, podczas, kiedy miewają zazwyczaj gospodarstwa jedno- lub dwuosobowe. Czy starsza osoba zje na jeden obiad całe opakowanie mytej rukoli czy sałaty, paczkę dorodnych hiszpańskich pomidorów, pęczek peruwiańskich szparagów nie mówiąc już o smakowitych serach w dużych krążkach?

Przepisy w pismach, które starsze osoby chętnie czytają, podają proporcje co najmniej na 4 osoby. Tymczasem gotowanie dla jednej osoby to nie jest proste podzielenie produktów przez 4. Jakiś czas temu napisałam książkę „Kuchnia dla singli”, która została kupiona do ostatniego egzemplarza, nawet ja sama jej nie mam. Tam właśnie podałam proporcje i propozycje potraw odpowiednich do „małego gotowania”. A zapewniam, że wymaga to często znacznego zmodyfikowania przepisu.

Chcecie przykład potrawy obliczonej dla jednej osoby? Proszę bardzo.

Befsztyk z tatara

Opakowanie mięsa na tatar (100-150 g), kromka bułki, żółtko, sól, pieprz, 2 łyżki oliwy z oliwek, pół łyżeczki mąki, nieduża cebula.

Namocz bułkę w odrobinie wody, po czym dokładnie odciśnij i rozetrzyj widelcem.

Mięso wymieszaj z żółtkiem, odciśniętą bułką, solą, pieprzem. Wilgotnymi dłońmi uformuj owalny płaski befsztyk, lekko posyp mąką.

Cebulę pokrój w cienkie plasterki.

Na patelni usmaż na oliwie cebulę, kiedy stanie się szklista przełóż na talerz. Na pozostałej na patelni gorącej oliwie ułóż befsztyk i usmaż z obu stron. Pod koniec smażenia ułóż cebulkę na befsztyku i chwilę jeszcze trzymaj na patelni.

Zapewniam, że ten przepis przyda się zarówno młodemu, jak starszemu singlowi.

17.03.2017
piątek

Pochwała śniadania

17 marca 2017, piątek,

Pozwolę sobie nie zgodzić się publicznie z własną matką, a współgospodynią tego blogu. Moim zdaniem jemy oczami. Piękne potrawy o wiele bardziej mi smakują. A nieapetycznie podanych po prostu nie jestem w stanie zjeść.

Oczywiście nie mam tu na myśli przesady, kiedy forma przerasta treść. Niesmaczne danie nie stanie się lepsze dzięki wspaniałej dekoracji. Barokowe dekoracje też raczej odstręczają niż zachęcają. Chodzi mi o ogólną estetykę posiłku, która dla mnie jest niezwykle ważna.

Oczywiście to wymaga czasu. Szczególnie szkoda mi go, kiedy przygotowuję śniadanie. Muszę wtedy wyjąć dużo rzeczy z lodówki, potem z opakowań, ułożyć na desce i podać. Rozkładanie i sprzątanie trwa. A rano zwykle czasu jest niewiele.

Dlatego wyznam, że uwielbiam śniadanka wczasowo-hotelowe. Toczymy z mężem walkę, ponieważ on najchętniej spałby chwilę dłużej. A dla mnie przygotowane przez kogoś śniadanko z dużym wyborem, to najwspanialsze rzecz pod słońcem. Szczerze mówiąc głównym kryterium mojego prywatnego rankingu miejsc, w których się zatrzymujemy podczas różnych wojaży, jest właśnie jakość śniadania.

Ostatnio zachwyciło mnie śniadanie w hotelu Alhambra w Dusznikach Zdroju. Wspominam śniadanka sprzed kilku lat w Willi tuŻur w Borach Tucholskich, z domowymi przetworami. Są jeszcze śniadania mojej mamy, na werandzie na wsi. Też wysoko w rankingu.

Mój kult śniadań wydawał mi się dotąd całkowicie usprawiedliwiony. Śniadanie jest przecież ogłoszone najważniejszym posiłkiem dnia. Zjedzenie rano pełnowartościowego posiłku reguluje produkcję insuliny, chroni nas przed apetytem na śmieciowe jedzenie i powoduje, że dostarczamy naszemu organizmowi energii właśnie wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebuje. Okazuje się jednak, że do każdej tezy znajdzie się antyteza. Wyczytałam ostatnio, że powstała w tej sprawie nowa szkoła. Niejaki John Kiefer opublikował wyniki badań, według których należy zrezygnować z jadania śniadań. Wyjaśnia to tak. W ciągu nocy stężenie kortyzolu w naszym organizmie rośnie. Jeśli nie zjemy śniadania, albo zjemy śniadanie bardzo niskowęglowodanowe, organizm nie wytworzy insuliny. Jeśli kortyzol działa bez podniesionego poziomu insuliny, powoduje spalanie tłuszczu. Co miałoby oznaczać, że niejedzenie śniadań działa korzystnie na linię.

Ja pozostanę jednak przy swoim. Bo myślę, że najlepiej kierować się rozsądkiem oraz obserwować własny organizm. Mój na pewno lubi śniadanka.

14.03.2017
wtorek

Zdobić czy nie zdobić?

14 marca 2017, wtorek,

Kilka lat temu w porannej audycji telewizyjnej promowaliśmy obydwoje z Piotrem swoje nowe książki. Był to czas przedwiosenny, więc przygotowałam wedle swego książkowego przepisu mazurek. Był kruchy, z czekoladową polewą i smakowitą skórką pomarańczową oraz migdałami wycinanymi, ale niezbyt fantazyjnie, rąbek ciasta był trochę nierówny, widomy dowód ręcznego wykonania. Zadzwoniła pani, która szyderczo powiedziała, że pani Adamczewska nie zrobiła równiutkiego, starannego ciasta, tylko jakiś niezgrabny twór. Oczywiście, mogło to ciasto nie przypaść do gustu, ale mnie podobało się właśnie to, że nie był równym maszynowym, mazurkiem jak spod sztancy, jakie można kupić sklepach przed Wielkanocą.

Od razu przyznam się, że w nie gustuję w potrawach przybranych, dekoracyjnych, wypracowanych, pracowicie upiększanych. Z dzieciństwa pamiętam przyjęcia, na których więdła na półmiskach zielona sałata, obsychały jajka na twardo. Zawsze omijałam je przy nabieraniu sobie wędlin czy mięs.

Ostatnio mamy kolejną modę: przybieramy potrawy kwiatami. Całe opakowania kwiatów możemy kupić lub je ściąć z domowych lub ogrodowych nagietków, nasturcji, bratków czy chabrów. Powiem coś niepopularnego: nie przybieram półmisków, kwiaty najwyżej dodaję do sałatek. Uważam, że dobrze przygotowane danie jest wystarczająco dekoracyjne i apetyczne, nie potrzebuje zmęczonych przybrań. Na przykład bochen świeżego chleba, rumiane bułki, ładny befsztyk czy kawałek sera piękne same w sobie, nie wymagają przybrania? Ważne jest naczynie, w którym podajemy, sposób przyrządzenia, dobór składników potrawy, piękny obrus, serwetki, przyzwoite nakrycie stołu. I apetyt.

Zbyt ozdobnie podane danie wydaje mi się nieco tandetne, nieapetyczne, kiczowate i niehigieniczne. Mam nadzieję, że nie uznacie tego za przesadę?

10.03.2017
piątek

Perły wśród wzgórz

10 marca 2017, piątek,

W weekend byłam na Dolnym Śląsku, w Kotlinie Kłodzkiej. Piękne krajobrazy i budzące we mnie głęboki smutek ślady dawnej świetności. Wspaniałe budynki, niszczejące albo odremontowane byle jak. A wśród nich co jakiś czas perła – świetnie odremontowany budynek, który zapiera dech w piersiach.

Podobnie z bazą noclegową i restauracjami. Albo tanie i niedobre, albo bardzo luksusowe. Moim zdaniem tak już u nas jest poza największymi miastami. Trudno znaleźć restaurację, w której jest smacznie a niezbyt drogo. Piszę to, bo przemawia przeze mnie gorycz. W małym śląskim miasteczku nie znalazłam dobrej restauracji (a podobno była), udałam się do baru, który cieszył się popularnością, zamówiłam pierogi i padłam ich ofiarą.

Ale koniec tych narzekań. Coraz więcej jest w Polsce restauracji i są one coraz lepsze. Nie ma już znudzonych kelnerek, którym klient przeszkadzał w przerwie obiadowej. Obsługa jest coraz sprawniejsza, choć w większości miejsc nadal trudno nazwać ją profesjonalną.

W Polsce zawód kelnera rzadko jest wykonywany przez długi czas. Na południu Europy to profesja, najwyraźniej ceniona, pracuje się w niej przez wiele lat. Mężczyzna w średnim wieku obsługujący gości to widok zwyczajny. U nas kelnerowanie to metoda dorobienia, chałtura. Zajmują się tym studenci, a w czasie wakacji w miejscowościach turystycznych – wręcz uczniowie. Nawet jeśli taki kelner został przeszkolony, to jest to przeszkolenie dość powierzchowne.

W Stroniu Śląskim trafiliśmy do restauracji „Kaczka i wino”. To jedna z takich pereł, starannie odremontowana stara willa rodziny Loskych – założycieli pobliskiej huty szkła kryształowego. Obsługa bardzo młodociana i pełna entuzjazmu. Nie dość że byliśmy szybko obsłużeni, to jeszcze młoda kelnerka opowiedziała nam z zaangażowaniem o historii tego miejsca. Także o tym, że obecny właściciel kupił willę za względów sentymentalnych, bo… chodził do działającego tu kiedyś przedszkola. I że nazywa się Piotr Adamczewski. Co nas z powodów osobistych poruszyło. Nie staraliśmy się potwierdzać tej wiadomości. Dla nas jest prawdziwa.

7.03.2017
wtorek

Permanentne nowalijki

7 marca 2017, wtorek,

Już tylko niektórzy z nas pamiętają niosące się wiosną po ulicach nawoływanie przekupek „Świeża, młoda, ładna”. Chodziło o czerwone inspektowe rzodkiewki i był to dowód na przyjście wiosny. Całe naręcza szczypiorku, koperku czy sałaty, później truskawki i czereśnie na ulicznych straganach stanowiły punkty w kalendarzu: wiadomo było bez spoglądania na jego kartki, jaki mamy miesiąc. Przed kilkunastoma laty globalizacja spowodowała, że zaburzyły się wskazania tego naturalnego kalendarza, bo wszystko, co nazywało się nowalijkami, jadamy dziś cały rok. Nie czekamy już na świeże warzywa, nie targamy się delikatnie za ucho zjadając pierwsze czereśnie czy truskawki, bo mamy je przez cały rok. I to nawet niedrogie. Inna sprawa czy równie smakowite jak te z ogrodu, wygrzane na słońcu.

A przecież wśród dietetyków panuje przekonanie, że powinniśmy jadać tylko warzywa i owoce z naszego, najbliższego nam, ekosystemu. W myśl tych nakazów nie jedlibyśmy jabłek spod Lublina w Gdańsku, a warzywa z podwrocławskich upraw, które dojrzewają nieco wcześniej ze względu na klimat, nie powinny trafiać do naszych kuchni. Nie mówiąc już o bananach czy winogronach z południowej Ameryki, o pomarańczach, cytrynach mango czy awokado, które przecież nie wyrosną na mazowieckich polach. Pokażcie mi jednak takiego doktrynerskiego smakosza, który mając do wyboru piękne włoskie pomarańcze, wybierze na wiosnę niepozorne jabłko z sąsiedniego sadu.

Zjadamy dzięki globalizacji ogromne ilości owoców przez cały rok. Warzywa w wielkim wyborze trafiają na stoły, nie rujnując domowych budżetów. A wyniki badań stanu zdrowotności wykazują, że poprawił się on znacznie, w czym wielki udział ma jadanie dużej ilości tanich owoców i warzyw. Jak we wszystkim należy więc zachować umiar i zdrowy rozsądek. Może szkoda, że przekupki nie obwieszczają wiosny, że nie cieszymy się na pierwsze krajowe owoce, ale przecież możemy zjadać doskonałe sałatki w pochmurne zimowe i przedwiosenne dni.

Ja polecam sałatkę minutową. Należy pokroić i ułożyć na półmisku wszystkie warzywa i owoce, który mamy w domu, niezależnie od tego, skąd pochodzą, dorzucić odrobinę rukoli (najlepiej ściętej z doniczki, hodowanej w domu, bo nie potrzeba całej paczki, a tylko kilka listków, dodać garść suszonej żurawiny i bez przyrządzania sosu polać obficie cienkim strumieniem, prosto z buteleczki, rysując gęstą siatkę, koncentratem figowego lub truskawkowego octu winnego, lekko skropić olejem z pestek winogron, dodać szczyptę soli i pieprzu i podać zamiast mięsnej kolacji. Nabierana od dna sałatka sama się wymiesza i smakuje wybornie.

3.03.2017
piątek

Szczypta albo dwie

3 marca 2017, piątek,

Redaguję ostatnio książkę kucharską z przepisami wykorzystującymi obficie zioła i przyprawy. Od dawna starałam się dodawać i jedne, i drugie do wszystkiego, co gotuję. Ale teraz całkiem się na tym zafiksowałam (albo sfiksowałam, jak sądzi rodzina). Dziś na przykład na śniadanie jedliśmy jajka w kodlerkach (to spolszczona domowym sposobem wersja angielskiej nazwy coddlers, czyli zakręcanych naczynek do gotowania jajek po wiedeńsku), w których więcej było pietruszki i szczypiorku z doniczki niż jajek, a sos do kaczki, którą podałam na obiad zawdzięczał aromat anyżowi gwiaździstemu i imbirowi.

Już od dawna wiem, że w umiejętnie doprawionej potrawie nie wyczuwa się braku soli. Co oznacza, że warto stosować przyprawy „dla zdrowotności”. W dodatku opłaca się to podwójnie, bo z jednej strony brak soli wpływa korzystnie na nasz organizm, a z drugiej strony zioła i przyprawy zawierają wielką rozmaitość przeciwutleniaczy, witamin i minerałów. A jaką sprawiają przy okazji przyjemność naszym zmysłom!

Dziś większość przypraw jest stosunkowo tania i łatwo dostępna. Ale nie zawsze tak było. Historia handlu przyprawami jest dość niezwykła, zwłaszcza, że nie chodzi o dobro trwałe, tylko o coś co szybko zjemy – i tyle.

Doniesienia o tym, że wielbłądami transportowano przyprawy z południowej Azji w rejony wybrzeża Morza Śródziemnego, gdzie osiągały horrendalne ceny, pochodzą już sprzed ponad czterech tysięcy lat.

W średniowieczu kupcy weneccy mieli wyłączność dystrybucji przypraw. Dzięki temu mogli dyktować wysokie ceny i bogacić się. Pod koniec średniowiecza pragnienie przełamania weneckiego monopolu na przyprawy dało początek wielkim wyprawom, podczas których odkryto lądy nieznane wcześniej Europejczykom. Dzięki temu przyprawy straciły status dóbr luksusowych.

W latach 15001800 walkę o kontrolę nad handlem goździkami i gałką muszkatołową toczyły Hiszpania, Portugalia, Anglia i Niderlandy. W 1602 roku Holenderska Kompania Wschodnioindyjska zajęła bogate w gałkę muszkatołową Wyspy Banda, z wyjątkiem jednej, która była kolonią angielską. Aby zdobyć także i tę wyspę, Niderlandy oddały Anglii małą kolonię na drugim krańcu świata – Nowy Amsterdam, czyli dzisiejszy Manhattan.

Okazało się jednak, że Holendrzy nie zamierzali rozszerzać upraw, tylko zniszczyli większość goździkowców rosnących na Wyspach Korzennych. Ich ścisła kontrola produkcji przypraw trwała do roku 1770, kiedy Francuzi przemycili sadzonki goździkowca i zasadzili je na Mauritiusie oraz innych francuskich wyspach. W roku 1880 Brytyjczycy ponownie wkroczyli na Wyspy Banda, skąd rozesłali statkami sadzonki gałki muszkatołowej do leżących na terenach podzwrotnikowych kolonii brytyjskich na całym świecie. Był to początek spadku cen goździków i gałki muszkatołowej.

Warto pamiętać o tym podczas prac kuchennych. Żeby tym bardziej docenić to, co mamy.

28.02.2017
wtorek

Nowości to moja pasja

28 lutego 2017, wtorek,

Przyznam się, że uwielbiam kupować nowości ze spożywczych półek: a to owoce, a to całkiem nowe warzywa, a to innego typu produkty. Nie robię tego bardzo często, najczęściej kończę na przyjrzeniu się i poczytaniu sobie o smakołyku. Jednak uważam, że z zawodowego obowiązku powinnam wiedzieć choćby cokolwiek o wszystkim, co spotykamy w sklepach. Uważam też, że dostatecznym usprawiedliwieniem dla mojego zainteresowania jest to, że przez wiele lat życia widywałam ubogie półki, niewiele owoców, opatrzone już warzywa.

Bardzo podoba mi się więc to, że przez cały rok mamy obecnie sezonowe dawniej produkty w sklepach. Nikt nie musi na codzienny obiad kupować tego, co przebyło tysiące kilometrów. Ale przecież ważne jest dla mnie to, że jeśli mam ochotę zrobić tort bezowy z malinami czy granatem w grudniu, wówczas w najbliższym sklepie kupię te owoce przywiezione z najdalszych kresów świata. No bo podobnie jak miło być pięknym, młodym i bogatym, to jeszcze równie przyjemnie mieć w każdej dziedzinie życia zarówno interesujące nowości jak i spory ich wybór.

Pamiętam jak będąc przed wielu laty w Paryżu, za czasów słusznie minionych, przyglądałam się sklepowi Fauchona, w którym można było znaleźć w s z y s t k o z każdego zakątka świata. Nie sądziłam, że i my będziemy mogli oglądać wielką ofertę w tak zwanych „dobrych sklepach” lub wręcz zaszaleć kupując wśród zimy peruwiańskie szparagi za 23 lub karczochy za 10 złotych. Karczochy nie są moim ulubionym warzywem, ale już upieczona na przyjęcie szczególnych gości tarta ze szparagami może zrobić w lutym piorunujące wrażenie.

Tarty (rozmaite) to ostatnia moja kulinarna przyjemność. Spróbowałam już nawet zrobić kruche ciasto w termomiksie. Z powodzeniem. Zimą tarta wydaje mi się doskonałym wstępem do eleganckiej kolacji lub pysznym samodzielnym daniem.

Na ciasto biorę zawsze 20 dag mąki,10 dag masła, jajko lub żółtko, szczyptę soli. Szybko siekam nożem i zagniatam (gdyby było trzeba, dodaję odrobinę zimnej wody). Chowam ciasto na kwadrans do lodówki, a w tym czasie przyrządzam nadzienie ze śmietany (12 proc.), 2 jajek, 1/2 szklanki startego parmezanu i na przykład ugotowanych al dente pokrojonych na kawałki szparagów lub podsmażonych na oliwie pokrojonych w makaronik porów (tylko białej części) Najpierw podpiekam ciasto, którym wykładam foremkę do tart, chwilę podpiekam. Na wierzch wylewam nadzienie. Wstawiam do nagrzanego piekarnika mniej więcej na 20 minut lub do momentu, kiedy wierzch tarty staje się elastyczny. I czekam na pochwały gości.

24.02.2017
piątek

Granice smaku

24 lutego 2017, piątek,

Ponieważ sezon narciarski trwa, spędziliśmy kilka dni w Austrii, a parę kolejnych we Włoszech.

W Austrii mieszkaliśmy w niedużym pensjonacie. Pani gospodyni była bardzo skrzętna. Wykładała na półmiski niewielkie ilości różnych produktów, a potem dziwiła się, że 50 stołujących się osób szybko je pochłania. Pytana o dolewkę kawy radziła, żeby sprawdzić, czy nic nie zostało w dzbankach na innych stolikach.

Obiad również nie przedstawiał się dobrze. Rozpoczynała go tak zwana zupina, czyli sądząc po smaku rozpuszczona kostka rosołowa z dodatkami, nadającymi głównie różne kolory, bo smak pozostawał mniej więcej jednolity. Zastanawialiśmy się, czy to właśnie dzięki tej daleko posuniętej gospodarności gospodyni i współgospodarz hotelu, jej wnuczek, jeździli najnowszym modelem mercedesa i sportowym audi.

Kuchnia okazała się niezbyt smaczna nie tylko w naszym hotelu, ale i w restauracjach na stoku. Można było zjeść parówkę z bułką, niezbyt udane podróbki dań kuchni włoskiej albo zupiny podobne do tej w hotelu. Po kilku próbach opracowaliśmy strategię, że należy wybierać potrawy regionalne. Na przykład kasnocken, czyli drobne kluseczki zapiekane z serem i szczypiorkiem albo sznycel. Trudno je zepsuć. Choć trudno też jadać na okrągło.

Ogólne wrażenia kulinarne z Austrii mieliśmy niespecjalne. Całkiem różne od wrażeń narciarskich, krajobrazowych, pogodowych, czy dotyczących organizacji turystycznej machiny.

A potem po kilku dniach przejechaliśmy granicę. Ta granica nie ma długich tradycji, część Tyrolu włączono w 1919 roku do Włoch, ale mieszkańcy nadal czują się Tyrolczykami, mówią po niemiecku. Wydawałoby się zatem, że nie ma powodu, żeby ich kuchnia różniła się od austriackiej. Byliśmy jednak głodni i już nie mogliśmy czekać. I jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że mówiąca płynną niemczyzną pani restauratorka podała nam wspaniałe spaghetti, doskonałe ravioli i pyszną kawę. To było wyjątkowo przyjemne zaskoczenie.

I dalej we Włoszech kulinarny sen trwa. Jego ukoronowaniem była wizyta w polecanej przez miejscowych osterii w miejscowości, nad którą góruje piękny zamek. Przejedliśmy się tam, bo gospodarzowi nie mieściło się w głowie, że możemy zamówić tylko jedno danie, a my nie chcieliśmy robić mu przykrości. Nie używał karty dań, ale nadzwyczaj smakowicie opowiadał o tym, co możemy zjeść. Czuliśmy, że nakarmienie nas jest jego misją i przyjemnością.

Niewielka odległość, a jakże różne podejścia do jedzenia i karmienia gości.

21.02.2017
wtorek

Galopująca moda

21 lutego 2017, wtorek,

Moda rozprzestrzenia się niezwykle szybko. Od pewnego czasu nawet na uliczkach najmniejszego miasteczka w odległej części Polski spotyka się dziewczyny ubrane w modne ciuchy, z modnymi torebkami, w modnych butach. Można powiedzieć, że moda zbłądziła pod wszystkie dachy.
Czytaj całość »