Zakotwiczyliśmy na barce czyli kolacje w La Peniche

Trafiliśmy tu całkiem przypadkiem. Podczas pierwszego spaceru po ulicach Marina di Massa znaleźliśmy się nad rzeczką, tuż u ujścia do morza. Przy moście, wśród kwiatów i zieleni, zobaczyliśmy barkę stojącą na palach wkopanych w dno rzeki, z doczepiona do niej platformą kołyszącą się na falach. To była La Peniche – barka szczęścia dla łasuchów jak się szybko okazało.

Weszliśmy do wnętrza, bo właśnie była pora południowej przekąski. Przywitały nas śliczne  młode kelnerki i zaprowadziły do stolika stojącego na pływającej części lokalu. Wprawdzie trochę kołysało ale za to byliśmy bliżej przyrody. Tuż pod stopami pływały ryby, żółw, kaczki dzikie i domowe oraz wielkie białe gęsi – słowem całe wodne zoo.

Zjedliśmy po jednym daniu, każde z nas oczywiście co innego, by mieć możliwość  skosztowania większej liczby potraw, co znaczy iż grzebaliśmy sobie w talerzach ze smakiem. Basia wzięła swoje ulubione fritto misto, Jakub – kalmary a ja owoce morza z warzywami duszone w pergaminie. Do tego piccola botiglia gavi di gavi. Było wspaniale. Uznaliśmy, że warto tu wpaść jeszcze raz wieczorem, by spróbować obszerniejszy posiłek, który pozwoli lepiej ocenić umiejętności kucharza. Zamówiliśmy więc stolik – tym razem „na stałym lądzie” czyli w niepływającej części lokalu, by wiedzieć, że ewentualne zawroty głowy nie są wywołane falami lecz po prostu winem.

Wieczorem La Peniche wygląda jeszcze efektowniej niż w dzień (zdjęcie publikowałem w pierwszym sprawozdaniu). O ósmej lokal był całkowicie zapełniony i bez rezerwacji nie udało by się tu wejść. Gdy usiedliśmy natychmiast pojawiła się Ewa – kelnerka, która zapamiętała nas z pierwszej wizyty i podając karty menu dostarczyła też wodę mineralną oraz koszyczek z gorącą focaccią co pozwoliło nam spokojnie studiować i wybierać dania. Nawiasem mówiąc focaccia zastępujące tu chleb są – jak na nasz gust – nadto słone. W ten sposób uzupełnia się tę sól wypoconą. Temperatura powietrza przez 15 dni spędzonych w Marinie nie spadła nigdy poniże 36 st. C. (Morze zaś zawsze – nawet wzburzone – miało temperaturę 27 st. C.) Nadmiar soli można łatwo strącić z gorącej powierzchni placka i zajadać się tym smakołykiem. Ten rodzaj pieczywa docenia się  zwłaszcza wówczas gdy na talerzu zostaje pyszny sos. Ciasto wchłania go skutecznie i smakuje jeszcze lepiej.

Zjedliśmy  tego wieczoru różne sałatki morskie (małże, ośmiornice, kalmary) oraz tagliatelle w sosie szafranowym z połówką homara, tuńczyka z patelni ze smażonymi warzywami oraz kluseczki typu gnocchi w sosie curry z małymi smażonymi rybkami. Zmieniliśmy też gatunek wina przechodząc na aromatyczne pecorino przypominające nam ubiegłoroczne wakacje w  Abruzzo.

Daliśmy się też Ewie namówić na desery: panna cotta z leśnymi owocami, klasyczne tiramisu i tortino di ciocolatta. Wprawdzie cała kolacja była wyśmienita ale desery biły na głowę wszystkie słodycze jakie do tej pory zjedliśmy we Włoszech.

Po nocnym spacerze ulicami kurortu (Marina di Massa to właściwie same hotele, pensjonaty i letnie domy) zaglądając do różnych lokali, by wybrać ten, w którym zakotwiczymy następnego wieczoru. Szybko jednak uznaliśmy, że nigdzie nie jest piękniej niż na barce, a i zapachy mówiły nam wyraźnie, że szef kuchni jest tam najlepszy. Wracając do domu wstąpiliśmy do La Peniche i zamówiliśmy stolik na kolejny wieczór.
I tak już zostało do końca pobytu. W innych restauracjach jadaliśmy tylko podczas wycieczek do kolejnych zwiedzanych miast: Firenze, Lucca, Pisa, San Giminiano, Parma. Wieczorem zaś regularnie lądowaliśmy przy „naszym” stoliku.

Szybko zaprzyjaźniliśmy się z całą załogą a nawet z właścicielem. Drugiego wieczoru przyszedł do nas Emiliano Della Bona – przedstawił się wypytał kto my, skąd i na jak długo. Gdy usłyszał, że zjemy u niego jeszcze dwanaście kolacji to zarządził specjalną zniżkę i stałą rezerwację ulubionego stolika. Opowiedział o swojej restauracji i – dowiedziawszy się  czym się zajmujemy zawodowo – zaproponował dostarczenie każdego przepisu, który nam szczególnie przypadnie do gustu.

Od tej pory czuliśmy się tu jak we własnym domu. I nigdy nie żałowaliśmy decyzji o zamustrowaniu na tej (nie)pływającej jednostce. I jeszcze jedno – tutejsza karta win pozwoliła nam pić co wieczór inny gatunek z różnych stron Italii a wszystkie zachwycały nasze podniebienie i nos.
Pora więc pokazać jak to (choć w części) wyglądało. 

 

Nasza barka widziana z drugiego brzegu rzeczki

Przy naszym stoliku część załogi La Peniche: siedzi Miriam, stoją za Kubą – Ewa i Conccetta

– brak Simony i Emiliano

Tagliatelle z połówką homara…

…  dziś dla nas obydwu

Przed kolacją a czasem po, warto przespacerować się po marmurowym molo

 

 

 

Jeśli chcecie zobaczyć  wnętrze restauracji, poznać menu, a może nawet zamówić stolik to podaję adres

www.lapeniche.com