Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Gotuj się! - Czyli pasje kulinarne Piotra Adamczewskiego Gotuj się! - Czyli pasje kulinarne Piotra Adamczewskiego Gotuj się! - Czyli pasje kulinarne Piotra Adamczewskiego

5.01.2016
wtorek

Punkty zbiorowego żywienia snobów

5 stycznia 2016, wtorek,

Mało kto pamięta tę nazwę, którą władze w PRL nadały lokalom nazywanym w cywilizowanym świecie restauracjami.

Gdy wraz ze słusznie minionym ustrojem (a może nawet trochę wcześniej, bo gastronomia szła w awangardzie przemian) zniknęły owe punkty i pojawiły się szyldy ze słowem „restauracja”, noszące przy tym najbardziej wymyślne obcojęzyczne nazwy, cieszyłem się, że wszyscy mamy tak wielki wybór jadania w prawdziwych barach i restauracyjkach częstujących gości różnorodnymi daniami kuchni niemal z całego świata.

Przez te ostatnie 26 lat nowe lokale powstawały jak grzyby po deszczu. Jedne utrzymywały się na powierzchni rynku gastronomicznego dłużej, inne krócej. Nieliczne – zwykle najlepsze i prowadzone przez ludzi znających się na tym biznesie i chcących swych gości dobrze karmić – istnieją do dziś i będą zapewne działać przez kolejne lata.

Tu najlepszym znanym mi przykładem są restauracje należące do rodziny Kręglickich. Mam nadzieję, że dorastające dzieci właścicieli „Chianti”, „El Popo”, „Santorini” i trzech innych bardzo popularnych stołecznych lokali przejmą we właściwym czasie schedę i moje wnuki oraz prawnuki będą miały gdzie dobrze i smacznie jadać.

W ostatnim okresie powstaje w Warszawie coraz więcej lokali nie dla smakoszy i zwykłych zgłodniałych ludzi, a dla snobów i celebrytów. Tu dygresja – nie jestem zaciekłym wrogiem snobizmu. Sam mu czasem ulegam i uważam, że szczypta wyrafinowania bywa pożyteczna. Byle bez przesady. Tymczasem nowe restauracje, o których mówię, nie są lokalami ani dla mnie, ani dla szukających dobrego miejsca na kolację przechodniów. I nie chodzi mi głównie o nadmierne wyrafinowanie w wystroju wnętrza, które na ogół przypomina stację kosmiczną (co m.in. powoduje też księżycowe ceny), ale także (a może głównie) o zaproszenia, które przysługują na ogół wybranym i dopuszczanym na te spektakle kulinarne. I nie piszę tego z zazdrością, bo takie zaproszenia miewam, ale ich na ogół nie wykorzystuję.Alta sorbet di melaP3020073Zgromadzone na tym „kosmodromie” towarzystwo dostaje na talerzach trawki, ziarenka, pianki zamiast mięsa czy ryby, a wszystko ułożone w formie obrazów Picassa.

Towarzyszą temu występy kucharza, który zamiast zajmować się gotowaniem opowiada o swoich wędrówkach po łąkach i gajach (czasem i po gospodarstwach rolnych) w poszukiwaniu roślin, ryb i zwierząt, które będą potem stanowić tworzywo dzieła tworzonego przez owych artystów używających zamiast pędzla i dłuta retort ciekłego azotu i innych laboratoryjnych narzędzi.OLYMPUS DIGITAL CAMERATaki spektakl słowno-muzyczny trwa zwykle dwie, a nawet trzy godziny. Goście wychodzą zachwyceni, bo mają czym się przechwalać wśród przyjaciół, a i kasa restauratora bywa napełniona.

Nie nawołuję do likwidacji podobnych zabaw. Martwi mnie tylko, że jest ich coraz więcej. A wśród nowo otwieranych lokali coraz mniej takich, o których można powiedzieć: miła knajpka.schabowy z kostkąA gdzie można zjeść schabowy z kostką?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 57

Dodaj komentarz »
  1. U mnie 🙂
    Skończyłam tę okupację od kuchni. Potrzeba matką wynalazku. Nie ma mąki? No to można zrobić mąkę z żołędzi(!). Herbaty nie ma? Obierki z jabłek wysuszuć, nieco przypiec – i mamy herbatę! Nie wiem, czy przed wojną były herbaty owocowe, ale w czasie wojny popularne, z suszonych owoców i liści. Kawa? Cykoria przyszła w sukurs i kawa zbożowa. Mnóstwo takich wynalazków, a nawet pani Zofia Nowosielska wydała w roku 1941 „Polish Wartime Cookery Book” dla Brytyjczyków, czyli jak przetrwać ciężkie czasy wojenne i nie zginąć z głodu.
    Kercelak warszawski był’ponoć najlepiej zaopatrzonym rynkiem w Europie, w latach świetności było tamniemal 2000 stoisk, podobnie na krakowskiej Tandecie. Można było dostać wszystko, na przykład kilo schabu przed świętami za 100-120 zł, albo gęś za 500zł. Tylko dla krezusów, niestety.
    Autorka książki skupia się na Warszawie i krakowie i jak sama pisze, nie ujmuje wszystkich zjawisk, bo musiałyby powstać tomy. Ale rzeczywiście podaje mnóstwo ciekawostek oraz trochę przepisów, niektóre podam jutro, to znaczy dzisiaj. Co chciała pokazać przede wszystkim – kulinarną zaradność Polek w ciężkich wojennych czasach.
    Dobranoc i dzień dobry 🙂

  2. dzień dobry …

    ludzie mają różne pasje i pewnie zapraszani oraz zapraszający się dobrze bawią …

    ja mało bywam (kiedyś też bo robiliśmy przyjęcia raczej domowe, nawet nasze wesele) a poznanie kilku miejsc wartych posmakowania zawdzięczam koleżankom blogowym ..

    Alicjo to czekamy na przepisy .. po wojnie też trzeba było być kreatywnym a nawet i później z braku towarów w sklepach .. się wymyślało cuda nie widy

  3. Danuśka czekamy na cdn .. ominęły Was mrozy .. Alanowi współczuję ale pewnie były i też miłe chwile … w Rzymie byłam tylko 3 dni i kojarzy mi się tylko z pośpiechem i kolejkami dla zwiedzających .. widziałam co trzeba ale wspomnienia mam kiepskie z racji gnania od zabytku do zabytku ..

    Henryku jak tam u Ciebie z zimą?

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Moja Bunia wspominała, że podczas wojny tarła marchewkę, suszyła i podawałą napar marchewkowy jako erzac herbaty.

    Odnośnie gastronomi molekularnej i kompozycji plastycznych na talerzu: powtórzę za Gospodarzem, nie mam nic przeciwko lecz dominacja to lekka przesada. Głodnego nie nasyci, konesera sztuki nie zadowoli.

    A gdzie schabowy z kostką? Piotrze, bar Rusałka! Naprzeciw miśków. Styl wnętrza przypomina dobrze prowadzoną stołówkę z czasów PRL-u. Czyli czysto, schludnie i smacznie. Ceny przystępne, a stała i nowa klientela postępuje według niepisanej zasady: przyszedłeś by zjeść, jedz póki gorące; pamiętaj jednak o innych – nie każ im czekać.

    Rozmowa z córeczką sąsiadów (lat 6) uprzytomniła mi jak dzieci i młodzież podchodzą do produktów i potraw serwowanych w domu. Np: mięsko jest z supermarketu, a kurczak z KFC. Dostępność towarów i ich różnorodność wyklucza zrozumienie braku tychże w domach innych. To oczywiście ogromna generalizacja zastosowana jedynie do zaznaczenia problemu.

    A że niedawno czytałam „Pisma Wybrane” Gustawa Morcinka, cytat sam pchał się na klawiaturę. Tym bardziej, że od Świąt minęło niewiele czasu:
    „Wieczorem, kiedy pierwsza gwiazda zabłysła na zadymionym niebie, Wawerka zapalił świece na drzewku i przystąpiono do spożywania świętej wieczerzy. Czegóż tam nie było?… Groch maszczony, ryż z powidłami, pieczki*, jabłka, orzechy, miód, opłatki, a przede wszystkim smażona ryba.”

    *pieczki – suszone śliwki lub gruszki
    Gustaw Morcinek „Narodziny serca”

  6. W dzisiejszej Warszawie też można wybrać się na Kercelak 🙂 ale tylko raz w roku:
    http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/kercelak-2015-cwaniaczki-przekupki-i-stylowe-samochody,3511113,artgal,t,id,tm.html
    A miejsc, gdzie można zjeść schabowy z kostką też przybywa, co na pewno cieszy różne pokolenia Warszawiaków.

    Małgosiu, Jolinku-Szanowny Chory wyzdrowiał już następnego dnia i w ramach odrabiania strat moralnych obejrzeliśmy noworoczną paradę wyruszającą z Piazza du Popolo. Poniżej film znaleziony na jutubie z parady 2015:
    https://www.youtube.com/watch?v=owyUrDTbLwo

    Vis a vis hotelu, w którym się zatrzymaliśmy było wiece skromne bistro-coś pomiędzy osiedlową jadłodajnią, a dzielnicową kawiarnią. Jedliśmy tam śniadania i czasami jakieś wieczorne co nieco. Jako, że przez te kilka dni byliśmy stałymi klientami bardzo szybko
    zakolegowaliśmy się z właścicielami tegoż przybytku. Rozmowa nie należała do najłatwiejszych-oni znali jedynie kilka słów po angielsku, ich córka parę zwrotów francuskich, a ja usiłowałam wydobywać z mroków pamięci moje niewielkie włoskie słownictwo. W takich przypadkach najważniejsza jest, jak wiadomo, dobra wola obu stron 😀 I tak dowiedzieliśmy się, że pochodzą z Neapolu, mieszkają w Rzymie od 24 lat, a owo bistro prowadzą zaledwie od trzech miesięcy. Całość to rodzinny interes: do brata należy hotel, a siostra wraz mężem, dorastającym synem oraz córką dzierży pieczę nad barem. Ta piecza wymagała jeszcze pewnego dopracowania, ale ujęli nas swoją bezpośredniością i serdecznością cdn…

  7. No i po awarii. Docieplenie watą mineralną pomogło. Woda płynie. Dzięki Żabo – Twoje rady mogą się przydać. Oby nie, ale nigdy nic nie wiadomo.

  8. Jutro urodziny wnuka – Krzysia. Wczoraj upiekłam biszkopt, czyli puchatkę w tortownicy, a dzisiaj przełożę masą śmietankowo-kremową z dodatkiem masła, w środku dam też pokrojone na kawałki różnokolorowe wedlowskie galaretki, bo nie chce mi się robić galaretek na „rozbite szkło” – połowa ich zostaje – tort nie będzie taki duży.
    Może jeszcze posiekane brzoskwinie? Albo nimi przybrać?
    Po Krzysiu jest Franek, a po Franku Władek. Władek ma 18 miesięcy, to ile ma Krzyś? Zgubiłam się w liczeniu.

  9. Za to Esce zamarzła w domu i nie wiadomo gdzie 🙁

  10. Żabo-czy mogę Ci powiedzieć ij law ju?
    To wyznanie to przywilej Nisi i Cichala, ale nie mogę się powstrzymać 🙂

  11. Żabo i Krysiade-dlatego też niepoprawne mieszczuchy kochają jeździć na wieś latem,
    a zimą cieszą się, że mieszkają w mieście.

    PS.Jutro wybieramy się z krótką wizytą na dobra nadbużańskie.

  12. Dzień dobry bardzo!
    Po raz kolejny komisyjnie stwierdzono, że do niczego się nie nadaję.
    Niestety nie stwierdzono czy mogę piec drożdżowe i lepić pierogi, Co prawda potrafię już to robić z zamkniętymi oczami i chyba zakaz w tym przypadku nie obowiązuje.
    Parę dni temu oglądałem film o wielkim przyjęciu na część pary królewskiej ze Szwecji zorganicowany przez Pałac Elizejski. Co ciekawe większość dań wygladała jak z mojej ilustrowanej książki kucharskiej L’Art Culinaire Moderne wydanej w 1937.
    Mimo upływu czasu zasady sztuki kulinarnej w kuchni francuskiej trzymają się mocno. Na przyjęciu nie było dań jakie podaje się w nowoczesnych restauracjach: troszkę na talerzu i fiu bździu oraz mazy jako dekoracja tego co się je.

  13. Mi najwięcej zachodu przysparza kran na podwórzu. Niegdyś w tym miejscu była stodoła z różnymi przybudówkami i komórkami, i w takiej komórce, używanej jako magazyn paszy w workach, w rogu był ten kran. Wystawał tyle nad poziom polepy, żeby można było wiadro podstawić, czyli pewnie z pół metra, a może nieco więcej. Po roku stodoła – wypchana sianem aż po kalenicę – zawaliła się pewnej wietrznej nocy. Obok już była wybudowana owczarnia i ja wyrywałam siano dla owiec spomiędzy połamanych belek, i otrzepywałam z pobitych dachówek, a zima była bardzo mroźna i śnieżna.
    W każdym razie stodoła w końcu zniknęła, a kran został, wystawał sobie te pół metra nad poziomem podwórza i ciągle ktoś o niego zawadzał. Specjalistą od wjeżdżania na niego ciągnikiem i krzywienia był mój mąż, który miał o ten sterczący kran wiecznie do mnie pretensje. Obkładanie go kamieniami nie bardzo pomagało, ale w końcu mąż się wyprowadził i przestał go rozjeżdżać.
    Warunkiem odbierania mleka z gospodarstwa było zapewnienie suchej i twardej drogi dojazdowej, tak żeby ciężki samochód mógł dojechać i zawrócić bez jakiegokolwiek problemu. Uzyskaliśmy to nasypując grubą warstwę pospółki na gliniaste podłoże (wcześniejsze melioracje nic nie pomogły) i kran nagle znalazł równo z poziomem podwórza, a może nawet nieco poniżej. Żeby go w ogóle można było używać został okopany i zabezpieczony górną połową plastikowej beczki, a wystająca część beczki obsypana i obłożona kamieniami. Na wszelki wypadek, żeby ktoś nie rozjechał tego pagórka z boku postawiliśmy spory kamień. Próbowałam też posadzić jakiś świerczek i między kamykami zrobić mini skalniaczek, ale po roku dałam za wygraną. Ze skalniaka została jedynie mięta, która walczy o przetrwanie z samosiejką mirabelki, z którą z kolei ja walczę, czyli ją przycinam ze dwa razy na rok, bo kolczaste gałązki drą mi kurtkę kiedy staram się dostać do kranu. Okazało się, że chodzące po podwórku konie bardzo szybko skojarzyły wodę w wannie z kranem i próbowały go odkręcać wsadzając pysk do beczki.
    Po wybudowaniu angielskich boksów na podwórzu i zimowaniu w nich koni, kran musiał być używany również zimą, konie były pojone dwa razy dziennie. Stary „zakręcany” kran został zmieniony za zawór „przelotowy”, taki otwierany poziomą rączką, do zaworu na stałe założony gruby wąż, który można zwijać i chować w beczce, a na wierzch beczki osobiście zrobiłam bardzo porządną i ciężką ośmiokątną pokrywę z grubych desek.
    Te przelotowe zawory mają w środku kulkę z dziurą, przez którą w odpowiednim położeniu przepływa woda, kulka zaś ma otoczkę z silikonu, która działa jako uszczelka gdy zawór jest zamknięty. Jeżeli taki zawór zamarznie i próbuje się go na siłę otworzyć silikon pęka i zawór traci szczelność, czyli po prostu kapie. Czasem silikon pęka tylko z powodu zamarznięcia. Bardzo więc pilnuję, żeby te zawory, a mam ich kilka, nie zamarzły. I tu dochodzę do problemu kranu na podwórku. Otóż nie mogę go zabezpieczyć różnymi cudeńkami elektrycznymi, bo nie bardzo mam jak doprowadzić tam prąd. Mógłby być odpowiednio gruby i zabezpieczony przewód, żeby go konie nie uszkodziły i same przy tym nie ucierpiały (koń jest bardzo wrażliwy na prąd), nawet Jurek Haneczczyn zrobił mi stosowne gniazdo na ścianie domu, ale… otóż jak spadnie śnieg nieznany jest dzień i godzina, kiedy nadjedzie pług. Trzeba zostawić otwartą bramę, żeby mógł wjechać na podwórze i tam zakręcić, często jest to w nocy. Gdyby pod śniegiem był kabel, to oczywiście pług by go zerwał. Czyli przewód elektryczny powinien być zakopany, proste, ale jeszcze tego nie zdziałałam. Mea culpa.
    Na razie pozostaje mi od lat wypróbowana metoda – do beczki wkładam dwa 5-litrowe kontenerki z gorącą wodą, przykrywam je „kołderką”, na to gruby plastik z worka śmieciowego, na to drewniana pokrywa, a na nią metalowa miednica. Pokrywa już nie jest ośmiokątna, bo nie wchodziła w miednicę, musiałam ją oberżnąć wyrzynarką i teraz mieści się na tyle głęboko, że brzegi miednicy dotykają ziemi naokoło krawędzi beczki.
    Uff…

  14. Danuśka to ubierz się ciepło bo na wschodzie jeszcze jutro zima .. ma podobno też padać śnieg jutro i pojutrze ..

    jutro sklepy zamknięte bo święto ..

    Żabo to ile już wnucząt jest? .. jakieś plany są? …

  15. Jutro jednodniowe święto a kolejki w sklepach okropne 🙁
    Nie mam i nie miałam domku na wsi, więc na szczęście obce mi są takie problemy. Zdarzają się oczywiście awarie więc wiem jakie to uciążliwe.

  16. Jolinku-właśnie zrobiłam przegląd szalików, rękawiczek oraz wszelkich czapek.

    Rzymskie noworoczne wakacje cd:
    30 stycznia wieczorem siedzimy sobie w naszym osiedlowo-hotelowym bistro i uzgadniamy z szefową, czy następnego dnia wieczorem wpadniemy coś przegryźć, czy też niekoniecznie. Alain zaczyna żartować, że wpadniemy, jeśli będą tosty z kawiorem, homary oraz szampan strumieniami. Szefowa nieśmiało tłumaczy, że o ten kawior to raczej ciężko, że te homary to niekoniecznie jest rzymska czy neapolitańska tradycja, ale że byłoby milo gdybyśmy wpadli. Zatem 31 stycznia wieczorem tak około godz.20.00 wpadliśmy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy na ladzie, do dyspozycji wszystkich klientów znaleźliśmy-tosty z kawiorem, sałatkę z ośmiorniczkami, plastry marynowanego łososia z chili i kaparami, a w lodówce chłodziły się małe butelki spumante. Uściskaliśmy całą neapolitańską rodzinę sylwestrowo i ruszyliśmy na miasto!
    A resztę już znacie…

  17. Czyżby kolacja zaszkodziła? Ale to miło, że właściciele tak się starają.

  18. Danuśko – za żadne skarby nie zamieniłabym mojego kochanego domku na podlaskiej wsi na domek miejski. Przecież taki mam, ale z radością go nie używam.

  19. krysiude bo Ty bardzo zaradna jesteś jak Żaba i masz Przybocznego zaradnego .. ja to na trochę bym mogła pojechać na wieś i popracować nawet w polu ale cały rok bym nie dała rady …

    dziś sobie Piotra obejrzałam w wydaniu świątecznym „ABC gotowania” .. Piotr polecał między innymi karpia i karp był ale w galarecie z cebuli .. nie jadłam takiego jeszcze …

  20. Czy jestem tu jedyna, ktpra bardzo sobie ceni trawki, pianki i piocasowskie kompozycje na talerzu? Inwencje i fantazje kucharza? Otwieranie przede mna nowych kulinarnych obszarow i doswiadczen?
    Jesli man ochote na schabowego z kostka, to moge go sama zrobic albo wpasc do lokalnego pubu „Rose and Crown” (uwielbianego dzieki milej staroswieckiej atmosferze przez Psa Bobika). To jest wlasnie w kategorii „mila knajpka”.
    Ale procz milych knajpek sa jeszcze zaklady zbiorowefo zywienia , ktore sa przygoda. Nie dla wszystkich – przzyznajd. Ale nie dla wszystkich tez sa sushi i zupa pomidorowa – mowi jko ktos, kto pomidorowej nie tknie, chyba, ze jest w gosciach. Ale prawdziwe sushi uwielbiam. I schabowe zreszta tez.
    Nie zgdazam sie z Gospodarzem, ze gastronomia w Polsce czynila szybsze postepy niz inne dziedziny uslug. Wrecz przeciwnie – dlugo pozostawalw tyle za „tryndami” w Europie czy w Ameryce (zwlaszcza w Anertyce!) Nawet w drogich i „snobistycznych” restauracjach, takich jak Belvedere w Wraszawie wciaz mozna spotkac sie z niechlujnie podanym, rozlozonym na takerzu jedzenim. mierna jakoscia produktow, twardym jak podeszws befsztykiem. Jakosc kelnerskigo serwisu tez pozostawia wiele do zyczenia. To wzruszanie ramion lub powidzenie niezadowolonej klientce: „Nikt inny nie narzekal…” Albo dla odmiany – sluzalczosc taka, ze sie robi niedobrze. Sluzalczosc zamiast naturalnej uprzejmosci i goscinnosci. Zdarzylo mi sie nie tak dawno (poltora roku temu) odeslac po sprobowaniu biale wino, bo bylo niezdatne do picia. Po skonczonym obiedzie muislsm dlugo przekonywac kelnerke, a nastepnie kierownika sali, ze zwrocony kieliszek wina nie powinien byl znalezc sie w rachunku! Bylam tym bardzo upokorzons, choc cena kieliszka wina zostala w koncu skreslona. Nikt nam nie popwiedzial „Przepraszamy!”.
    Schabowy z kostka jak na tym trzecim zdjeciu, przyozdobiony pietruszka (to jeszcze sie tak podaje?) , nie wzbudza we mnie dygotania serca i checi konntemplacji. Schabowy jak schabowy, nie lepszy, nie gorszy niz sama bym sobie zrobila w piec minut. Do restauracji chadza sie czasami dlatego, ze sie nie chce w domu gotowac, a czasami dla specjalnego doswiadczenia, ktorego sie nie jest w stanie odtworzyc w domowej kuchni. Takie restauracyjne posilki sa najciekawsze, takie sie pamieta latami.

  21. Żabo !
    a może zasilanie napowietrzne – do mirabelki ( lub tyczki ) tak wysoko jak to tylko możliwe i na dół do zaworu.
    Inna wersja, to założenie zaworu odcinającego dopływ wody do tego zamarzającego delikwenta w miejscu, gdzie woda nie zamarza oraz za nim kolejny zainstalowany bocznikowo umożliwiający każdorazowo spuszczenie wody z tej zamarzającej części. Trochę zabawy z obsługą ale na pewno wygodniej niż ” kubłowanie „

  22. Heleno-zgadzam się z Tobą i też uważam, że do restauracji chodzi się albo dlatego,
    że nie chce się w domu gotować, a człek głodny i czasami też dla specjalnego i niezapomnianego doświadczenia, bo w domu nawet, jeśli staniesz na głowie to, aż tak smacznie i na dodatek tak artystycznie, by ci nie wyszło.

    Małgosiu- wszystko na to wskazuje.

    Krysiade-przecież wiem i cieszę się razem z Wami, że znaleźliście swoje miejsce na ziemi 🙂

  23. Danuśka ale jak to tak jedliście to samo a Alan chory? …

  24. Jolinku-bo ten model tak ma 😉

  25. Coś znalazłem

    Manifest dojrzałego człowieka!
    Świat, droga młodzieży, wyglądał kiedyś nieco inaczej.
    Nie budziła nas, dzisiejszych sześćdziesięciolatków
    czy siedemdziesięciolatków, telewizja śniadaniowa,
    przez co nie wiedzieliśmy o istnieniu
    otyłych karlic akrobatek, Chipindels’ów
    i kotów, które mówią brajlem.
    Budził nas radziecki budzik, który za nic w świecie
    nie chciał chodzić tak, jak mu hejnał z wieży mariackiej kazał.
    A jednak zdążaliśmy do szkoły.
    Na śniadanie jedliśmy kanapki z pasztetową,
    na święta szynkę, która psuła się po dwóch dniach.
    Sery były jeśli były dwa: żółty i biały.
    Nazwy były równie umowne, jak ich ceny i kolory.
    Nikt nie jadał lunchu.
    Były drugie śniadania
    kanapki starannie zapakowane przez mamy w papier śniadaniowy,
    który poddawano domowemu recyklingowi
    i jeśli się nie ubrudził, wykorzystywano go ponownie.
    Jadano też obiady: ziemniaki, tłuste sosy, kotlety.
    Mało warzyw i ryb.
    Na kluski mówiliśmy makaron, nie pasta,
    bo pastą smarowaliśmy chleb lub czyściliśmy buty.
    Nikt nie znał słowa cholesterol i jadł tyle jajek,
    ile chciał, a jednak nie umieraliśmy masowo na serce.
    Nauczyciel, który potrafił przylać linijką
    lub połamać wskaźnik na niejednej pupie,
    kazał nam wkuwać mnóstwo definicji i wzorów,
    nękał klasówkami i straszył widmem powtarzania klasy.
    Mimo to nie mieliśmy jakiejś nadzwyczajnej traumy.
    Szczerze mówiąc nie znaliśmy tego słowa
    ani nie byliśmy pod opieką terapeuty.
    Nie uczyliśmy się angielskiego i nie chodziliśmy na balet.
    Żeby umówić się z kumplami na piłkę,
    nie dzwoniliśmy do nich wcześniej,
    tylko wpadaliśmy po nich do mieszkania
    albo darliśmy się pod oknami, żeby wyszli.
    Nie zabraniał nam tego nikt z TVN Style.
    W owych czasach papier toaletowy
    występował głównie w parówkach i mortadeli,
    a proszek do prania prał ciuchy białe i kolorowe,
    Jeśli prał.
    Nie było kremów na dzień, na noc, na zimę i lato.
    Była nivea.
    Mimo to nie cuchnęliśmy
    ani nie padaliśmy na dyzenterię.
    Byliśmy niemodnie ubrani,
    a jednak udawało nam się umówić z dziewczynami,
    które nie wymawiając, też nie wiedziały, kto to Jaga Hupało.
    Nasi starzy nie dzwonili do nas na komórki
    i nigdy nie wiedzieli, gdzie naprawdę jesteśmy.
    Nie odwozili ani nie doprowadzali nas do szkół,
    odkąd skończyliśmy siedem lat.
    Jakimś cudem oni nie zeszli na serce,
    a my nie padliśmy ofiarą pedofilii
    ani seryjnych morderców,
    a na źle oznakowanych przejściach dla pieszych
    nie rozjechały nas samochody.
    A przecież jakieś jednak jeździły.
    Nie robiliśmy sobie zdjęć do Naszej-klasy
    spod opery w Sydney ani spod piramid.
    Jeździliśmy na kolonie i obozy,
    zrzucaliśmy się na oranżadę w proszku i ciastka.
    Nie wiedzieliśmy, co to taniec z gwiazdami;
    Kto to Kaczyński, Korwin-Mikke i emancypacja kobiet.
    My, sześćdziesięciolatki przeżyliśmy piekło.
    Dlatego żądamy ekstra renty inwalidzkiej drugiej grupy!

  26. Pyro Młodsza czy masz jakieś wieści o Mamie?

  27. dzień dobry …

    śniegu trochę popadało ale to mało by był miło i tylko dozorcy mają robotę z odsnieżaniem …

    a ja dziś jem karpia co to go sobie zamroziłam z zakupów przed światecznych ..

  28. Dzień dobry,
    u nas też dzisiaj karpie 🙂
    Za oknem – 4 i krąży śnieżek

  29. w sobotę będzie cieplej … ja idę …

    http://komitetobronydemokracji.pl/pikiety-wolne-media-09-01-2016/

  30. Jolinku, masz racje. Ja tez tutaj chodze na rozne marsze protestacyjne. Na ostatnim bylam w listopadzie aby zaprotestowac przeciw barbarzynstwu po zamachu w Paryzu. W pniedzalek bylam w kinie na filmie ” sufrarzystki ” Jestem pelna podziwu dla pierwszych kobiet, ktore walczyly o prawa , ktore teraz wydaja nam sie normalne.

  31. For inverted snobs (albo i converted, albo…) – epifanijny lunch z wigilijnymi uszkami! 🙄

    — Ulepionymi (oczywiście) ekspresowo 24.12, na dodatek do licznych innych działań dnia. Uraczyli się nimi (zbiorowo i z dokładkami) Uczestnicy a malutką resztę ofiarobiorcy wdzięcznie zjedli w kolejnych dniach.

    Święta minęły za szybko, poza tym cudnie, rodzinnie, zdrowo, nowinowo, z nieustannym śpiewem (w lkilku domach, przy wtórze (multi)instrumentów 😉 ).
    Były przepełnione aktywnością towarzyską, miejsko-zwiedzaniową, muzealną, rowerową, oraz AŻ pięcioma wypadami na (pa)górskie wycieczki, w tym trzema całodniowymi, że nie powstydziłby się takiej i długi letni dzionek. O czym będzie w kolejnych dolepkach do dzisiejszego optymistycznie-stabilnego wpisu blogowego.
    Album zalinkowany powyżej pokazuje między innymi efektowny wystrój świąteczny centrum Katowic ze świeżo urządzoną ulicą Korfantego.

    …I absolutne zero telewizora (w Domu; ja nie mam, P nie używa) – nawet na pasterkę z Watykanu, nawet na Urbi et Orbi… po prostu było tyyyyle żywych i ciekawszych zatrudnień, zbyt mało czasu…

    Wszystkim jeszcze raz optymalnego 2016!!! 😎 😉

  32. Basiu wielce ciekawy reportaż … wielce … 🙂 .. że Katowice mają lasy się przekonać można jak się jedzie do Bielska Białej trasą lub objazdami .. chyba pisałam o tym jak namówiłam Pana Lulka do objazdu okolicznych wiosek by zobaczyć szopki w tamtejszych kościołach i oglądając Twoje zdjęcia sobie o tym przypomniałam ..

  33. A ja wczoraj w snobistycznej restauracji dla smakoszy, czyli we własnej kuchni, zostałem uraczony talerzem szczelnie wypełnionym pierogami z nadzieniem indyczym. Nadziwka wysmakowana a ciasto jak mgiełka! Całość pod wyrafinowaną graficznie i kolorystycznie kordełką (Heleno nie poprawiaj) z przysmażonej na złoto cebulki. Ewiny Everest kulinarny… 🙂

  34. Radwańska lepsza od szoguna a razem biją na łeb zegarek! Ale jeśli by mundurowi licytowali, to wynik mógłby być zupełnie inny! 🙂

  35. cichalu każdy grosz się liczy .. może Ty coś wystawisz na aukcje …

  36. Co tam Radwańska…Prezydent wystawił na aukcję swoje narty!
    Chyba go zdymisjonują „Piętopodobni”.

  37. Jolinku! Kto by kupił? I co? 🙂

  38. może obraz Ewy … albo jakaś pamiątka z „Wodzireja” .. a kupują by wesprzeć a nie by mieć ..

    ta dziwczyna mieszka w USA i też sprzedaje a cena jak widzisz idzie w górę … zaczynała od 20 zł …

    http://charytatywni.allegro.pl/ksiazka-z-nowor-zyczeniami-od-andrzeja-mleczki-i2660213

  39. Pogoda głupia. Wczoraj rano było -19c, a dzisiaj +6c. Moje stawy się „cieszą” w całkiem odczuwalny sposób. Ale najważniejsze, że słońce dziaiaj jest.
    Dalej o książce – autorka wspomina o tragicznej sytuacji Żydów warszawskich, zaznacza, że to wymaga osobnego i obszerniejszego wydania, niż tylko jakiś rozdział w książce.
    Dni Powstania 44 to osobny rozdział. Mnie utkwiło jedno – najpierw zniknęły gołębie, a potem Bracia Mniejsi, koty i psy. Ludzie musieli zweryfikować swoje poglądy na to, co się nadaje do zjedzenia, a co nie. Podczas Powstania królowały zupy, które były najpraktyczniejsze ze względu na jeden gar.
    Początkowo były dosyć pożywne eintopfy, bo powstanie miało trwać kilka dni lub tygodni. W miarę przedłużania się walk zupy bywały lżejsze, bez wkładki mięsnej, wodzianki wręcz.
    Najbardziej znienawidzoną zupą była „zupa plujka” – dość cienka zupa w której głównym składnikiem był jęczmień, pozyskany ze składu w magazynach Browaru Haberbusscha i Schielego (przy ul.Ceglanej).
    Cytuję:
    ” Plujzupę gotowało się po uprzednim ześrutowaniu jęczmienia na młynkach od kawy i namoczeniu w wodzie.[…]
    Strawa ta miał tyle paździorów, kłujących w podniebienie, ż po każdej łyżce trzeba było siarczyście pluć”.
    Zdobywanie składników na wszelkie zupy było bardzo trudno – wielu ludzi przy tym zginęło, podobnie jak kuchnie polowe, narażone na nieprzyjacielski ogień w każdej chwili.

  40. Kilka przepisów wojennej kuchni :
    Kotlety z mięsa i kapusty
    -kapusta
    -mięso
    -bułka
    -cebula
    Kapustę obgotować, odcisnąć z wody.Zmielić z mięsem i cebulą oraz rozmoczoną bułką. Doprawić, dobrze wyrobić i smażyć z obu stron na jasny kolor.
    (z książki Zdrowa kuchnia – Franciszki Gensówny, wyd. w latach 40-tych)
    —————
    Jak widać, nie podaje się ilości składników, stosowana zasada – ile czego akurat mamy. Nie wymienia się przypraw na tej samej zasadzie.
    Jeśli było mało mąki na chleb czy bułki, ok.40% dodatku mogły stanowić ugotowane ziemniaki puree. Tu dodam jeszcze ciekawostkę zza Rogu naszego – jest to sklep sieć ajencji, ajentem jest jakiś człowiek polskiego pochodzenia.
    Sklep ma własną piekarnię i kiedyś między innymi natknęliśmy się na „Polish potato bread”, czyli na polski chleb ziemniaczany i myślę, że to coś podobnego do okupacyjnego chleba, mąka plus ziemniaki. Był dosyć dobry, ja bym dodałá do ciasta parę ząbków czosnku.
    cdn.

  41. Piękne okoliczności świątecznie ustrojonych Katowic i Krakowa oraz innych miejscowości.
    Sto lat w Katowicach nie byłam (przejeżdżanie obok czy przez się nie liczy), to już inne miasto.

  42. Alicjo 🙂
    Jolinku 🙂 – miło mi, jeśli sprawiłam radość, ożywiłam wspomnienia! 🙂

    Przedśniadaniowa przebieżka ku źródliskom Wisły i z powrotem! 😉 — Może być nawet zbiorowa, jak ta męska wycieczka spotkana na szczycie Baraniej 🙄

  43. dzień dobry …

    wszyscy śpią? …

    dziś Amelka u mnie czyli będzie rosół i pieczone ziemniaki z kotletem z kurczaka ..

    pogoda do spania ..

  44. Alicjo – takie kotlety kapuściano-mięsne były hitem parę lat temu. Nazywano to leniwe gołąbki. Jadłam. Smaczne.
    U mnie piękna zima. Około 10 cm śniegu i -8 mrozku. Cudnie. Piekę ciasto według przepisu naszego guru od potraw mącznych Misia. Ciekawam co wyjdzie. Pochwalę się jak będzie czym.

  45. o a ktoś miał pomysł i ciasto wystawił …. 🙂

    http://aukcje.wosp.org.pl/brownie-mak-marcepan-lub-tort-marchewk-orzechowy-i2676181

  46. Dzień dobry.
    Dzisiaj wieczorem Pyra powinna być już w domu.

  47. Wielkie dzięki Haneczko za informację.

  48. Haneczko – dzięki za informację. Bardzo tu brak Pyry.

  49. Pyra wspominała wcześniej, że jej kolejne pobyty szpitalne będą trwały po kilka dni, ale wiadomo, ze różnie to bywa. Cieszę się, że wraca już do domu.
    Krysiu,
    ogromnie zazdroszczę Ci tego śniegu. Ja urodziłam się w mroźną zimę i przez tyle lat przyzwyczaiłam się do normalnych zim, więc mój organizm domaga się wręcz widoku śniegu.
    Tymczasem oglądam, co dzieje się w lesie : http://ptaki24.pl/kamery-online/karmisko-dla-zwierzat-w-lesie.html

  50. Tam bardzo często pojawiają się bażanty.

  51. Krystyno – u mnie jest jak w bajce. Sosny lekko przyprószone śniegiem i biało na ziemi. Cudnie. Może u Ciebie też posypie?

  52. może biżuteria …

    http://aukcje.wosp.org.pl/broszka-recznie-tkana-od-galerii-milah-i2674362

    to czekamy na Pyrę … 🙂