Co kto lubi

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Lubię korzystać ze spisanych na pożółkłych kartkach przepisów. Stary, pożółkły zeszytowy papier i wyraźne pismo to dla mnie rękojmia, że przepis się uda i danie będzie smakować. Że zostało przez kogoś wypróbowane i zaakceptowane, skoro zanotowano nań przepis.

Nie poważam, często pochopnie, przyznaję, podawanych w internecie przepisów, które poprzedzają zbyt nachalne pochwały („najpyszniejsze, jakie jedliście”), a jeśli się odważam zrobić według nich danie – częstokroć zawodzi oczekiwania.

Nie przemawia przeze mnie zawiść dawnej autorki książek kulinarnych wobec rozpychających się na rynku młodszych autorów. Swoje wiem: w gotowaniu chodzi nie tylko o dokładne odmierzanie składników, ale o to coś, co stanowi o tym, czy kucharz jest dobry czy taki sobie. To „coś” to kuchenna intuicja, która pozwala użyć tyle i takich składników, ile trzeba i jakich trzeba. Przepis to tylko partytura. Każdy muzyk gra wedle niej nieco inny utwór.

Przekonuję się o tym bardzo często, wygrzebując z zakamarków kuchennych szuflad stare karteluszki z dawnymi przepisami na znane mi przysmaki. W moim wykonaniu są one już innymi niż zapamiętane smakami. Ostatnio otrzymałam jednak od mojej wnuczki największy komplement. Podałam luzowaną kaczkę z grzybkami mun i usłyszałam, że jest p r a w i e taka jak w wykonaniu Dziadka. Urosłam z dumy, bo znaczyło to, że sięgnęłam w tym wypadku szczytu.

Ale oto przed nami święta i znów poszukamy rodzinnych i smakowitych „partytur”, aby przygotować, jak zazwyczaj, mnóstwo jadła, którego nie zdołamy, nawet z gośćmi, pochłonąć. Jak zwykle po świętach przed marnowaniem jedzenia ratować nas będą wszelkie pasztety, zapiekanki czy bigosy.

Ja wymyśliłam, że posłużę się w świąteczne dni awaryjnym daniem, na które produkty łatwo zgromadzić w lodówce. Na przygotowanie dania wystarczy pół godziny, kiedy już do domu pukają goście. A jeśli nie zapukają, składniki możemy zużyć w ciągu następnych dni.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Takim strzałem w dziesiątkę są tarty.
Ponieważ bardziej smakuje mi tarta na cieście francuskim niż na klasycznym kruchym słonym, takie więc polecam. Wystarczy w lodówce schować na „w razie czego” 1-2 opakowania gotowego ciasta francuskiego i podstawę tarty mamy już gotową. Musimy także mieć kilka jaj, pojemnik śmietany 18-proc., co najmniej szklankę lub więcej startego sera (najlepszy byłby parmezan, ale sprawdzi się dowolny inny, podsuszony i starty na tarce). Przydadzą się dla mięsożerców plasterki wędliny, dla niejedzących mięsa mogą być pieczarki, pory czy cukinia usmażone na odrobinie oleju, pomidory, kawałki papryki czy sera pleśniowego: zresztą w tarcie smakuje wszystko.

Świeżo wyjęta z piekarnika tarta może smakować nawet lepiej w przejedzone święta niż dostojne danie, półmisek wędlin czy solidna pieczeń. Smacznego!

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj