Ale ziółko

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj

Skojarzenie jest proste – jak zioła, to prowansalskie. Prowansja zaś to pola lawendowe.

Przed kilkoma laty, wędrując z rodziną samochodem przez Langwedocję, Camargue i Prowansję, podziwiałem gaje oliwne i pomarańczowe, fermy byków hodowanych na bezkrwawe corridy, stadniny koni, które jako źrebięta są kasztanowe, by doroślejąc stać się pięknymi siwkami oraz coś, co zapadło mi w pamięć: pola lawendowe.

Tuż za Nimes, w drodze do Aigues Morte, zza łagodnego wzgórza wyłoniła się dolina cała w fiolecie. Dookoła jak wzrokiem sięgnąć fioletowe kwiatki. A zapach sugerujący, iż już dojechaliśmy do raju. Zatrzymałem samochód – cała piątka (córka, wnuczęta, Barbara i ja) wysiedliśmy, by z bliska porozkoszować się widokiem i zapachem. To była lawenda.

Zrobiliśmy parę zdjęć, a ja zaproponowałem, byśmy usiedli na miedzy i może nawet trochę podrzemali. Moi pasażerowie zaprotestowali, bo mieli puste brzuchy, a do Arles, gdzie zaplanowaliśmy prowansalski posiłek, było jeszcze daleko. I to – jak potem nam powiedziano – uratowało nas przed poważnymi kłopotami. Sen bowiem na lawendowym polu, w bardzo intensywnych oparach olejków eterycznych jest bardzo niezdrowy. Silna migrena to najmniej groźny rezultat takiej drzemki.

Zebrana i ususzona lawenda jest środkiem leczniczym – uspokaja, poprawia ukrwienie, działa na bezsenność (podkładana w tzw. poduszkach ziołowych). Można ją też stosować do mięs pieczonych i duszonych, ale w maleńkich ilościach.

Obiad w Arles był udany. A zakupy na miejscowym targu (oczywiście zrobione wcześniej, bo kupcy też spieszą się na południowy posiłek, a potem już im wcale nie do handlu) ograniczyliśmy do oliwy oraz ziół. Rozmaryn i tymianek z południa Francji pachnie zupełnie inaczej niż nadwiślańskie ziółka. To bez wątpienia kwestia gleby i słońca.

Ale przecież większą część roku spędzamy na Mazowszu, Podhalu, Kaszubach i Śląsku. Porozmawiajmy więc o ziołach tu dostępnych. Oto estragon. Zapach ma subtelny i wręcz wyrafinowany. Każdy snob kulinarny (to pod moim własnym adresem) powie, że zna to zioło z kuchni francuskiej. Albo włoskiej, w której estragonem aromatyzuje się często oliwę.

Mało kto jednak wie, że estragon pochodzi z Syberii. I zanim dotarł nad Sekwanę i nad Pad, zatrzymał się nad Wisłą i… wrósł w nasz kulinarny pejzaż. Omlety, grzyby, drób, gotowane ryby, sałatki i zwłaszcza sosy przyjęły estragon z radością. A my też.

Lubię również mieć do czynienia z kolendrą. Jest ona często nazywana polskim pieprzem. Nadaje ostrości i charakterystycznego aromatu zupom, sosom, warzywom. A w dodatku można to zioło wykorzystać totalnie: liście, korzenie i nasiona.

A teraz moja imienniczka, czyli pietruszka. O jej sile przekonują starodawne opowieści kuchenne, wg których jej nać ma taką moc, że nawet pokrojone ryby, natarte natką i wrzucone do rzeki, szybko zrastają się i chyżo odpływają. Nie gwarantuję prawdziwości tego i nie zachęcam do eksperymentów.

Nie wyobrażam sobie natomiast sosu z surowych jaj, śmietany, parmezanu i pieprzu do carbonary bez drobno posiekanej świeżej natki. Lubię też sypnąć garstkę tej zieleniny do rosołu, krupniku, dyniowej. Wspaniale wypada też świeża ryba z grilla (np. dorada lub okoń morski), pieczona z gałązką pietruszki w brzuchu.

Na koniec pierwszego ziołowego odcinka zatrzymam się przy wielkiej trójcy: majeranek, lebiodka i lubczyk. Bez majeranku nie ma dla mnie pasztetu. Jest on konieczny także do grochówki. Lebiodka, bliska acz dzika krewna majeranku, o bardziej intensywnym zapachu, znana w świecie pod nazwą oregano, jest doskonała do dziczyzny i sosów pomidorowych.

No i lubczyk – zioło magiczne. Gotowane łodyżki zapachem przypominają seler, a zapach ten jest tak intensywny, że wystarczy kilka listków, by doprawić wielka porcję zupy. Siekany lubczyk z białym serkiem – to twarożek miłosny. Sam próbowałem podawać wybrance i skutek trwa już kilkadziesiąt lat.

Piszemy o tym, co ważne i ciekawe

Z tej ciąży nie ma już co zbierać, mówi lekarz na USG. „I czego pani od nas oczekuje?”

Nie wrócę do ginekologa, który prowadził moją ciążę, bo musiałabym skłamać, że poroniłam, opowiada Wioletta. Przez kilka tygodni żyłam jak tykająca bomba, nie jadłam, nie spałam, wyznaje Karolina. Obie przerwały ciążę w drugim trymestrze.

Agata Szczerbiak

Na dodatek można lubczyk wykorzystać i na słodko, kandyzując łodygi i ozdabiając nimi ciasta.

I tyle na pierwszy raz. Zamykam zielnik i czekam na odzew. Wtedy sobie pogadamy.

Udostępnij
Wyślij emailem
Drukuj