13.06.2017
wtorek

Męskie gotowanie

13 czerwca 2017, wtorek,

Od wieków planowanie wszystkich zajęć gospodarskich było domeną kobiet.  Mówiło się nawet o „kobiecym gospodarstwie”, myśląc o wielu zadaniach domowych i części gospodarskich. Jak w wielu innych, także iw tej sprawie niepostrzeżenie sytuacja zmieniła się i obecnie mamy już rzadko do czynienia z rodziną, gdzie kuchnią zarządza kobieta, a resztą mężczyzna. Był nawet taki dowcip w czasach dawno minionych. Mówi żona: ja zajmuję się sprawami mniej ważnymi, jak prowadzenie domu, co kupić, gdzie posłać dzieci do szkoły, a mój mąż tymi ważniejszymi, na przykład polityką międzynarodową.

Dziś coraz rzadziej widzę takie domy, gdzie przypisane są na stałe funkcje damskie i męskie. Zwłaszcza w młodych stadłach często prace bywają dzielone według tego, kto ma akurat czas i pomysł. A kuchnia coraz częściej młodych mężczyzn po prostu bawi. Dlatego właśnie chcę podać kolejny łatwy przepis. Myślę bowiem o tych mężczyznach, którzy chcą zrobić szybki i efektowny obiad. Dziś proponuję męskie placki ziemniaczane z łososiem. Może to i banał, ale jaki dobry. I raczej smakuje wszystkim. Potrzebny jest także robot kuchenny z tarką i mieszającym nożykiem. Jeśli trzeba ziemniaki utrzeć ręcznie zadanie staje się nie tyle trudne, co bardziej pracochłonne.

Po 3 spore ziemniaki na osobę, 1 jajko, sól, pieprz, mąka dosypywana po trochu, aby uzyskać właściwą konsystencję: przeważnie około 1 łyżki na osobę

Około ½ szklanki oleju rzepakowego do smażenia

1 paczka łososia w plasterkach na 2 osoby w wersji skromnej a 2 paczki na 3 osoby w wersji dla łakomczuchów.

Zetrzeć obrane i opłukane ziemniaki, najlepiej na drobnej tarce. Odłączyć od robota tarkę, zamontować nożyk i dodać dodać odrobinę pieprzu, sól, jajko i mieszając sypać po trochu mąkę.

Smażyć na oleju placki wielkości połowy dłoni, a następnie odkładać na półmisku do nagrzanego do 100 stopni piekarnika, aby można było podać je wszystkim domownikom jednocześnie. Osobno podać rozłożone na półmiseczku plasterki łososia. Można dodatkowo podać chrzan ze śmietaną lub samą śmietanę. Smacznego!

9.06.2017
piątek

Mam oskomę na Poznań

9 czerwca 2017, piątek,

Byliśmy ze znajomymi w Poznaniu. Kolega, który do wszystkiego podchodzi metodycznie, wybadał wcześniej, gdzie w centrum warto się udać na obiad. Wybrał restaurację Oskoma w pięknej i znanej dzielnicy Jeżyce. Znanej przede wszystkim kobietom i dziewczętom, bo to one są czytelniczkami książek Małgorzaty Musierowicz, których akcja tu właśnie się rozgrywa. (Muszę tu zdradzić sekret rodzinny, że kiedy byłam nastolatką i kupowałam kolejny tom Jeżycjady, to musiałam stoczyć o niego małą bitwę z ojcem, Piotrem A. Więc nie tylko kobiety.)

Ale wracam do Oskomy. Wielką zaletą naszej wyprawy było to, że żeby dotrzeć do restauracji musieliśmy przejść przez wiele dobrze mi znanych z lektur miejsc. Oskoma leży na przykład 190 m od kamienicy przy Roosvelta 6, miejsca akcji wielu książek pani MM. A od kamienicy do restauracji idzie się ulicą Krasińskiego, która również odegrała niebagatelną rolę w jednej z książek.

Oskoma nie rozczarowała nas też menu. Było pysznie i oryginalnie. Ja zachwyciłam się zupą ze szparagów, w której pływały kawałeczki smardzów oraz kulki z kaszanki obtoczone w prażonym maku. Poezja.

Na deser dostaliśmy między innymi sernik wyglądający jak kawałek ogórka. Też wspaniały.

W dodatku desery zawierały nieznany mi wcześniej dodatek, czyli tonkę. Teraz jestem już mądrzejsza o informacje o tej przyprawie, nazywanej czasem bobem tonka, ponieważ rośnie w strąkach. Ale strąki te rosną na drzewach. Tonkę suszy się, trze i dodaje najczęściej do deserów. Nadaje im niezwykły aromat. W sklepach można kupić tonkę wymoczoną w alkoholu i pozbawioną w ten sposób szkodliwej kumaryny.

Nie wiem niestety, którą część aromatu desery zawdzięczały tonce, ale były przepyszne. Zamierzam przeprowadzić badania nad smakiem tonki, bo z opisów do których dotarłam, trudno mi coś wywnioskować.

Dodam jeszcze, że restaurację Oskoma prowadzi pan Adam Adamczak, znany z programu telewizyjnego Top Chef, ale sentyment do nazwisk zaczynających się od Adam nie miał na moją ocenę tego miejsca najmniejszego wpływu.

PS. Kupiłam na początku maja planchę i miałam się podzielić wrażeniami z przyrządzania na niej potraw. Rodzina zachwycona. Przyrządzam na niej głównie warzywa, ewentualnie z małymi kawałkami mięsa. Pyszne, bez dymu, planchę łatwo się myje. Dla mnie bomba.

7.06.2017
środa

Nie ma tego złego

7 czerwca 2017, środa,

Nasze uprawy nie zawsze idą w zamierzonym kierunku. Mamy piękne rzodkiewki, tyle, że większość energii zużyły na wytworzenie liści. Jedno jest pewne, są to liście uzyskane metodami naturalnymi, nie pryskane, ani nie zasilane nawozami sztucznymi. Dlatego z radością wykorzystujemy je, przyrządzając pyszną pastę z liści rzodkiewek.
Oto przepis:
Duży pęczek liści rzodkiewki, 5 suszonych pomidorów, łyżka tartego parmezanu lub innego wyrazistego sera, 2 łyżki pestek słonecznika, łyżka oliwy z oliwek (można użyć oliwy od pomidorów). Wszystkie składniki zmiksować. Jeśli ktoś lubi, żeby chrupało, można pestki słonecznika dodać już po miksowaniu.
Pasta nadaje się do smarowania pieczywa, można ją zastosować jako pesto do makaronu. A jaka jest pyszna i zdrowa!
Ma jeszcze jedną wielką zaletę. Nie trzeba kurczowo trzymać się przepisu. Podobne pasty można przyrządzać z różnych pysznych wiosennych produktów, najlepiej z własnych upraw. Choćby balkonowych.

30.05.2017
wtorek

Czy naprawdę lubimy gotować?

30 maja 2017, wtorek,

Gdyby wziąć pod uwagę tylko rynek książek poświęconych kulinariom oraz liczbę stron poświęconym gotowaniu w tak zwanej prasie kolorowej i telewizjach, moglibyśmy uznać za pewnik, że jesteśmy krajem nieustannego gotowania, smakowania oraz twórczego myślenia o kuchni. Nasza pewność w tej mierze nieco się chwieje, jeśli poobserwujemy znajome domy, gdzie na gotowanie zostaje niewiele czasu, a takich jest nadspodziewanie wiele. Jeszcze bardziej można zwątpić w domowe jedzenie w domach, kiedy spojrzy się na sklepowe półki. Ogromna ilość coraz to nowych gotowych dań, w słoikach, plastikowych pojemnikach, w proszku, płynie, w koncentracie, mięsa, warzywa, zupy – wszystko to można kupić, odgrzać w mikrofali i nie zajmować się więcej domową kuchnią. Musi być gotowe do podania na stół w kilka minut, bez zawracania głowy pani lub panu domu. Dlatego te tysiące gotowych całych dań sprzedaje się doskonale.

Najwyraźniej kupujący je nie zastanawiają się, co oprócz przyzwoitych zazwyczaj produktów składa się na te dania, ile w nich polepszaczy, konserwantów. A może zastanawiają się, ale co mogą poradzić na wieczną gonitwę? Myślę, że polska tradycyjna kuchnia była zawsze dość pracochłonna i czasochłonna. Owe godzinami pieczone pieczenie, długo gotowane zupy, rosoły. Nie znamy wystarczającej ilości szybkich i łatwych przepisów, choćby na spaghetti czy risotto (gotuje się najwyżej 20 minut), nie mamy tradycji przyrządzania sałat z solidnymi dodatkami i dobrym sosem, szybkich kotletów czy ryb.

Chciałabym zachęcić do dzielenia się z nami przepisami na proste zupy i drugie dania. Możemy sobie odpuścić deser, choć szybkie przepisy na „wety” mogą okazać się pysznym dodatkiem nadzwyczajnym. Napisałam kiedyś przed laty książkę, w której zawarłam przepisy na cały obiad gotowy w pół godziny. To naprawdę możliwe, przy odrobinie starań logistycznych (zakupy!). A więc czekamy. Nagrody (książki) też czekają!

Myślę, że narażę się producentom gotowych dań, ale każde ugotowane w domu prościutkie danie będzie lepsze od najbardziej wymyślnej nawet, kupionej gotowej porcji. Dopuszczamy jednak gotowe półprodukty – jednak niech wynik będzie nasz, autorski . A oto wymyślony przez Piotra przepis, często przyrządzany w naszym domu.

Spaghetti z tuńczykiem

(porcja dla 4 osób)

Spaghetti

Na sos: krojonych pomidorów w soku, puszka tuńczyka w oleju słonecznikowym lub w sosie własnym, 2 łyżki oliwy, duży ząbek czosnku, łyżeczka wymieszanych ziół: tymianku, bazylii, rozmarynu lub kopiasta łyżka posiekanych świeżych, odrobina ostrej papryki.

Zagotować wodę z solą, dodać suchy makaron i gotować przepisaną liczbę minut.

W tym czasie rozgrzać oliwę w głębokiej patelni, dodać posiekany lub przeciśnięty przez praskę czosnek i po chwili, kiedy zacznie pachnieć, dodać całą puszkę pomidorów, odsączonego z oleju tuńczyka, wsypać ostrą paprykę i zioła. Zagotować wszystko razem, doprawiając solą i pieprzem do smaku (a dla amatorów również odrobiną cukru).

Jeśli makaron jest już gotowy, odcedzić, przełożyć do patelni z sosem i wymieszać. Od razu podawać.

26.05.2017
piątek

Specjalsi

26 maja 2017, piątek,

Podczas spotkania rodzinnego moja córka powtórzyła zasłyszaną rozmowę pięciolatka z mamą. „Mamo, dlaczego ja nie jestem na nic uczulony? Wszystkie dzieci w przedszkolu na coś są, a ja na nic” – skarżyło się dziecko.

Wszyscy się uśmiali. Najwyraźniej ten maluch odkrył już, że budowanie pozycji towarzyskiej nie jest takie proste.

A ja przypomniałam sobie różne przyjęcia, podczas których tematem było czego kto nie je, co mu szkodzi, a nawet bardziej szczegółowo, jakie objawy wywołuje niebezpieczna substancja. Pewna koleżanka i chętnym, i mniej chętnym opisuje szczegółowo budowę swoich kosmków jelitowych. Oczywiście przy jedzeniu.

Pomyślałam też o naszych rodzinnych przyjęciach, przed którymi należy się poważnie zastanowić nad menu. Mamy bowiem w rodzinie jednego niejadka, co jada bardzo wybrane produkty, jedną uczuloną na grzyby i dwoje niejedzących ryb. A ostatnio także jedną odchudzającą się.

Kiedy szykowałam się ostatnio, żeby ich przyjąć, długo główkowałam. Zwłaszcza ze wszyscy wymienieni to samodzielniee mieszkające dwudziestolatki, czyli przyjęcie rodzinne powinno służyć temu, żeby trochę podjedli, bo na co dzień jedzą nie wiadomo co. W końcu wybór padł na menu słabo się kojarzące z przyjęciami, ale za to bezpieczne: zupę jarzynową oraz gotowane szparagi z domowym chlebem. No i wspaniały tort bezowy mojej mamy.

Pomyślałam z nostalgią o czasach, kiedy jadło się to, co się dostało. A tematem rozmów nie były nadwrażliwości i alergie, tylko bieżące wydarzenia a może nawet literatura czy sztuka. Choć jeśli mielibyśmy rozmawiać o polityce, to może już lepiej o kosmkach?

24.05.2017
środa

Cukier mnie już nie krzepi

24 maja 2017, środa,

Od kilku dni zawzięłam się i jestem na odwyku. Od cukru. Na razie mam połowiczne osiągnięcie: herbata z cukrem już mi nie smakuje, a ta bez cukru jeszcze nie całkiem. Słodzona herbata była dla mnie harmonijnie dopasowanym dodatkiem do bułki z serem lub z miodem. Więc trochę żal.

Wyniki odwyku skłaniają mnie jednak do wymyślenia, co jeszcze można by odstawić, aby zyskać na samopoczuciu i, nie ukrywajmy tego, na wyglądzie. Pewnie powiecie mi, że mięso. Fakt. Ani to humanitarnie ani do końca zdrowo jadać wędliny w kanapkach i mięsne dania na obiad. Jednak po kilkunastu dniach jadania bezmięsnie mam zazwyczaj ochotę nawet na pogardzanego schabowego, niechby był smażony na smalcu, co zazwyczaj uważam za jego zbyt tłuste wcielenie.

Ale właściwie już od pewnego czasu odrobina mięsa służy mi tylko jako dowód, że nie jestem wegetarianką, że jestem otwarta na smaki. Bardzo cenię potrawy pół- mięsne, wszelkie lazanie, spaghetti, gulasze z dużą ilością warzyw, faszerowane papryki, pomidory czy cukinie. Ale największymi smakołykami mojej prostej teraz kuchni są placki ziemniaczane z wędzonym łososiem albo spaghetti z sosem pomidorowo-tuńczykowym. Placki przygotowuję oczywiście w malakserze i zajmuje mi to dosłownie 10 minut, a danie udaje się zawsze i smakuje doskonale.

Równie szybkie a świetne danie to spaghetti w sosie z tuńczykiem: porcję makaronu wrzucam do wrzącej wody i gotuję, ile każą, a tymczasem przygotowuję sos :na oliwie szklę posiekaną drobno szalotkę i ząbek czosnku, dodaję pół puszki krojonych pomidorów i pół puszki odsączonego z oleju tuńczyka, chwilę podgrzewam, dodaję zioła wedle aktualnej ochoty. Odcedzony tymczasem makaron wrzucam na patelnię, mieszam i obiad gotowy. Jeszcze tylko odrobina rukoli polanej na półmiseczku sosem z octu balsamicznego i oleju z pestek winogron (sól i pieprz obowiązkowo) i pośpieszne menu udaje elegancki obiad.

Nie są to potrawy wymyślne, nie dostałabym gwiazdki Michelina, ale w wyścigu na szybkie dania mogłabym pokusic się o dobre miejsce „na pudle”.

PS. Dziękujemy blogowiczowi Paolore za wczorajsze próby naprawienia naszej łączności ze światem.

19.05.2017
piątek

Truskawki

19 maja 2017, piątek,

Truskawki ciągle jeszcze przed nami. Chodzi mi o te prawdziwe, pachnące, aromatyczne, które nie musiały przebywać długiej drogi z krzaczka gdzieś nad Morzem Śródziemnym lub na węgierskiej równinie na nasz stół. Bo truskawka, podobnie jak pomidor, musi być prawdziwa, pachnąca i wyhodowana tradycyjnymi metodami. Inaczej łatwo ją zidentyfikować jako podróbkę.

Już Owidiusz i Wirgiliusz wychwalali zalety poziomek. Niestety ich owoce są małe, jest ich niewiele oraz choć zapach mają niezrównany, smak jest o wiele mniej wyrazisty. Podobno już dużo wcześniej próbowano je krzyżować, ale za rok powstania truskawek uważa się 1712. Skrzyżowano wtedy dwa gatunki amerykańskich poziomek. I uzyskano roślinę dającą duże, liczne i pyszne owoce.

Na razie niestety mamy do dyspozycji jedynie truskawki z daleka (choć jak widać wszystkie pochodzą z daleka) i bez aromatu. Jeśli zatem zupełnie nie możemy się powstrzymać, bo o tej porze roku zawsze jadaliśmy truskawki i nie widzimy powodu, żeby z tego rezygnować, musimy posłużyć się fortelem.

Dobrym pomysłem jest przyrządzanie koktajli albo musów, w których przemknie się swobodnie nawet niezbyt dobry smak truskawek. Można też podać je z imbirem. W tej kombinacji nawet najbardziej wytrawny smakosz nie pozna się na kiepskiej jakości owoców. Wydają się naprawdę wspaniałe. Przepis na truskawki z imbirem można znaleźć wśród przepisów Piotra (ten pochodzi z 31 maja 2009 roku).

A tak na marginesie, to dziś jest 19 maja, dzień jego imienin i urodzin. Gdyby żył, skończyłby dziś 75 lat. W ramach uczczenia jego pamięci proponujemy skorzystanie z któregoś z jego przepisów. Wybór jest bardzo duży. Smacznego!

16.05.2017
wtorek

O mores!

16 maja 2017, wtorek,

Nie, nie chcę narzekać na upadek obyczajów. Wyrażam raczej podziw dla zmiany obyczajów kuchennych. Trudno powiedzieć, czy uparta popularyzacja w mediach nowoczesnego, zdrowego sposobu jadania, czy jakiekolwiek inne czynniki miały tu największy udział. Myślę jednak, że co najmniej nie było bez znaczenia to, że ludzie zaczęli bardzo wiele podróżować, jadać, smakować, poznawać i przywozić produkty oraz przepisy.

Szczególnie wiele się zmieniło w ciągu ostatnich 20 lat, co pewnie większość z nas przyzna. Myślę, że najlepsze międzywojenne gospodynie, gdyby cudem przenieść je do naszych kuchni, nie dałyby sobie rady po pierwsze z techniką a po wtóre z dopasowaniem składników i smaków do współczesnego gustu.

W czasie podróży po Polsce bardzo rzadko zatrzymuję się w pierwszej lepszej przydrożnej restauracji. Tam bowiem często gotuje się tak, jak przed laty. Tymczasem w niektórych bardziej modnych restauracjach kuchnia przeszła dużą ewolucję. Gotowanie moje i moich znajomych też zmieniło się niezwykle.

Po pierwsze niemal nie używam śmietany do zaprawiania sosów i zup, co w moim dzieciństwie było oczywiste i przetrwało w przydrożnych knajpeczkach. Smażę na oleju ryżowym, który nie pachnie i nie przypala się, sałatę zaprawiam olejem z pestek winogron, a polewając gotowanego kalafiora bułeczką, najpierw ją rumienię a potem dodaję świeże masło. Nigdy dawniej nie stawiałam na stole tylu warzyw a jednocześnie tak mało chudego mięsa i tak wielu ryb. I nigdy nie odczuwałam takiej przyjemności jadania całkiem bez mięsa.

Zostało mi jednak niezwykle silne przywiązanie do słodkich deserów. W tej dziedzinie jestem za staroświeckim ciastem kruchym na maśle, drożdżowym uczciwym i jajecznym, a owocowe sałatki muszą zalecać się wielką różnorodnością. Lody też jadam tylko z jednej warszawskiej firmy, w której nie chodzą skrótami. Nie wiem, czy jest dla mnie jakiś ratunek w tej mierze, ale prawdę mówiąc nie bardzo chcę być ratowana, bo uwielbiam staroświeckie ciasta. Nowy wynalazek , taki jak ciasto marchewkowe czy z buraka, nie ucieszy mnie tak, jak uczciwy, mocno śmietanowy, pełen kalorii tort Pavlova. Smacznego!

A oto mój przepis na ratunkowe danie bezmięsne. Czas przygotowania to około12-15 minut.

1.Nastawiam wodę na spaghetti. Kiedy zawrze wkładam kluski.

2.Tymczasem na 3 łyżkach oliwy podsmażam na szklisto posiekaną drobno cebulę, dodaję posiekany lub przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku, chwilę podgrzewam i dodaję odsączonego z nadmiaru oleju tuńczyka z puszki oraz puszkę krojonych pomidorów w soku, dodaję sól, cukier i kawałek chili oraz łyżeczkę ziół prowansalskich albo porwane palcami zioła z doniczki: rozmaryn, tymianek, oregano i bazylię. Chwilę podgrzewam sos. Próbuję i w razie potrzeby doprawiam.

3.Teraz odlewam już spaghetti, wrzucam je na patelnię z sosem, mieszam i podaję.

Taka porcja sosu jest wystarczająca na 3 osoby

12.05.2017
piątek

Pochwała szparagów

12 maja 2017, piątek,

Ku mojej wielkiej radości nadszedł sezon na szparagi. Na razie nie są jeszcze niestety tanie, bo jest za zimno, ale są dostępne. Świeże, wyhodowane u nas niedaleko, a nie sprowadzane kilometrami z zagranicy.

Nadchodzi czas wielkich rozterek, czy wolę szparagi zielone, czy białe. Zwykle rozstrzygam ten dylemat na korzyść białych. Choć trzeba je obierać bardziej niż zielone. To kupa roboty i wraz z obieraną skórką tracimy część witamin i soli mineralnych.

Jeśli komuś się wydaje, że białe i zielone to osobne gatunki, to jest w błędzie. To młode pędy rośliny tego samego gatunku, tylko jedne miały szansę wyjść spod ziemi i pod wpływem światła rozwinął się w nich zielony barwnik, a drugie pozostały pod ziemią, wewnątrz kopczyka usypanego przez producenta.

Ku mojej radości szparagi są podobno niezwykle zdrowe. To dobre usprawiedliwienie dla łakomstwa. Nie są też prawie zupełnie tuczące, dlatego można je jeść bez wyrzutów sumienia. Podobno są też silnymi afrodyzjakami.

Moje ulubione sposoby przyrządzania szparagów to pieczone z dodatkiem parmezanu oraz gotowane i podawane z bułką tartą smażoną na masełku. Do tego pierwszego sposobu przyrządzenia lepiej się nadają zielone szparagi, a do drugiego białe.

Oba przepisy nie wymagają wiele wysiłku.

Szparagi pieczone z parmezanem

Układamy szparagi w naczyniu żaroodpornym, posypujemy niewielką ilością startego parmezanu i pieczemy w temperaturze 180 stopni, aż szparagi zmiękną. Można posypać świeżo zmielonym czarnym pieprzem i ewentualnie solą, ale parmezan jest słony, więc osoby solące mało nie muszą dodawać soli.

9.05.2017
wtorek

Bento

9 maja 2017, wtorek,

Najpierw było owijanie śniadań do szkoły w czyste, wyprane i wyprasowane płócienne serwetki. Papier był zbyt drogi, żeby używać go do tego celu. Potem zaczęły się papiery śniadaniowe: cienkie, białe arkusiki, którymi owijano kanapki przed włożeniem do śniadaniówki (była to mała sztywna torebeczka, w której umieszczało się jeszcze dodatkowo jabłko). Potem nastał etap pakowania w folie: aluminiową lub przezroczystą. Śniadania tak opakowane nie rozpadały się w śniadaniówce nawet w tornistrze lub torbie czy plecaku. Potem nastała era zwykłych pudełeczek. A teraz nadeszła pora na specjalne pudełeczka pochodzące z odległej kultury.

Oto pudełeczka bento, które o dziwo, razem z modą, ukazały się na półkach sklepów ze sprzętem domowym. Pudełeczka bento nie różnią się w gruncie rzeczy przeznaczeniem od pudełek plastikowych za kilkanaście złotych, jednak ponieważ kosztują kilkadziesiąt, pewnie sprawią, że przygotowane w nich dla dziecka śniadanie będzie mu lepiej smakowało.

Bento to zarówno sposób, jak i forma przygotowywanych w domu czy w restauracjach posiłków. Ma odległą tradycję. Początkowo, przed wiekami, bento były to pudełeczka na posiłki dla wypływających daleko w morze japońskich rybaków. Podsuszony ryż z bento był podstawą ich wyżywienia w ciągu długiego dnia pracy.

Obecnie posiłek w bento można kupić w Japonii na stacji benzynowej czy restauracji albo przygotować w domu, co jest oczywiście najbardziej cenione. Im piękniejsze i smakowiciej skomponowane bento, składające się z marynowanych warzyw, ryżu, mięsa i ryb, tym większa chwała dla autorki (przeważnie). Można sądzić, że wkrótce i nasze dzieci będą nosiły smakowite lunche w apetycznych i higienicznych pudełkach za kilkadziesiąt złotych .Jeśli dzięki temu kanapki nie będą lądowały w koszach na śmieci może warto zainwestować.