27.08.2017
niedziela

Za dużo

27 sierpnia 2017, niedziela,

Zaczynam mieć obsesję, że ogromne ilości jedzenia się marnuje. Może to jeszcze nie ten etap, żebym została freeganką, bo jednak się brzydzę. Choć ludzie, którzy ratują dobrej jakości jedzenie ze śmietników pod supermarketami zdecydowanie budzą moją sympatię.

Staram się kupować mniej, wykorzystywać resztki (na szczęście w domu są dwa psy, które w tym pomagają). Gorzej, kiedy idzie się do restauracji, które serwują często tak duże porcje, że człowiek albo musi się przejeść, albo zostawić.

Jesteśmy właśnie po uroczystości rodzinnej w bardzo miłej restauracji Halka na Puławskiej w Warszawie. Wszystko było udane, przyjemny wystrój i atmosfera, miła obsługa, tylko ta ogromna ilość jedzenia. Pół kaczki na osobę, już to mogło wykończyć większość osób. Ale oczywiście oprócz tego mnóstwo przystawek, zupa, desery…

Oczywiście sami na takie menu przystaliśmy, bo łatwo ulec histerii, że przecież goście nie mogą wyjść głodni. Teraz mamy pół lodówki zapakowanych resztek, oraz przekonanie, że mnóstwo pysznego jedzenia się zmarnowało. Na przykład nadjedzone porcje kaczki.

Nie ma oczywiście dobrego wyjścia, bo gdyby było dużo mniej, to byśmy się denerwowali, że nie starczy. Tak jak bywa przed każdym przyjściem gości do domu. Najpierw obiecuję sobie, że tym razem nie zrobię za dużo, a potem zaczynam się bać, że nie starczy, szykuję więcej i więcej, a w końcu rodzina je resztki przez tydzień. Na określenie wyjadania resztek używamy w gwarze domowej słowa „skarmiać”. Czy istnieje dobre rozwiązanie tego wcale nie bagatelnego problemu? Czy ktokolwiek ma pomysł na to, jak w naszych obecnych warunkach gospodarować, aby dostatek nie oznaczał nadmiaru i marnotrawstwa?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 25

Dodaj komentarz »
  1. Jezeli bede mial okazje goscic u Pani to prosze o zapakowanie mi resztek jedzenia przed moim wyjsciem. Chetnie dojem w tygodniu 🙂

  2. To jest bardzo dobry zwyczaj restauracyjny tutaj, tzw.”doggie bag”, czyli dla pieska. Trafiłam też w Polsce na restauracje, nie pamiętam już gdzie, że można było zamówić mniejszą porcję.
    My mamy 2 dni ta to, by „skarmić” to, co w lodówce miesiąc nie wytrzyma, już sporo zutylizowaliśmy 😉
    Poza tym Jerzor nauczył się, że nigdy nie należy iść na zakupy głodnym, stosuje, ale wyrywkowo, bo jak jedzie z pracy, to zazwyczaj jest już głodny.
    Będąc w trasie, zazwyczaj zamawiamy jedno danie i talerz sałaty, bo ja skubnę niewiele, natomiast sałaty nigdy mi nie dość.

  3. W polskich restauracjach prosząc o zapakowanie niezjedzonego dania, nie mówi się, że to dla pieska, choć pewnie czasem i piesek to zje. Dopiero co pisałam, że w restauracji rybnej, w której czasami bywam porcje ryby podawane są w trzech ” rozmiarach”. Bardzo to praktyczne. Choć spotkałam się z taką sytuacją, że przy daniach dla dzieci, które przecież może zjeść i dorosły człowiek o małym apetycie zaznaczono, że podaje się je tylko dzieciom.
    Ale restauracje odwiedzamy na ogół niezbyt często, więc problem marnowania żywności dotyczy najczęściej kuchni domowej. Staram się niczego nie marnować, a przede wszystkim kupować to, co będzie w najbliższym czasie wykorzystane. Wiadomo, że nie zawsze to się udaje.
    Na zakupy, także te małe w pobliskich sklepach, wybieram się zawsze z karteczką. To służy raczej temu, aby nie zapomnieć czegoś kupić, ale też wiem, że mam się ograniczyć tylko do wypisanych produktów.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Widziałam dziś ciekawą butelkę na oliwę i ocet balsamiczny. Na pewno zajmuje mniej miejsca niż dwie butelki. Ta na zdjęciu jest większa.
    https://sklep.technica.pl/do-oleju/butelka-na-ocet-olej-oliwe-0-08-0-27-l-tomgast-4985?gclid=EAIaIQobChMI_bC6l9P31QIVh5UbCh3T1QmUEAQYAyABEgIR4_D_BwE

  6. To określenie „doggy bag” jest oczywiście z przymrużeniem oka, bo pozostałośći pakuje się zazwyczaj w styropianowe pojemniki podzielone na części , żeby nie ładować wszystkiego rzeczywiście jak dla pieska i żeby się z tego nie zrobiłam melajza.
    Wszyscy wiedzą, że to nie dla pieska, tylko na potem, ale nazwa się przyjęła 😉

  7. Rzeczywiście, zdarza się, iż w niektórych restauracjach masz wrażenie, że kucharz postanowił rzucić cię na kolana podając gargantuiczną ilość jedzenia na talerzu. Zapewne są klienci, dla których dużo znaczy dobrze i kiedy opuszczają tego rodzaju miejsce są przekonani, iż pieniądze wydane na obiad zostały świetnie wydane.
    Nie należę do tego rodzaju klienteli, ale cóż bywają gusta i guściki…
    Bywają też formuły-jesz ile chcesz http://www.sushitekeda.pl/jesz-ile-chcesz-weekend/
    ale wtedy, to jednak klient decyduje, ile i jak często napełnia swój talerz.
    We Francji w bardzo wielu restauracjach jest możliwość zamówienia zestawów proponowanych przez szefa kuchni, które obejmują przystawkę, danie główne, sery/desery i kawę. W takim wypadku zdarza się, iż już ledwie dyszysz, ale skoro zdecydowałeś się na zestaw(bo wychodzi taniej niż zamawianie pojedynczych dań z karty) to zjadasz jeszcze i ów deser mimo, że w zasadzie już po przystawce czujesz się najedzony.

  8. Rzadko biore caly zestaw o ktorym pisze Danuska. Zamawiam danie i deser lub danie i ser. Pod koniec kwietnia byla specjalna okazja i wtedy poszalelismy w resteuracji ale wyszlam troche objedzona i przyzeklam sobie, ze nigdy wiecej. Ostatnio bylismy w pizzerii i wzielam mala pizze, bo duzej nie jestem w stanie zjesc.

  9. Zwykle po zjedzeniu przystawek nie jestem w stanie zjeść całego dania głównego, proszę wtedy o zapakowanie. Gorzej na wyjazdach, ale wtedy zwykle zamawiamy same przystawki, albo danie główne na spółkę.

  10. krystyno,
    takie podwójne szklane naczynia kupiłam niedawno w Biedronce. Leżały w stercie, w koszu, do wyboru w kilku wariantach kształtu, między innymi takie jak w linku Alicji. Kosztowały coś około 15 zł. Tanie, a efektowne.

  11. Dobry wieczór! Dziś dzień ogrodowego lenia (bo i jakieś nieumiarkowanie w jedzeniu, a zwłaszcza piciu się odbywało w sobotę), tyle że zrobiłem wykopki czosnku słoniowego (amerykańskiego). W zasadzie to słoniowemu botanicznie bliżej do pora niż do naszego czosnku. Nie jest prawdą, że czosnek słoniowy ma główki jak grejpfruty: owszem, są wiele większe niż główki czosnku zwyczajnego (mój rekordzista miał prawie 400 gramów). Co do smaku, to jest mniej wyrazisty, łagodniejszy niż ten zwyczajny – ale ja go raczej użytkuję w sezonie (pędy) jak pora o czosnkowym posmaku.

  12. A nie pokazałbyś Babilasie zdjęcia tego okazu?

  13. Już nie mogę, bo podzieliłem główki na ząbki, teraz trochę je podsuszam; za tydzień-dwa wrócą do ziemi na nowe miejsce (oprócz tych, które przejmie kuchnia). Zdjęcia z sieci tutaj.

  14. Alicjo! Kiedyś zostałem zaproszony w Miami do niemieckiej knajpy. Wybrałem golonkę. Nie wiem ile ważyła, ale doggy bag jedliśmy jeszcze trzy dni! A ile piwa do tego poszło…
    Dzisiaj zrobił mi dzień (make my day) Jerzor. Dla nowoprzybyłych – mąż Alicji. Zadzwonił, pytając jak leci, jak zdrowie… Kochani! Co może staremu zrobić większą przyjemność, niż czyjeś zainteresowanie? BEZINERESOWNE!
    Gracias mi Amigo!
    PS Podziękowałem po hiszpańsku, bo Jerzor mówi siedmioma jezykami. Angielski, rosyjski, niemiecki, francuski. hiszpański, to standard, ale jeszcze japoński i chiński. No i przepiękny polski!

  15. Chłe chłe chłe…aleś Jerzoru nasłodził 😉 i dodałeś chiński, a po chińsku to synowa nauczyła go tylko kląć.
    Babilasie,
    u nas ten czosnek jest znany jako „elephant/giant garlic”, tak mi się wydaje. Ja go kupuję czasem, bo faktycznie jest łagodniejszy w smaku. Jeszcze go nie piekłam, ale wyobrażam sobie, że byłby znakomity. Dodam, że nie zawsze jest w sklepach, no i jest odpowiednio droższy od zwykłego czosnku.

  16. Krycha,
    dziękuję z informację. Biedronkę mam blisko, zresztą czy ktoś ma daleko do Biedronki ? Rzadko przeglądam kosze z gadżetami, bo staram się ich nie kupować zbyt wiele. I tak sporo niepotrzebnych drobiazgów zalega szuflady i półki. Ale ta butelka jest oryginalna i niedroga.

  17. Babilas napisał o słoniowym czosnku, a ja proponuję na śniadanie słoniowe ciasteczka
    z Cafe Babilon 🙂 http://www.cafebabilon.pl/2012/02/soniowe-uszy/
    Do ciastek filiżanka dobrej herbaty, bo może Irek już wrócił z wakacji i swoim miłym zwyczajem poda kawę?
    https://sklep.adalberts.pl/userdata/producers/24.jpg

  18. Wy to już może wszystko wiecie, ale ja dopiero odkryłem. Wspomniana przez Danuśkę Cafe Babylon to fikcyjne miejsce stworzone przez irańską pisarkę Marshę Mehran jako tło akcji jej powieści (m. inn. „Zupa z granatów” – taka „Uczta Babette”, tylko o dwa wieki późniejsza).

  19. Za zdrowie wędrowca na szlaku!
    Właśnie skończyliśmy ładować konie. Dwa wyjechały, jeden przyjechał. Jeszcze dwa mają wrócić do domu niedługo, dwa inne jeszcze za chwilę, słowem ruch w interesie 🙂
    W każdym razie nudno nie jest.

  20. Wędrowiec dopiero wybiera się na szlak. Parę rzeczy trzeba spakować i jutro w drogę. Na razie wędrowiec ogarnia lekko chałupę. Kot pojechał do bywszego personelu.
    Do roboty!

  21. Nasi francuscy wędrowcy też wyruszają dzisiaj w drogę. Podróż własnym samochodem ma ten plus, iż można zabrać sporo różnego bagażu i tak wśród pamiątek z Polski znalazły się, między innymi, cztery litry miodu od sąsiada-pszczelarza, kilogram kabanosów oraz….. słoiki 5-litrowe, bo takowych nie ma w sprzedaży u braci Francuzów, a do nalewek i innych takich są w sam raz 🙂

  22. Dla tych, co już niedługo wyruszają w drogę oraz dla wszystkich zainteresowanych ciekawa historia szlaku herbacianego:
    http://www.national-geographic.pl/historia/zapomniany-szlak-herbaciany

  23. Dzień dobry 🙂
    kawa

  24. Na pożegnalny obiad zrobiłam zrazy.
    Bo zrazy, bez urazy
    to ekstra obiad
    nawet i na dwa razy!
    Do zrazów kopytka lub kasza gryczana do wyboru. Tak, jak się spodziewałam kopytka znalazły się w pierwszej lidze. Kasza będzie na jutro, jak znalazł.

  25. Pogoda piękna.
    Osobisty rankiem czmychnął (klasyczne fugas chrustas) na południe, powiem więcej: na południowy wschód. Miałam nadzieję, że doczeka Zjazdu, ale jutro ma wizytę u doktora. Wczoraj, oprócz łapanie i pakowania koni, udało się w końcu wyciąć czarne maliny – zostawia się tylko tegoroczne pędy, przycięte na ca 1,5 metra. Myśmy je nawet przycięli nieco krócej, bo rozrastają się niesamowicie, kłują mocno i potem trudno sięgać po owoce. Teraz ściana szczytowa wygląda łyso.
    Zaraz zjeżdżają młodzieżowi goście, nic wspólnego ze Zjazdem, tylko z końmi, czyli Alutka od Werbeny & Przyjaciele. Zgodziłam się pod warunkiem (bo mam już nieco młodzieży, zwłaszcza bałaganu który nazywają porządkiem -zrobiliśmy porządek- dosyć, chyba się starzeję), że wysprzątają strych przedzjazdowo.
    Na jutro zapowiedziały się starsze wnuczęta, mają karcherem umyć ściany boksów w „stajni ogierów”, a za kilka dni pomalować. Praca zarobkowa, więc mogę wymagać. Straszna babcia jestem. Moi siostrzeńcy nazywali mnie srogą ciotką.