Życie bez komórki

To koszmar, do którego jednak w końcu można przywyknąć. A nawet zaakceptować. Sprawdziliśmy to doświadczalnie. Ogłoszono bowiem miniony wtorek dniem bez telefonu komórkowego. Tego samego dnia o świcie stwierdziliśmy, że nasz telefon (jeden z dwu) zaginął. Nie pomogło dokładne przeszukanie całego domu, samochodów i niemal całego terytorium. Nie było też żadnego sygnału, bo drań najwyraźniej się wyładował. Zamiast się złościć, postanowiliśmy zastosować się do wezwania i wyłączyliśmy też nasz drugi aparat.

No i się zaczęło! Jako pierwsi przybiegli rozemocjonowani sąsiedzi, których zaalarmowała wspólna przyjaciółka z Warszawy, twierdząca, że ulegliśmy na pewno jakiemuś wypadkowi, ponieważ oba nasze telefony nie odpowiadają. Uspokojeni widokiem zdrowych i zapracowanych ludzi wysłali sygnał do Warszawy, że wprawdzie żyjemy, lecz na pewno ulegliśmy jakimś silnym zaburzeniom psychicznym. Nie zmuszani groźbą pistoletu czy siekiery po prostu wyłączyliśmy komórki.

To było nawet śmieszne.

Później jednak było już tylko gorzej i gorzej. W Pułtusku, w kilku sklepach i na targu oraz w nieco dalszej okolicy, porobiliśmy zamówienia na różne produkty, np. tuszki świeżych śledzi do przyrządzenia ich jak frytki, pięć kilogramów wiśni do drylowania i czerwonych porzeczek na galaretkę, morele na kwaśne konfitury, chleb z formy robiony co kilka dni w „Pazibrodzie” pod Makowem Mazowieckim, różne mięsa, w tym trudno dostępne wątróbki na pasztet itp. itd.

Wszyscy dostawcy mieli nas telefonicznie zawiadomić o terminie odbioru. Nie chcąc narażać kupców na straty, a nas na opinię ludzi niesolidnych, musiałem krążyć autem po okolicy i jedne zakupy zabrać, a po odbiór innych umówić się na kolejny dzień. W sumie przejechałem niemal sto kilometrów, marnując czas i benzynę.

Całe popołudnie zaplanowaliśmy na prace umysłowe. Po małym południowym posiłku, składającym się z sałaty dębolistnej, endywii, rukoli, awokado, pomidorów z oliwą i winegretem, siedliśmy na werandzie do komputerów i każde z nas miało nadzieję, że mimo upału wena nas nie opuści.

I pewnie tak by było, gdyby nie fakt, że bliżsi i dalsi przyjaciele mieszkający w tej samej gminie (a można by z nich skompletować całkiem dobrą wyższą uczelnię albo nawet kawałek rządu) zaniepokojeni milczeniem zaczęli podjeżdżać pod nasz dom, by sprawdzić, czy nie potrzebujemy pomocy.

I tak dzień roboczy zamienił się w święto, bo troskliwych i życzliwych należało godnie podjąć i wynagrodzić im utratę nerwów i kłopot.

Wtorek bez telefonów komórkowych zakończył się o północy, gdy w piwniczce z winami widać było już poważne ubytki, a w spiżarni też zrobiło się pustawo. Okazało się, że żyć bez tych aparacików można, ale sprawia to sporo kłopotów. Może być także powodem wzmożenia imprez towarzyskich i sprawdzianem prawdziwej przyjaźni.

Chwilowo telefony mamy włączone!

PS

Zaginiony telefon też się odnalazł. Leżał sobie cały czas wciśnięty w osłonę drążka zmiany biegów w aucie, by podczas wrzucania wstecznego wyskoczyć, radując nas niepomiernie. Bo to już był dzień z telefonem.